Chcąc spokojnie usiąść nad brzegiem rzeki, żeby poczekać, aż spłyną nią ciała naszych wrogów, warto wpierw zaplanować skuteczną prowokację. Tego roku zapowiada się w Polsce piękna jesień prowokatorów. Podzielona na dwa śmiertelnie nienawidzące się plemiona Polska jest idealnym polem do działania.
Dzięki temu, że wzajemne animozje są tak mocno rozognione, nie potrzeba specjalnego wysiłku, żeby zainicjować ciąg zdarzeń destabilizujących kraj. Jakie to proste, można było dostrzec podczas uroczystego pogrzebu Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Samo pojawienie się przed katedrą w Gdańsku przywódcy KOD Mateusza Kijowskiego oraz lidera organizacji na Pomorzu Radomira Szumełdy rozpaliło emocje obecnych tam ludzi do czerwoności. Tym razem skończyło się na przepychankach, pluciu i jak widać, na wrzuconym do internetu selfies zabandażowanej dłoni – małym pogryzieniu.
Reklama
Rozbrajające tłumaczenie Szumełdy, że „byliśmy w pokoju”, śmieszy, jeśli weźmie się pod uwagę codzienne realia, a nie imponderabilia mówiące o przysługującym każdemu prawie do: demonstrowania własnych poglądów, uczestniczenia we mszy czy byciu patriotą. W praktyce bowiem wiadomo, co się wydarzy, gdy kibic Cracovii z klubowym szalikiem na szyi wejdzie na osiedla zamieszkane przez fanów Wisły. Jeśli będzie miał szczęśliwy dzień, to jedynie odrąbią mu rękę maczetą. Odstawiwszy na bok teoretyczne rozważania o prawie, warto dostrzec, iż współczesna Rzeczpospolita to osiedle, którego teren podzieliły między siebie dwie grupy kibolskie. Większość mieszkańców w nic się nie angażuje i przestrzega reguł gry pozwalających uniknąć oberwania w łeb od którejś ze stron. Natomiast zaangażowani kibole toczą nieustanne zmagania o media, profity ze spółek Skarbu Państwa, rządowe etaty, instytucje, władzę. Mają swoje kody językowe, symbolikę, wierzenia. A także niezachwiane przekonanie o monopolu na rację. Gdy jedna strona naruszy jakiś obszar terytorialny tej drugiej, natychmiast zaczyna się zadyma. Wprawdzie PiS, dzięki zawłaszczeniu aparatu państwa, zdaje się mieć sporą przewagę, jednak tenże aparat jest tak słaby i zmurszały, iż sporo w tym iluzji. Notabene ulegają jej obie strony.

Reklama
Tymczasem nowa „ustawka” jest coraz bliżej. PO i szerzej mówiąc obozowi „liberalnemu” w oczy zajrzała groźba utraty Warszawy. Afera reprywatyzacyjna jest zbyt wielka, żeby rozejść się po kościach, zaś stolica to perła w koronie każdej władzy i obszar, gdzie znaleźć można najwięcej profitów. Bój o nią nakręci histerię lęków i nienawiści jeszcze mocniej, choć wydaje się to wręcz niemożliwe. Wówczas każdy, komu będzie zależało na tym, by dwa „kibolskie kluby” wzięły się za łby, musi tylko dobrze określić moment, kiedy należy urządzić małą prowokację. Punktów zapalnych jest bez liku, a okazje przychodzą same. Dość wyobrazić sobie 11 listopada i Marsz Niepodległości spotykający na swojej drodze marsz KOD-u. Najlepiej na jednym z warszawskich mostów...
Grunt to właściwy człowiek
„Jeno ty nie przeklinaj usty, boś brat – drzyj! ja Szela Przyszedłem tu do Wesela, bo byłem ich ojcom kat, a dzisiaj ja jestem swat” – oznajmia Upiór na przyjęciu ślubnym w Bronowicach. Od rabacji galicyjskiej upłynęło wówczas prawie sześćdziesiąt lat, a jednak w Galicji nie potrafiono zapomnieć o rzezi, jaką szlachcie zafundował prowokator pracujący dla Austriaków. „Krew na sukniach, krew na włosach...” – tak wyobrażał sobie zjawę Jakuba Szeli autor „Wesela” Stanisław Wyspiański. „Ogromny chłop, silnie i muskularnie zbudowany, (...) oczy dzikie spuszczone, czoło wysokie, cera śniada, zarost gęsty szpakowaty, brwi najeżone, wąsy obwisłe” – takim zapamiętał go wiosną 1846 r. przyszły dyrektor Banku Polskiego Roman Łubkowski.
