O kłamstwach w himalaiźmie, komercjalizacji gór i Tomku Mackiewiczu rozmawiamy z Dominikiem Szczepańskim - autorem i współautorem książek „Na oceanie nie ma ciszy” - o Aleksandrze Dobie, „Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia” - razem z Piotrem Tomzą, „Spod zamarzniętych powiek” - razem z Adamem Bieleckim; dziennikarzem „Gazety Wyborczej”.

We wspinaniu sportowym, w skałach lub niższych górach, problem kwestionowania przejść praktycznie nie istnieje. Wystarczy odpowiednia deklaracja osoby, która przeszła daną drogę i środowisko uznaje to za fakt dokonany. Mam wrażenie, że w Himalajach ten swoisty system, opierający się tylko na zaufaniu, nie zawsze funkcjonuje tak jak powinien.

Wydaje mi się, że w dalszym ciągu himalaistom wierzy się na słowo, podobnie jak wszystkich sportowcom ekstremalnym i podróżnikom, odkrywającym nowe tereny, aż do momentu, gdy ktoś nie zakwestionuje danego wyczynu. Musi pojawić się jednak bardzo solidna dokumentacja potwierdzająca racje osoby, która podważa konkretne przejście czy rekordowe osiągnięcie.

Warto przy tej okazji powiedzieć, że ludzie podejmujący się sportów ekstremalnych i dokonujący rekordowych osiągnięć, znajdują się w momencie swoich wyczynów poza nawiasem społecznym. Są w jakimś sensie marginalizowani, ponieważ żyją inaczej niż reszta społeczeństwa. Część ich podziwia, z kolei inni uznają za szaleńców. Zostaje im jednak poparcie środowiska, którego są częścią. Co jednak w sytuacji, gdy środowisko uzna ich za kłamców? Wtedy tak naprawdę zostają sami.

Sam Mackiewicz zanegował pierwsze zimowe wejście na Nanga Parbat, którego dokonali Włoch Simone Moro, Pakistańczyk Muhammad Ali oraz hiszpański Bask Alex Txikon. Dlaczego?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno Nanga była dla niego bardzo ważna, ponieważ atakował ją przez siedem zim. Nie ma drugiego himalaisty na świecie, który byłby tam częściej niż Mackiewicz. Bardzo dużo mówił o duchu, który mieszka na Nanga Parbat, przywołując historię o pakistańskiej wróżce, która może przynosić straszne wydarzenia lub te najprzyjemniejsze. Tomek chyba w nią wierzył.

Nie podobała mu się także komercjalizacja himalaizmu; wszystkie kwestie związane ze sponsorami, wspinanie oparte na dużych pieniądzach. Tomek był zawsze trochę z boku, nie stawiał się w blasku fleszy. Zawsze o górze opowiadał z pokorą, bardzo cicho. Był oczywiście częścią projektu „Nanga Dream”, stworzonego przez jego partnera Marka Klonowskiego, wokół którego powstała społeczność, w pewnym momencie również wspierająca Tomka i Marka finansowo. Wydaje się, że byli to ludzie podobnie do nich myślący o kwestiach społeczno-gospodarczych, niekoniecznie wcześniej zainteresowani himalaizmem. W „Nanga Dream” chodziło o sprzeciw wobec sytemu monetarnego, konsumpcjonizmu czy korporacyjnego wyzysku. Pod swoje wyprawy, które dla przeciętnego człowieka mogły nie mieć żadnego sensu, Marek i Tomek starali się zawsze podpinać jakąś głębszą, społeczną ideę.

więcej
Wideo

K2, czyli najtrudniejszy szczyt świata

Kwestionując wejście ekipy Txikona powoływał się jednak na pozycję wskazywaną przez tracker GPS.

To prawda, opierał się na tym fakcie. Pomiary trackera rzeczywiście się nie zgadzały. Firma, która obsługiwała ten sprzęt oświadczyła jednak, że było to wynikiem awarii. Pierwsi zimowi zdobywcy pokazali jednak zdjęcie ze szczytu. Choć teoretycznie powinno to rozwiać wszelkie wątpliwości, Tomek chyba jednak nigdy do końca im nie uwierzył.

Wynikało to nie z zazdrości, tylko z przywiązania, a może nawet miłości do tego miejsca?

Tak mi się wydaje. Tomek kochał Nangę i czuł się tam jak u siebie. Nie wiem jednak, czy tak w ogóle jeździł tam, by zdobyć ten szczyt. Wiele razy faktycznie wspominał, że zdobycie wierzchołka jest dla niego ważne, ale z drugiej strony, gdy tyle razy zawracał, wskazywał, że ważniejsza jest zmiana dokonująca się w nim samym.

Jako młody chłopak trafił do MONARU. Wyszedł z uzależnienia od heroiny, a następnie szukał swojego miejsca na świecie. W końcu trafił pod Nangę. Myślę, że gdy tam jechał, wierzył, że po powrocie będzie miał więcej sił do radzenia sobie z codziennością.

