Amerykańscy milenialsi są dużo mniej religijni niż ich rodzice. Boże Narodzenie to dla nich przede wszystkim święto dobroczynności, a nie duchowe przeżycie. Od drogich prezentów wolą wpłaty na konta szpitali lub udział w charytatywnym biegu.
Reklama
Trudno sobie wyobrazić Amerykę w okresie przedświątecznym bez rytualnej Wojny Przeciwko Bożemu Narodzeniu. Powracający każdej zimy spór między obrońcami religijnego charakteru świąt a zwolennikami sekularyzmu i poszanowania duchowego pluralizmu USA nie dotyczy tylko obecności w przestrzeni publicznej figurek Chrystusa, szopek bożonarodzeniowych czy wieńców adwentowych. Batalia toczy się nawet o samą formę składania życzeń: rzecznicy chrześcijańskiej natury świąt dopuszczają wyłącznie tradycyjny zwrot „Merry Christmas” („Wesołych Świąt Bożego Narodzenia”), podczas gdy druga strona woli używać neutralnego określenia „Happy Holidays” („Wesołych Świąt”) bądź szczególnie znienawidzonego przez obóz religijny sformułowania „Season’s Greetings” („Życzenia okolicznościowe”), które nawet nie zdradza, że chodzi o święta.
Strażnicy tradycji wysuwają argument, że Ameryka jest krajem zbudowanym na wartościach i zwyczajach chrześcijańskich, a większość jej mieszkańców to ludzie wierzący i praktykujący. Odzieranie świąt z ich religijnego wymiaru dowodzi więc jedynie tego, jak daleko apologeci politycznej poprawności sprzeniewierzyli się wizji ojców założycieli nakreślonej przed dwoma wiekami. Najbardziej zagorzali tradycjonaliści w swoich przeciwnikach upatrują bezbożnych komunistów, sodomitów, wasali Pekinu lub Moskwy – by wymienić tylko kilka popularnych epitetów.
Magazyn DGP 6 grudnia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Najnowszy raport na temat religijności Amerykanów, opublikowany w październiku przez ośrodek sondażowy Pew Research Center, nie przyniósł im jednak dobrych wiadomości. Choć większość mieszkańców USA uważa się wciąż za chrześcijan, w ostatniej dekadzie widać bardzo wyraźny spadek wiernych oraz aktywnego uczestnictwa w życiu Kościoła – z 77 proc. do 65 proc. Najmniej religijni i praktykujący są ludzie młodzi. Tylko połowa milenialsów, czyli dzisiejszych 20- i 30-latków, uznaje się za osoby wierzące. W porównaniu z 2009 r. oznacza to spadek o 16 proc. Co czwarty amerykański milenials deklaruje się jako ateista bądź agnostyk albo określa swoją religijność jako „nothing in particular”, czyli „nic, o czym warto by mówić”. I właśnie tych obojętnych w minionej dekadzie przybyło najwięcej.
Badania stosunku młodych pokoleń do Bożego Narodzenia ujawniają również, że celebrowanie narodzin Chrystusa nie jest dla tej grupy istotą świąt. Dla wielu z nich nie liczy się to wcale. Co trzeci Amerykanin urodzony w latach 80. lub 90. nie wierzy nawet w autentyczność historii o stajence w Betlejem, uważając ją raczej za pożyteczny mit skonstruowany na potrzeby Kościoła. Dla obrońców religijnego charakteru świąt, którzy jak co roku o tej porze tropią zsekularyzowane obyczaje, jest to nie tylko dowód skuteczności szalejącej politycznej poprawności, lecz wręcz oznaka końca Bożego Narodzenia, jakie znamy.

Święta szlakiem winiarni

Rzecz jednak w tym, że w Stanach Zjednoczonych „Christmas” już bardzo dawno temu stało się także fenomenem kulturowym z własnymi symbolami, obyczajowością, a nawet literaturą. Jest on tak nierozerwalnie związany z amerykańską tożsamością, jak hamburger czy mecz futbolowy. Fakt, że wśród milenialsów jest coraz mniej osób wierzących, nie oznacza wcale, że z Bożego Narodzenia rezygnują. Po prostu chętniej i z większym zaangażowaniem celebrują jego aspekty kulturowe.