Wprawdzie Szela był analfabetą, lecz braki edukacyjne nadrabiał charakterem. Przez lata toczył wojnę podjazdową z rodziną Boguszów posiadającą dworek i szmat ziemi w Smarzowej. Walcząc o zmniejszenie wymiaru pańszczyzny, którą musiał odrabiać, i prawa do serwitutów, czyli darmowego korzystania z dworskich łąk i pastwisk. Z pomocą austriackich urzędników Szela pisał donosy na polskich szlachciców i jeździł ze skargami nawet do zarządzającego Galicją arcyksięcia Ferdynanda Karola Habsburga. Jego pieniactwo kojarzyła cała zaborcza administracja. Podobnie jak chłopi, uważający Szelę za osobę wpływową, mającą znajomości na samej górze. Wielką ich sympatię budziło to, jak potrafił dopiec Boguszom. Bo Galicję wprawdzie zamieszkiwali Polacy, lecz tworzyły dwie wrogie sobie nacje. Ta szlachecka marzyła o przepędzeniu zaborcy i odbudowaniu starej Rzeczypospolitej. Z kolei chłopskiej marzyło się przegonienie szlachty i przejęcie jej ziemi. Poza językiem, religią i wspólną przeszłością tak naprawdę oba plemiona nic nie łączyło. Za to dzieliły wielowiekowa pamięć o krzywdach, odwzajemniana pogarda i słabo skrywana nienawiść.
Tymczasem rezydujące na emigracji w Paryżu Towarzystwo Demokratyczne Polskie kończyło przygotowania do wybuchu ogólnonarodowego powstania. Zaplanowanego równocześnie w trzech zaborach. O czym, dzięki konfidentom, z rosnącym niepokojem dowiadywały się austriackie władze. Gdy na początek lutego 1846 r. do Galicji przybyli z Francji emisariusze chcący zainicjować wybuch rebelii, dobrze orientujący się w relacjach polsko-polskich Austriacy zaczęli działać. Starosta tarnowski Joseph Breinl von Wallerstern wziął Jakuba Szelę na rozmowę o wspólnych interesach. Wkrótce odbyło się zebranie okolicznych wójtów, na którym starosta poprosił włościan o pomoc przeciw buntownikom. Zaś Szela ochoczo zabrał się do mobilizowania chłopstwa do walki z polską szlachtą.
Aby mu pomóc, władze wyznaczyły cennik za dostarczonego powstańca. Martwy kosztował 10 złotych reńskich, a żywy (więc bardziej kłopotliwy) jedynie 5 złotych. Szela bez trudu zbuntował lud przeciwko panom. „Cepy, pałki, siekiery leciały jak las na moją głowę i osobę” – wspominał wieczór 23 lutego 1846 r. Jan Laskowski, dzierżawca majątku dworskiego w Prusieku. „Konwulsyjnie zbity, zranioną głowę mając, padłem na ziemię, tak szczęśliwie, żem porwał za sobą trzymanego chłopa, któren będąc ranny padł na moją głowę i piersi i zasłonił od ciosu, który by mi zadał śmierć. Później zawleczono mnie na sanie. Tam mi wyłamano palce u drugiej ręki i nożem, czy szkłem przerżnięto. Dopiero go wtedy puściłem. Następnie związano mnie do sań tak, że ledwie piersi mi nie pękły. Dopiero młócili na saniach jedni, a drudzy wybijali okna, drzwi, szafy, komody i szabrowali” – opisywał cudem ocalały szlachcic.
Tyle szczęścia co imć Laskowski nie miało 2–3 tys. mieszkańców ok. 500 dworków. Nim zginęli, chłopi często torturowali ich w wyszukany sposób, mszcząc się za lata upokorzeń. Rzeź skutecznie zapobiegła wybuchowi powstania. Po jej zakończeniu zadowolone z samorozwiązania się problemu władze austriackie wolały swojego prowokatora przesiedlić do Bukowiny. Żeby swoją osobą nie wzbudzał zbytecznych emocji wśród spacyfikowanych Polaków. Tam Szela dostał bardzo duże, bo siedemnastohektarowe gospodarstwo, na które w pełni sobie zasłużył.