W momencie, gdy przyjaciel Elisabeth Revol przekazał uzyskaną od niej informację, że byli z Tomkiem Mackiewiczem na Nanga Parbat, świat nie obiegła informacja o sukcesie zespołu. Co było tego przyczyną?

Gdy zespół Alexa Txikona pojechał zimą 2016 r. pod Nanga Parbat, jego dziewczyna wyposażona w aparat z teleobiektywem na bieżąco wrzucała do Internetu fotografie z akcji jego zespołu w ścianie. Kiedy weszli na szczyt, natychmiast połączyli się z bazą i opowiedzieli o sukcesie.

Mackiewicz i Revol byli niskobudżetową ekipą. Składała się ona z dwóch osób. Nie mieli wielkiej bazy, kuchni czy zaplecza lekarskiego. Na szczyt weszli podobno przy dużym zachmurzeniu, bardzo późno i w bardzo trudnych warunkach. Już wtedy zaczynał rozgrywać się tam dramat. Tomek zaczął tracić wzrok, miał chorobę wysokościową, nie mógł oddychać. Elisabeth przede wszystkim musiała się skupić na pomaganiu mu podczas zejścia. Z jej relacji wynika także, że z ust Tomka zaczęła cieknąć krew. Ona też była wykończona, kiedy później ratowała swoje życie, doznała halucynacji spowodowanych przebywaniem w tak ekstremalnych warunkach. Oznacza to, że na miejscu działy się rzeczy, które nie pozwoliły zespołowi na przekazanie informacji o wejściu na szczyt. Koncentrowali się na ratowaniu życia.

Pierwsza informacja o zdobyciu wierzchołka pojawiła się dopiero kilkadziesiąt godzin później. Elisabeth Revol napisała do swojego przyjaciela, partnera wspinaczkowego Francuza Ludovica Giambiasiego.

Podsumowując, brak informacji o sukcesie wynikał z tego, że po pierwsze działa się tam tragedia i priorytetem nie było przekazywanie wiadomości o sukcesie, a po drugie źródło informacji było niepewne. Jak się później okazało, udział Ludovica w całej akcji ratunkowej był nie do przecenienia. Podawał on bowiem bardzo dokładne informacje. Elisabeth wejście na szczyt potwierdziła Denisowi Urubce i Adamowi Bieleckiemu podczas akcji ratunkowej, a następnie w wywiadzie telewizyjnym. Jak się okazuje, było to pionierskie wejście na ośmiotysięcznik zimą, praktycznie w stylu alpejskim.

Jesteś w stanie wymienić przykłady zakwestionowanych przejść w Himalajach?

Sztandarowy przykład to sprawa Koreanki Oh Eun-Sun. W 2010 roku, po zdobyciu Annapurny (8091 m n.p.m) ogłosiła, że jest pierwszą kobietą na świecie, zdobywczynią wszystkich czternastu ośmiotysięczników. W tym czasie trwał zaciekły wyścig o pierwszeństwo w tej kategorii. Brała w nim udział także Austriaczka Gerlinde Kaltenbrunner oraz Baskijka Edurne Pasaban. Ta ostatnia zakwestionowała jednak wejście Oh Eun-Sun na Kandczendzongę (8586 m n.p.m.). Sprawą zajęli się eksperci od himalaizmu. Ostatecznie okazało się, że faktycznie w kluczowych trudnościach prędkość poruszania się himalaistki z Szerpami, była o wiele wyższa niż w innych partiach góry, które charakteryzowały się łatwiejszym terenem. Drugi argument, który podważał zdobycie Kandżendzongi przez Oh Eun-Sun była fotografia, którą Koreanka opisała jako zdjęcie z szczytu. Wzbudziła ona kontrowersje, ponieważ były na nim widoczne kamienie, podczas gdy w rzeczywistości kopuła szczytowa jest przykryta śniegiem. Koreanka zbiła ten argument twierdząc, że zdjęcie zrobiono nieco pod szczytem, bo na samym wierzchołku panowały bardzo trudne warunki. Trzeci argument podważający wejście na szczyt, dotyczył braku butli z tlenem, które pozostawione przez poprzednie ekipy wspinaczkowe, powinny były znajdować się na szczycie Kandżendzongi. Koreanka stwierdziła, że butli na wierzchołku nie widziała, ale ostatecznie jeden z Szerpów biorących udział w wyprawie potwierdził, że Koreanka nie dotarła na szczyt.

Kolejny przykład oszustwa w Himalajach związany jest z postacią austriackiego wspinacza Christiana Stangla. Miał on w rekordowym czasie wejść na K2 i zejść do bazy w czasie 70 godzin. Nie posiadał jednak żadnego dowodu potwierdzającego ten wyczyn. Zdjęcie, które wysyłał, zostało zrobione dużo niżej niż deklarował. Dodatkowo opowiadał on, że ze szczytu schodził nową drogą, co w rzeczywistości powinno stanowić jeszcze większy wyczyn niż wejście na szczyt w deklarowane przez niego 70 godzin. Stangl przyznał się w końcu do oszustwa. Jak twierdził, sponsorzy jego wyprawy wywarli na nim tak dużą presję, iż czuł, że po prostu musi to zrobić.