Nikki Borella, 30-letnia nauczycielka z San Francisco, potwierdza, że okres świąteczny to dla niej przede wszystkim wyczekiwany z utęsknieniem czas dla rodziny – rzecz dla jej pokolenia zupełnie bezcenna. Milenialsi należą bowiem do najbardziej zapracowanych grup w amerykańskim społeczeństwie, a przy tym dla wielu osób z tego pokolenia płatny urlop to luksus. Okres świąt dostarcza im też w końcu okazji do nadrobienia zaległości towarzyskich i kulturalnych. – Mamy tradycję, że spotykamy się z przyjaciółmi w ciekawych i pomysłowo udekorowanych miejscach, np. na degustację wina w Healdsburgu, uroczym miasteczku w winiarskim zagłębiu północnej Kalifornii. Jeden weekend przed świętami zawsze rezerwujemy z mężem na zwiedzanie naszego rodzimego San Francisco. Chodzimy po muzeach, restauracjach i odwiedzamy słynne miejsca widokowe. Zachowujemy się jak turyści, przez co czujemy się jak w filmie – opowiada Nikki Borella. – Wychowałam się w rodzinie katolickiej, więc lubię też wpaść do kościoła na przedstawienie jasełkowe, zwłaszcza jeśli zbierze się tam cała moja rodzina, wraz z mamą i siostrami – dodaje.
Na Wojnę Przeciwko Bożemu Narodzeniu patrzy z dużym dystansem. – Zupełnie mi nie przeszkadza to, gdy zamiast „Merry Christmas” ludzie mówią „Happy Holidays”. I to bez względu na to, że czuję, jak z wiekiem coraz silniej odzywa się we mnie potrzeba wiary. Zawsze byłam osobą uduchowioną, ostatnio znów zaczęłam nawet częściej chodzić do kościoła na niedzielną mszę. Wyjaśniam moim uczniom, że Boże Narodzenie nie jest jedynym świętem, które jest celebrowane w tym czasie na świecie i w USA, i że powinniśmy szanować je wszystkie. Ameryka jest domem dla ludzi wielu ras, kultur i religii. Ci, którym to się nie podoba, po prostu boją się zmiany, a w istocie bardzo dużo tracą – mówi moja rozmówczyni. W swojej klasie nie organizuje przyjęcia świątecznego. Zamiast tego robi z dzieciakami akcję dobroczynną. – Szykujemy i pakujemy kanapki dla bezdomnych ze schroniska St. Vincent de Paul Society. Wychodzi nam ponad setka! Dzieci uczą się, jak to jest pomagać komuś w potrzebie. O to przecież w świętach chodzi – kończy Nikki Borella.
Jej słowa sugerują, że religijność młodych Amerykanów jest znacznie bardziej skomplikowana, niż wskazują na to proste wnioski z sondaży czy głosy konserwatywnych wojowników świątecznej ortodoksji. Co więcej, wielu ekspertów uważa, że nowa, bardziej świecka formuła obchodów Bożego Narodzenia wcale nie musi oznaczać zakwestionowania ich sensu. Wręcz przeciwnie: stawiając w centrum ideę niesienia pomocy potrzebującym, milienialsi celebrują to święto zgodnie z jego oryginalnym przesłaniem: w duchu miłości bliźniego i pokoju.
O tym, że Amerykanie, szczególnie młodzi, niekoniecznie przestają być wierzący, a raczej po prostu traktują religijność zupełnie inaczej niż ich rodzice i dziadkowie, jest przekonany prof. Matthew Hedstrom, historyk religii i kultury z Uniwersytetu Wirginii. „W XX wieku w wierze religijnej amerykańskiej klasy średniej pojawiły się nowe formy duchowości: psychologiczna, mistyczna i kosmopolityczna. Stało się tak dzięki przemożnemu wpływowi, jaki wywarł na naszą kulturę liberalizm” – wyjaśnia prof. Hedstrom w wydanej cztery lata temu książce „The Rise of Liberal Religion: Book Culture and American Spirituality in the Twentieth Century” („Narodziny religii liberalnej. Jak kultura słowa pisanego zmieniła amerykańską duchowość w XX wieku”). I dowodzi, że siła religii „zliberalizowanej” polega na tym, iż może ona doskonale współgrać z całkowicie świeckimi aspektami współczesnej kultury; nie wyklucza ani buntowników przeciwko religijnej ortodoksji, ani agnostyków.
