Aby przetrwać kryzys, należy być do niego przygotowanym – ogólnie znana prawda. Niestety przypominamy sobie o niej dopiero wtedy, gdy zachodzi konieczność reagowania na sytuację kryzysową. Często wówczas okazuje się, że wszystko zaczyna się walić jak domek z kart. Wielokrotnie słyszy się opowieści, jak to przedsiębiorca uzależniał spłatę zadłużenia u dostawcy od realizacji zobowiązania przez jego klienta. Takie zdarzenia są na tyle częste, że czasami można odnieść wrażenie, że stały się normą.
Reklama
DGP
Powodów takiej sytuacji może być wiele. Z jednej strony może to być niedochodowa działalność wynikająca z dużej konkurencji lub strukturalnych zmian w danej branży, powodujących zmniejszanie marży i prowadzących do eliminacji słabszych graczy. Z drugiej strony może to być przeinwestowanie spowodowane decyzjami zbyt ambitnych menedżerów.

Firma, czyli ja

DGP
W pierwszym przypadku przedsiębiorcy działają często „z rozpędu”, ograniczając biznes do skali zaspokajającej ich potrzeby życiowe. Takie firmy funkcjonują bez planowania, strategii, z dnia na dzień, a przychody z działalności często są konsumowane przez właściciela. Celowo użyłem określenia „przychody” zamiast „dochody”, bo często beztroska przedsiębiorców sprawia, że środki wpłacane przez klientów traktowane są jako gotówka do skonsumowania; bez dbałości o zabezpieczenie pieniędzy na pokrycie kosztów prowadzenia działalności, takich jak opłaty stałe czy zakupy materiałów.
W takiej sytuacji materiały i usługi kupowane są „na kredyt”, a polega to po prostu na nieregulowaniu zobowiązań wobec dostawców do czasu, aż ci nie przestaną świadczyć dostaw bez zapłaty. Tacy przedsiębiorcy najpierw zaspokajają swoje potrzeby konsumpcyjne, a dopiero potem myślą o regulowaniu zobowiązań wobec kontrahentów. Niestety pieniędzy często już nie wystarcza i pojawiają się długi. Wiele firm tłumaczy opóźnienia w zapłacie własnymi problemami w ściąganiu należności, i tak koło się zamyka. Dostawcy często starają się pomóc takiemu przedsiębiorcy, godząc się na coraz dłuższe terminy płatności, lub ulegają szantażowi, że „jak nie dostanę towaru na kredyt, to upadnę i nie będę w stanie spłacić wcześniejszych zobowiązań”.
W spirali długów przedsiębiorca zaciąga kolejne kredyty, jednak nie na inwestycje mające poprawić rentowność firmy, lecz na spłatę poprzednich zobowiązań. Ale pojawienie się nowego źródła gotówki często rodzi pokusę, aby również i te środki przeznaczyć przynajmniej w części na konsumpcję. Z upływem czasu ludzie przyzwyczajają się przecież do życia na wysokim poziomie i dóbr luksusowych, a to wymaga coraz większych wydatków. Gotówka szybko znika i pojawia się potrzeba zaciągnięcia kolejnego kredytu... W końcu jednak banki przestają takiego przedsiębiorcę finansować i firma upada.
Od pół roku prawo umożliwia przedsiębiorcy prowadzącemu jednoosobową działalność gospodarczą ogłoszenie upadłości, która prowadzi do częściowego przynajmniej oddłużenia. To może dodatkowo zachęcać nieuczciwe osoby do celowego zadłużania się z zamiarem ogłoszenia takiej upadłości.
W przypadku większych przedsiębiorstw, prowadzonych w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, właściciele lub menedżerowie od początku biorą pod uwagę możliwość niewypłacalności jako ryzyko znacznie agresywniejszej strategii rozwoju. W tym przypadku jednak majątek firmy i jej zasoby finansowe są rozdzielone od majątku właściciela i trudniej finansować potrzeby prywatne z tych pieniędzy. Znacznie bardziej rygorystyczne obowiązki sprawozdawcze powodują, że sprzeniewierzenie środków takiej firmy jest dużo rzadsze.

Magia zaliczki

Jednak w tego typu podmiotach pojawia się inny problem: dążenie do szybkiego rozwoju firmy często powoduje przeinwestowanie, gdy wszystkie środki są przeznaczane na inwestycje. W takiej sytuacji zarządzający często wydają pieniądze, których firma jeszcze nie wypracowała. Przykładem mogą tu być zakupy środków trwałych w postaci urządzeń produkcyjnych o dużej wartości, których proces wytworzenia często zajmuje wiele miesięcy. Do zamówienia takiego środka trwałego często wystarczy wpłata 10 proc. zaliczki, firma więc składa zamówienie, nie mając zabezpieczonych środków na zakup, licząc na to, że do czasu wykonania zamówionego urządzenia zgromadzi pieniądze na jego sfinansowanie.
Niestety często nawet drobne potknięcie lub wycofanie się kontrahenta niweczą te plany i okazuje się, że nie ma czym zapłacić za zamówioną maszynę. Takie urządzenia, często wykonywane indywidualnie na potrzeby danej firmy, mogą nie znaleźć innych nabywców. Powoduje to pojawienie się roszczenia o zapłatę i generuje kolejne koszty, związane z koniecznością magazynowania nieodebranej maszyny.
Aby tego uniknąć, przedsiębiorstwa starają się sfinansować zakup środków produkcji za pomocą leasingu. Firmy leasingowe, ze względu na dużą konkurencję i niskie marże, starannie badają zdolność kredytową, aby zminimalizować ryzyko udzielenia złego kredytu. Często okazuje się zresztą, że firmy pracujące na granicy wypłacalności takiej zdolności nie mają i spotyka je decyzja odmowna. Niestety zobowiązania pozostają i nie ma czym ich sfinansować, a pojawiający się komornik zwiastuje koniec biznesu.

Zamiast roleksa

Jak widać w obu przypadkach przyczyną problemów jest brak zabezpieczenia prowadzonej przez siebie działalności w postaci kapitału zapasowego, z którego można sfinansować nieprzewidziane wydatki. W przypadku prywatnego przedsiębiorcy kwestia odpowiedzialnego zarządzania pieniędzmi jest kluczowa nie tylko w kontekście prowadzonej firmy, lecz także prywatnego życia przedsiębiorcy. Nieraz widziałem klienta przyjeżdżającego mercedesem z roleksem na nadgarstku, który zamawiając maszynę, pytał, czy może zamiast 10 proc. zaliczki wpłacić 5 proc., ponieważ kontrahent spóźnia mu się z zapłatą.
Każdy przedsiębiorca przed podjęciem decyzji o poważniejszym zakupie powinien przeanalizować swoje możliwości finansowania takiej inwestycji i zabezpieczyć środki, niezbędne do jej realizacji. Ale niezależnie od tego każde przedsiębiorstwo, odpowiednio do skali działalności, powinno zgromadzić kapitał, który pozwoli na przetrwanie kryzysów. Wiadomo przecież, że słabe drzewa wicher łamie.
Przemysław Kimla, prezes/właściciel KIMLA/POLCOM