Reklama
Paradoksalnie państwo etiopskie można z pewną przesadą uznać za ostatnie imperium kolonialne, powstałe w wyniku zbrojnego podboju Oromów czy Sidamów przez chrześcijańską kastę panującą, wywodzącą się raz z Tigrajczyków, a innym razem z Amharów. A po tym, jak w latach 70. cesarstwu udało się odeprzeć inwazję Egipcjan (za tigrajskiego cesarza Jana IV), zaś w latach 90. – Włochów (za amharskiego władcy Menelika II), zostało uznane na arenie międzynarodowej jako niepodległe państwo.
Cesarstwo zostało obalone w 1974 r. przez komunizującą juntę pod dowództwem Mengystu Hajle Marjama, wywodzącego się z ludu Oromo, ale prowadzącego politykę amharyzacji. Za jego rządów dominującą pozycję utrzymali Amharowie, a Tigrajczycy stali się ludem najmocniej prześladowanym. Reżim Mengystu padł w 1991 r., bo utracił radzieckie wsparcie. Nie poradził sobie z klęską głodu, a przede wszystkim z oporem multietnicznego Etiopskiego Demokratycznego Frontu Ludowo-Rewolucyjnego (IHADG). Jego lider, Meles Zienaui, sam był Tigrajczykiem, więc choć lud ten stanowi jedynie 7 proc. mieszkańców, jego pozycja zaczęła rosnąć. Meles obdzielał ziomków przywilejami, ale innym narodowościom odwdzięczył się dużą autonomią na ich ziemiach. Etiopia została podzielona na prowincje z tak wyrysowanymi granicami, by każdy lud mógł poczuć się gospodarzem przynajmniej na części terenów. Meles nie uniknął wieloletniej wojny z przeważnie tigrajską Erytreą, choć jej secesja w 1993 r. odbyła się w sposób pokojowy. Argument etniczny nie zawsze był najważniejszy.
Po śmierci Melesa w 2012 r. przez pięć lat rządził jego następca Hajle Marjam Desaleń, który zasłynął przede wszystkim tym, że jako jedyny lider w historii Etiopii dobrowolnie zrezygnował ze stanowiska. Kolejnym premierem w 2018 r., dzięki wsparciu Amharów i Oromów, został rządzący do dziś Abyj Ahmed Ali. Premier szybko stał się ulubieńcem Zachodu. Pozwolił na powrót do kraju części emigracji, obiecywał demokrację, poszerzył zakres swobody mediów, wreszcie zawarł pokój z Erytreą. Za to ostatnie osiągnięcie Abyj otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, a my – w świetle jego kolejnych kroków – asumpt do rozważań o sens nagradzania tą nagrodą aktywnych polityków. Demokracja w jego wersji szybko okazała się ułudą, a premier coraz mocniej zaburzał równowagę etniczną. Za jego rządów Tigrajczycy zaczęli być usuwani z urzędów. Premier postanowił też zastąpić IHADG nową partią władzy, do której obrażeni Tigrajczycy nie zgłosili akcesu.
W efekcie żadna grupa etniczna nie była zadowolona ze swojej pozycji. Tigrajczycy zaczęli myśleć o secesji – teoretycznie legalnej w świetle konstytucji – lub połączeniu z Erytreą, tymczasem pozycja Amharów i Oromów rosła wolniej niż ich aspiracje. Do tego zaczął słabnąć amharocentryczny kościół narodowy, używający archaicznego języka gyyz, a wśród chrześcijańskiej części Oromów popularność zdobywały ruchy protestanckie, używające w liturgii ich własnego języka. Gdy dotychczasowe zworniki systemu padały, Etiopia zaczęła przypominać beczkę prochu, której rozsadnikiem okazała się pandemia. W 2020 r. Abyj przełożył o rok wybory, czego Tigrajczycy nie zaakceptowali. Oromowie, pasterski lud przeżywający w ostatnich latach błyskawiczną emancypację, także dzięki liberalizacji rynku mediów, zażądali uwzględnienia roli największej grupy etnicznej w kraju, popychani do zdecydowanych kroków przez poczucie wiecznego zdominowania przez Amharów lub Tigrajczyków.
Od incydentu do incydentu w Tigraju wybuchła krwawa wojna domowa. Rząd Abyja, wspierany przez Erytreę, polującą na ukrywających się w Etiopii własnych opozycjonistów, spróbował utopić region we krwi. Jesienią 2020 r. wydawało się, że mu się to uda. Tigrajczycy jednak przetrwali pierwsze porażki, a dzięki taktycznemu sojuszowi z Oromami podeszli pod Addis Abebę. W efekcie Etiopia po 150 latach istnienia stanęła na skraju rozpadu. Jeśli tak się stanie, możemy być świadkami największej klęski humanitarnej dekady.