W obliczu wojny ekonomia współdzielenia dezerteruje jako pierwsza [OPINIA]

Lwów, ukraińscy żołnierze
Lwów, Ukraina, 05.03.2022. Ukraińscy żołnierze patrolują ulice w centrum Lwowa, 5 bm. Trwa rosyjska inwazja na Ukrainę. (kf) PAP/Vitaliy HrabarPAP / Vitaliy Hrabar
9 marca 2022

Moment, w którym na Kijów spadły pierwsze pociski rakietowe, nie był dniem paniki. Działały sklepy. Metro z mniejszymi lub większymi problemami funkcjonowało. Błyskawicznie pojawiły się aplikacje na smartfony, które w czasie rzeczywistym pokazywały najbliższe schrony i informowały o alarmach. Państwo nie rozpłynęło się, jak po ucieczce Wiktora Janukowycza w lutym 2014 r. Policja patrolowała ulice. Szybko zaczęły tworzyć się lokalne formacje ochotnicze do obrony miasta. Zniknęło jednak wszystko to, co znaliśmy pod modną nazwą „ekonomia współdzielenia” (sharing economy).

Według podręcznikowej definicji ten model gospodarki ma polegać na – zacytujmy ten bełkot – „fundamentalnej zmianie modeli organizacyjnych i dystrybucyjnych, idących w kierunku rozproszonych sieci połączonych ze sobą jednostek i społeczności, obejmujące zarówno bezpośrednie świadczenie sobie usług przez ludzi, jak również współużytkowanie, współtworzenie, współkupowanie itp., umożliwiające radykalne zwiększenie efektywności wykorzystania zasobów”. Brzmi pięknie. Ale tylko w teorii. Gdy okazało się, że na miasto spadają pociski, ceny usług w ekonomii współdzielenia poszybowały w absurdalne rewiry, a najczęściej te usługi po prostu wyparowały. Nie były dostępne.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.