Zdaniem prof. Hedstroma ten rodzaj duchowości przemawia do współczesnego Amerykanina również dlatego, że pozwala na pokojowe współistnienie nauki z religią. A to ważny, jeśli nie najważniejszy warunek zachowania wiary w czasach, w których dzięki osiągnięciom badaczy świat ma przed nami coraz mniej do ukrycia. Tam, gdzie niektórzy dopatrują się postępującej sekularyzacji Zachodu, prof. Hedstrom widzi coś innego: poszukiwanie nowych rodzajów duchowości. – Statystyki pokazują, że spada liczba Amerykanów, zwłaszcza młodych, którzy identyfikują się z konkretnym wyznaniem i chodzą do kościoła. Liczby niewiele mówią jednak o tym, że ci sami ludzie wciąż uważają się za wierzących. Niektórzy mają nawet całkiem konwencjonalne przekonania o Bogu i siłach nadprzyrodzonych. Wszystkich ich łączy to, że celebrują swoją wiarę i wyznawane wartości w sposób, jaki uważają za stosowny, a nie po linii wytyczonej przez wyświęcone tradycje – wyjaśnia w rozmowie z DGP prof. Matthew Hedstrom.
Co jest przyczyną osłabienia tradycyjnej religijności w kraju uznawanym do tej pory za bastion chrześcijaństwa? – Na całym świecie mamy do czynienia z erozją zaufania do instytucji publicznych: rządowych, edukacyjnych, informacyjnych. Kościoły też są tego ofiarą. Ludzi młodych dodatkowo zniechęcają do nich trzy sprawy. Pierwsza to skandale pedofilskie wstrząsające Kościołem katolickim. Druga – powszechne przekonanie, że zinstytucjonalizowana religia jest w swej naturze patriarchalna i wroga środowisku LGBT. Z kolei tradycja ewangelikańska w USA, oprócz tego, że ma zbyt białą twarz, ostatnio przesiąkła wartościami Partii Republikańskiej do tego stopnia, że z miejsca odpycha od siebie pokolenie najmłodszych Amerykanów, wychowanych na idei tolerancji i poszanowania dla odmienności – tłumaczy nam prof. Matthew Hedstrom.

Antidotum na skrajny konsumpcjonizm

Ta kulturowa edukacja milenialsów ma w tym przypadku znaczenie kluczowe. Ludzi urodzonych po 1980 r. łączy bowiem jedna, niezwykle istotna sprawa: są pierwszym pokoleniem, które obowiązkowo chodziło w szkole na zajęcia z tolerancji i poszanowania różnorodności. Była to instytucjonalna odpowiedź na rewolucję, jaką w poprzednich dekadach przyniósł ruch praw obywatelskich. Amerykańskie szkolnictwo postawiło sobie za cel wychować młodych obywateli w duchu wolnym od dyskryminacji ze względu na rasę, płeć czy orientację seksualną. Uzupełnieniem tej edukacji było programowe wprowadzenie do szkół obowiązku podejmowania pracy społecznej i wolontariatu jako antidotum (wedle zaleceń ekspertów i na życzenie samych rodziców) na postępującą kulturę skrajnego konsumpcjonizmu i bezideowości. W efekcie milenialsi są dziś najbardziej aktywną w dziedzinie filantropii grupą w amerykańskim społeczeństwie. Prawie połowa z nich – co od lat potwierdzają doroczne raporty publikowane przez fundację CASE – regularnie przeznacza czas lub pieniądze na projekty dobroczynne. Dwie trzecie uważa, że praca społeczna jest ich obywatelskim obowiązkiem – to przede wszystkim ich zasługa, że coraz więcej amerykańskich korporacji inicjuje lub uczestniczy w różnych przedsięwzięciach charytatywnych. Może to być np. forma wolontariatu, gdzie w określone dni tygodnia czy miesiąca pracownicy zamiast siadać za biurkami angażują się społecznie, np. pomagając budować domy na osiedlach komunalnych czy wydając posiłki w schroniskach dla bezdomnych. Co ważne – polityczna i ideowa afiliacja organizatorów akcji filantropijnych ma dla milenialsów drugorzędne znaczenie. W przeciwieństwie do starszych pokoleń, które swoje pieniądze wykładają raczej na projekty, które odpowiadają im politycznie, młodzi Amerykanie rzadziej patrzą na to przez prymat ideologiczny.
