Federalizm – ustrój państwowy będący nieodłączną cechą współczesnej niemieckiej tożsamości, uosabiający poczucie regionalnej odrębności umacnianej przez stulecia funkcjonowania oddzielnych księstw i królestw skupionych w ramach Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Choć przed i po 1945 r. federalizm był poddawany kolejnym próbom, a pandemia COVID-19 obnażyła jego słabości, to pozostaje on jednym z podstawowych składników niemieckiej demokracji. Niemiecka ustawa zasadnicza daje 16 krajom związkowym (w tym Berlinowi, Bremie i Hamburgowi, które mają status landu) stosunkowo sporą niezależność, pozwalając im na samodzielne decydowanie w takich kwestiach, jak choćby ochrona zdrowia czy system edukacji. Jednocześnie regiony pozostają ściśle związane z władzami centralnymi i to nie tylko ze względu na przepisy prawa. Wszak premierzy landów, ich ministrowie oraz deputowani do lokalnych parlamentów wywodzą się z partii o zasięgu ogólnoniemieckim, a politycy aktywni na szczeblu federalnym pierwsze szlify zdobywali w strukturach regionalnych.
Federalizm wyposaża również Niemcy w rodzaj politycznego barometru w postaci wyborów landowych odbywających się co 4 lub 5 lat, w zależności od ustawodawstwa kraju związkowego. Co prawda land landowi nierówny i nieroztropnie byłoby przenosić sytuację w jednym z 16 regionów na cały obszar federacji (np. w 2019 r. w Turyngii lewicowa die Linke utrzymała władzę, zyskując rekordowe 31 proc. głosów, a dwa lata później weszła do Bundestagu rzutem na taśmę), niemniej jednak rezultaty wyborów regionalnych pozwalają zidentyfikować społeczne nastroje i oddziałują na politykę szczebla federalnego. Wystarczy przywołać choćby rezygnację Angeli Merkel z przewodnictwa CDU w 2018 r., którą poprzedziły porażki chadeków w Bawarii oraz Hesji.
Reklama
W tegorocznym kalendarzu znajdują się wybory w czterech landach, a głównymi rywalami o kierowanie nimi pozostają chadecy i socjaldemokraci. W pierwszych – górą była SPD: w marcu (na czele z wiceprzewodniczącą partii Anke Rehlinger) udało się jej odbić Saarę rządzoną przez Tobiasa Hansa, następcę byłej przewodniczącej CDU i minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer. W ubiegłą niedzielę chadecy w imponującym stylu doprowadzili do remisu. Ugrupowanie będzie dalej rządziło w Szlezwiku-Holsztynie, powiększywszy swoją przewagę o ponad 11 pkt proc. i ocierając się o samodzielne rządy. Zwycięstwo jest tym bardziej cenne, że w nadchodzący weekend zbliża się trzecia runda: wybory w Nadrenii Północnej-Westfalii (NRW), najludniejszym i najbogatszych niemieckim landzie. Wynik nie jest przesądzony, bo w ostatnich sondażach rządzący chadecy mają jedynie 2 pkt przewagi nad socjaldemokratami.
A stawka jest wysoka: NRW to rodzimy land wielu kluczowych polityków CDU, w tym jej przewodniczącego Friedricha Merza. Zwycięstwo w Szlezwiku-Holsztynie podbudowało morale partii po przegranej w Saarze i porażce w ubiegłorocznych wyborach federalnych. Dla Merza utrzymanie władzy w obu landach na dobre umocniłoby pozycję lidera największej partii opozycyjnej. Dodatkowo wygrana w kraju związkowym z największym stowarzyszeniem regionalnym CDU daje mu mocny mandat do przeorganizowania chadeków i wprowadzenia ich w erę post-Merkel.
W przypadku SPD zwycięstwo w NRW pokazałoby, że chude lata, gdy socjaldemokraci byli spychani na trzecie miejsce za Zielonymi, na dobre minęły. Korzyści z wyborów chcą odnieść również Zieloni, konsekwentnie zwiększający swoją reprezentację w landach i walczący o wejście do rządu NRW. O utrzymanie się w nim zabiegają z kolei liberałowie z FDP. Podczas gdy partyjny mainstream dąży do zwiększenia stanu posiadania, celem partii skrajnych zdaje się minimalizowanie strat i pozostanie w landtagu (lokalnym parlamencie); w Saarze wypadła z niego die Linke, a w Szlezwiku-Holsztynie prawicowa Alternatywa dla Niemiec.