Naród mocno samobójczy
„Dla Polaków można zrobić wszystko, z Polakami nic” – twierdził margrabia Wielopolski, który był na tyle pewien własnego geniuszu, że wziął na siebie rolę zbawcy narodu. Początkowo szło mu całkiem dobrze. W Królestwie Polskim narastało wrzenie. Młodzież dość już miała rosyjskiej okupacji. Do powstania parło konspiracyjne stronnictwo Czerwonych, w którego Komitecie Centralnym Narodowym rej wodził młody oficer carskiej armii sztabskapitan Jarosław Dąbrowski. Samobójczemu zrywowi starało się zapobiec konspiracyjne stronnictwo Białych utworzone przez starszych, zamożniejszych i mających o wiele więcej do stracenia obywateli.
Wielopolski nie bawił się w rozgrywki z lokalnymi stronnictwami, lecz latem 1862 r. pozyskał dla swojego planu cara Aleksandra II. Obiecując mu uspokojenie sytuacji w Królestwie w zamian za zgodę na reformy i rozszerzenie jego autonomii. Nominalnie namiestnikiem polskich ziem był brat cesarza wielki książę Konstanty Mikołajewicz Romanow, ale to Wielopolski o wszystkim decydował.
Dążąc do pełni władzy, zaczął zwalczać zarówno Czerwonych, jak i Białych, choć ci drudzy chcieli ugody. Czym podsycał buntownicze nastroje w całym społeczeństwie. To, że Polacy dzięki niemu zyskiwali więcej praw, nie wystarczało. Bunt wisiał w powietrzu, lecz żeby wybuchł, potrzebna była jakaś iskra. Sprokurował ją osobiście margrabia. Jesienią władze rosyjskie ogłosiły zbliżanie się kolejnego poboru do armii. W tamtym czasie służba w carskim wojsku trwała 25 lat i statystycznie na 20 tys. poborowych do jej końca dożywało zaledwie trzystu. Zwykle zamożne rodziny za pomocą łapówek wykupowały bliskich. Życie za cara oddawała jedynie biedota. Ten stan rzeczy Wielopolski postanowił jednorazowo zmienić i pozbyć się z Królestwa Polskiego nie najbiedniejszej, lecz najbardziej radykalnej młodzieży. Kiedy Rosjanie zaczęli się zastanawiać, czy nie odwołać poboru, żeby uspokoić nastroje, margrabia zaoponował i zaproponował stworzenie specjalnej listy obejmującej 12 tys. politycznie podejrzanych osób. Planu nie udało się utrzymać w tajemnicy i nim w nocy z 14 na 15 stycznia 1863 r. ruszyła branka, większość wytypowanych ofiar zbiegła na prowincję lub do lasów. Wcielić do carskiej armii udało się jedynie 1,5 tys. ludzi.
W tym momencie wybuch powstania stał się już nieuchronny, bo oddziały pragnące walczyć organizowały się samorzutnie. Co wykorzystali Czerwoni, inicjując tydzień później skoordynowany atak na rosyjskie posterunki i garnizony. Fatalnie dowodzone i słabo uzbrojone grupy powstańcze niemal wszędzie poniosły klęski. Nie udało się im opanować żadnego, większego miasta. Wkrótce wykorzystali to Biali, przejmując kontrolę nad rebelią. Nie mogło to jednak zmienić fatalnej sytuacji strategicznej. Bardzo szybko okazało się, że Polacy są zupełnie osamotnieni i nie mogą liczyć na pomoc mocarstw z Europy Zachodniej.
Z kolei ich bunt okazał się dla Rosji na dłuższą metę bardzo wygodnym wydarzeniem. Dał pretekst do brutalnego spacyfikowania Królestwa Polskiego, likwidacji większości instytucji, którymi zarządzali Polacy, oraz wywiezienia sporej części elit na Syberię. Co przyniosło imperium Romanowów na jego zachodnich ziemiach okres ponad trzydziestu lat spokoju. Skompromitowany Wielopolski w lipcu 1863 r. wyemigrował do Drezna, nim jeszcze powstanie upadło. Nie oglądał zatem z bliska rezultatów tego, co sam niechcący sprowokował.