Taką postawę wyraźnie widać w okresie świąt – szczególnie Bożego Narodzenia i Dziękczynienia. Oba od zawsze wiązały się w Ameryce z tradycją masowych zbiórek prezentów i pomocy dla osób potrzebujących. Co jest o tyle ważne, że państwowy parasol socjalny w USA nie jest zbyt szeroko otwarty. Świąteczne akcje dobroczynne przez stulecia pozostawały jednak domeną stowarzyszeń charytatywnych, szpitali, kościołów i organizacji religijnych. Nieodłącznym elementem zimowego krajobrazu w USA zawsze byli poprzebierani za Świętych Mikołajów wolontariusze zbierający datki przed centrami handlowymi i supermarketami.
Dla przeciętnego Amerykanina był to tylko dodatek do świąt. Natomiast milenialsi, a także i następująca po nich generacja Z, czyli dzisiejsi licealiści, postrzegają dobroczynność jako swoje najważniejsze świąteczne zadanie. Nikogo już nie dziwi, że na ich listach świątecznych życzeń zamiast elektronicznych gadżetów, biżuterii czy markowych ubrań pojawiają się teraz prośby o wpłaty na konta szpitali czy banków żywności lub sugestie wsparcia wybranej organizacji charytatywnej. Coraz częściej milenialsi obdarowują się m.in. zaświadczeniami, że zostali honorowymi dawcami krwi lub wzięli udział w biegu, z którego dochód przekazywany jest na szczytne cele. Szczególnie chętnie dzielą się też z innymi swoim czasem i umiejętnościami (np. oferują, że pomalują komuś mieszkanie, umyją auto lub pomogą w przeprowadzce) w zamian za wpłatę na konkretny projekt bądź instytucję charytatywną. Wprawdzie łączna suma pieniędzy przekazywana przez młodsze pokolenia na dobroczynność jest niższa niż ta ofiarowywana przez ich rodziców i dziadków, ale wynika to z prostego faktu, że są od nich znacznie mniej zamożni. Jak dowodzi ostatnie badanie grupy fundraisingowej Blackbaud, aż 84 proc. milenialsów daje fundusze na pomoc potrzebującym. Dla porównania: filantropi stanowią 70 proc. baby boomersów, a w generacji X (osoby urodzone w latach 60. i 70.) – tylko 59 proc.
Eksperci podkreślają, że gdy za kilka dekad milenialści odziedziczą majątek zgromadzony przez baby boomersów, nastąpi wówczas bezprecedensowy transfer bogactwa – chodzi o kwotę nawet 30 mld dol. Jeśli w kolejnych latach dzisiejsi 20- i 30-latkowie pozostaną tak wrażliwi na sprawy społeczne i chętni do działania jak obecnie, być może będziemy świadkami początku całkiem nowego rozdziału w historii amerykańskiej filantropii – takiej, której uda się całkowicie zastąpić państwo w sferze usług socjalnych. A wtedy niewykluczone, że Bożego Narodzenie stanie się przede wszystkim świętem walki o godność ludzkiego życia i bardziej sprawiedliwe społeczeństwo. ©℗
Ludzi urodzonych po 1980 r. łączy jedna, niezwykle istotna sprawa: są pierwszym pokoleniem, które obowiązkowo chodziło w szkole na zajęcia z tolerancji i poszanowania różnorodności. Była to instytucjonalna odpowiedź na rewolucję, jaką w poprzednich dekadach przyniósł ruch praw obywatelskich