O wyjątkowości tegorocznych wyborów decyduje okres, na który przypadają. Agresja Rosji na Ukrainę wymusiła na niemieckich politykach zrewidowanie i zakwestionowanie części dotychczasowych dogmatów polityki zagranicznej RFN. Wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy po przemowie Olafa Scholza w Bundestagu w lutym, w której kanclerz mówił o nowej erze w niemieckiej polityce, pokazują, że jej ewolucja zachodzi jednak powoli i w bólach. Przypomina bolesną terapię, podczas której pacjent nie do końca zaakceptował, że podejmowane przez niego działania szkodziły nie tylko jemu, ale też osobom znajdującym się wokół. Nie chodzi jedynie o postawę części polityków SPD, CDU czy też skrajnych Linke i AfD, niechętnych wysyłaniu ciężkiego uzbrojenia do Ukrainy. Papierkiem lakmusowym stanu świadomości części niemieckich elit o toczącej się wojnie i szerzej o bezpieczeństwie Europy jest list otwarty 28 niemieckich intelektualistów do Scholza, w którym sygnatariusze apelowali o niedostarczanie Ukrainie ciężkiej broni. Jako argument przytaczali ryzyko przeobrażenia się wojny w konflikt nuklearny, którego RFN byłaby stroną, oraz dalsze zniszczenia i straty w ludziach, będące skutkiem kontynuacji walk przedłużanych m.in. przez dostarczanie broni przez Niemcy.
Wrażenie chaosu, nieumiejętności radzenia sobie Niemiec w nowej rzeczywistości, a czasami wręcz ich izolacji pogłębiały napięcia w relacjach z władzami Ukrainy, skutkujące brakiem wizyty czołowych przedstawicieli rządu w Kijowie. Wizyta Merza w stolicy Ukrainy i spotkanie z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim na początku maja dodatkowo kwestionowały efektywność władz federalnych. Próbą uspokojenia nastrojów w kraju, a także sygnałem dla sojuszników RFN, było orędzie telewizyjne Scholza z 8 maja, w którym tłumaczył politykę rządu wobec toczącego się konfliktu. Dodatkowo niemiecko-ukraiński kryzys dyplomatyczny miały złagodzić rozmowa telefoniczna prezydentów obu państw oraz wizyta szefowej niemieckiej dyplomacji Annaleny Baerbock w Ukrainie w miniony wtorek.
Czy w obecnej sytuacji działania rządu federalnego mają zatem szansę wpłynąć na preferencje elektoratu w czasie wyborów regionalnych? Jak wskazują badania przeprowadzone w Szlezwiku-Holsztynie, obok kwestii regulowanych przez władze lokalne, np. edukacja (14 proc.), tematami determinującymi preferencje głosujących są wojna w Ukrainie (9 proc.), a pozostałe – jak zabezpieczenie dostaw energii (16 proc.) czy wzrost cen (14 proc.) – są bezpośrednio lub pośrednio z nią związane. Przedwyborcze sondaże z NRW wskazują, że także tam w nadchodzącą niedzielę tematy wykraczające poza politykę landową wpłyną na decyzje wyborców.
Ostatni tegoroczny pojedynek wyborczy rozegra się jesienią. O utrzymanie Dolnej Saksonii będzie walczył socjaldemokrata Stephan Weil, do niedawna zwolennik zniesienia sankcji nałożonych na Rosję za zajęcie Krymu w 2014 r. oraz wsparcia dla donbaskich separatystów. Jak na razie sondaże dają socjaldemokratom 7-punktową przewagę nad CDU, ale do października jeszcze wszystko może się zmienić. Głosowanie w Dolnej Saksonii zbiegnie się w czasie z pierwszą rocznicą zwycięstwa SPD w wyborach do Bundestagu, stanowiąc okazję do zweryfikowania społecznych nastrojów pierwszego roku postmerkelowskiej ery w polityce RFN. ©℗