Myślisz, że to efekt komercjalizacji himalaizmu?

Tak jak powiedziałem na początku, deklaracja o zdobyciu szczytu powinna być uznana za oficjalną informację.

Zdobywanie ośmiotysięczników nie jest zajęciem, które pozwoli nam na wybudowanie willi, lecz może wiązać się później z jakiegoś rodzaju sławą, co przyczyni się do łatwiejszego pozyskania sponsorów, czy środków na kolejne wyprawy. Gra jest więc warta świeczki. Ostatecznie, przyjęło się więc, że w jakiś sposób himalaiści starają się udowadniać swoje przejścia, aby nie opierać się jedynie na słownych deklaracjach.

Powróćmy na chwilę do himalaizmu w latach 80. XX wieku. Jak wtedy, gdy brakowało odpowiednich technologii, starano się przekazywać światu informacje potwierdzające zdobywanie szczytów?

Istniał pewien system „kolekcjonowania przedmiotów”. Ekipa, która zdobywała szczyt, zabierała z niego rzecz pozostawioną przez wcześniejszych zdobywców i także zostawiała jakiś swój przedmiot. Mógł być to np. proporczyk, hak, szabla śnieżna.

Ciekawa historia wiąże się z Krzysztofem Wielickim i Leszkiem Cichym, autorami pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest w 1980 r. Znaleźli oni na szczycie numer telefonu do prostytutki, która mieszkała na Alasce, pozostawiony przez poprzednią wyprawę.

A jeśli chodzi o inne sporty ekstremalne? Jak tam może wyglądać weryfikacja wyjątkowych osiągnięć?

Każdy przypadek jest inny. Można to zobrazować na przykładzie Niemca Martina Szweda, który twierdził, że pobił rekord w tempie dojścia na Biegun Południowy o 10 dni. Pokazał zdjęcie, które jednak bardzo szybko zostało uznane za fotomontaż. W tym czasie człowiek ten nie miał prawa znajdować się tym miejscu, ponieważ do zdobywania Bieguna Południowego wymagane jest pozwolenie. Dodatkowo, jego obecność w tym czasie na Biegunie Południowym obalił przewoźnik-monopolista, który obsługuje wszystkie loty w tej części świata. Jak wynikało z zakupionych przez niego biletów, w tym czasie nie miał prawa znajdować się już na Antarktydzie.

Czy w sieci jest możliwość sprawdzenia informacji o wejściach na ośmiotysięczniki? Istnieje jakaś baza, gdzie dopisywani są kolejni zdobywcy?

Istnieje serwis 8000ers.com, który prowadził Eberhard Jurgalski. Kronikarz ten bardzo dokładnie badał wszystkie przejścia himalajskie. Niedawno uruchomiła się także wersja cyfrowa Himalayan Database. Projekt ten przez kilkadziesiąt lat prowadziła była korespondentka Reutersa Elizabeth Hawley. Była tzw. szarą eminencją Himalajów. Bardzo często rozstrzygała spory, czy ktoś wszedł na szczyt, czy nie. Następnie sami himalaiści zgłaszali się do niej i zdawali raporty ze zdobywania szczytu. Niestety Hawley kilka dni temu zmarła.

Na koniec wróćmy do Tomka i Elisabeth. Jesteś w stanie wyjaśnić, dlaczego doszło do tej tragedii, połączonej jak się okazuje z sukcesem drugiego zimowego wejścia na Nanga Parbat?

Mamy jeszcze zbyt mało informacji na ten temat. Elisabeth musi opowiedzieć dokładnie całą historię. Już teraz jest jednak pewne, że przyczyną problemów, które pojawiły się przy zejściu była niewystarczająca aklimatyzacja. Tomek i Elisabeth nie spędzili wcześniej nocy na 7 tys. m n.p.m. Zalecane jest bowiem, żeby spać tysiąc metrów poniżej wierzchołka, potem zejść do bazy i dopiero w kolejnym wyjściu zaatakować szczyt. W tym momencie nie wiemy nawet, czy spali na wysokości 6700 m n.p.m.

Inna sprawa, że himalaiści często podczas ekstremalnych prób nie aklimatyzują się zgodnie z zasadami bezpieczeństwa. Często jadą „po bandzie”. Zazwyczaj wynika to z faktu, że niezbyt często występuje tam względnie dobra pogoda, pozwalająca na zdobycie szczytu.

Czy dotarły do ciebie jakieś opinie, które wskazywałby na to, że Tomek i Elisabeth nie byli na szczycie Nanga Parbat?

Nie spotkałem się z kwestionowaniem tego wejścia.