Znamienne, że najwięcej trafnych wniosków z powstania styczniowego wyciągnęli Rosjanie oraz jeden Gruzin. Skorzystano z nich w lecie 1944 r., kiedy Armia Czerwona zbliżała się do Wisły. W Warszawie nadal istniały nienaruszone struktury Polskiego Państwa Podziemnego. Jak mogły być mocne, Sowieci przekonali się, gdy wspólnie z AK podczas akcji „Burza” zdobywali Wilno i Lwów. Jedynie dlatego że podziemie samo się ujawniło, mogli potem je łatwo zlikwidować.
Nic dziwnego, że polskojęzyczna rozgłośnia radiowa Kościuszko, nadająca z terenów ZSRR, wzywała ludność Warszawy w lipcu 1944 r. do powstania. Zaś od 29 lipca Radio Moskwa apelowało do mieszkańców stolicy Rzeczypospolitej: „Polacy! Do broni! Nie ma momentu do stracenia!”. Józef Stalin życzył sobie powstania w Warszawie, bo podobnie jak niegdyś styczniowe ułatwiało spacyfikowanie i podporządkowanie Kremlowi całej Polski. Radiowe prowokacje niewiele by jednak zdziałały, gdyby nie rząd na emigracji i dowództwo AK. Znamienne, że wzniecenia w stolicy rebelii pragnęło tylko kilku przywódców. Najmocniej parli ku temu premier Stanisław Mikołajczyk oraz gen. Leopold Okulicki. Ten pierwszy naiwnie wierzył, że zawrze takie porozumienie ze Stalinem, iż po wojnie będzie mógł rządzić niepodległą Rzeczpospolitą. Z kolei motywacja gen. Okulickiego pozostaje zagadką. Naczelny Wódz Kazimierz Sosnkowski wysłał go do kraju z misją zapobieżenia wybuchowi powstania. Jasno dostrzegając, jakie będzie miało konsekwencje.
Ale generał zdradził i szantażem moralnym zmusił komendanta głównego AK gen. Tadeusza „Bora” Komorowskiego, by wydał rozkaz rozpoczęcia walk.
Na naradzie kierownictwa Armii Krajowej Okulicki przekonywał innych dowódców do otwartego wystąpienia przeciw Niemcom w stolicy słowami: „Musimy zdobyć się na wielki zbrojny czyn. Podejmiemy w sercu Polski walkę z taką mocą, by wstrząsnęła opinią świata. Krew będzie się lała potokami, a mury będą się walić w gruzy. I taka walka sprawi, że opinia świata wymusi na rządach przekreślenie decyzji teherańskiej, a Rzeczpospolita ocaleje”. Gdyby „Bór” Komorowski miał mocniejszy charakter, być może odważyłby się powiedzieć, że jest to stek szalonych bzdur. Ale się nie odważył. Dzięki czemu Sowieci nie musieli kłopotać się o to, jak zapanować nad milionowym, jednorodnym etnicznie miastem.
Miastem, w którym likwidacja struktur podziemia wymagałaby rozpracowania i aresztowania kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Polacy załatwili się w zasadzie sami, dając Niemcom sposobność, żeby ich wyrżnęli.
Prowokujący generał
Choć w Trójmieście już trzeci dzień trwały strajki i demonstracje, wicepremier Stanisław Kociołek wieczorem 16 grudnia 1970 r. wezwał przez radio robotników, by rano przyjeżdżali do pracy. Wiele wskazuje na to, że nie wiedział, iż ci, którzy go posłuchają, pójdą na rzeź. Jednocześnie bowiem od podlegającego ministrowi obrony narodowej gen. Jaruzelskiego żołnierze dostali rozkaz zablokowania dostępu do stoczni – wspierali więc milicję.
„Pamiętnego 17 grudnia jechałem jak zwykle do pracy. Cały skład pociągu był pełny. Tyle było ludzi, że nie można było nawet szpilki wcisnąć. Gdy dojechaliśmy do stacji Gdynia Stocznia, wysiedliśmy i wtedy w naszą stronę poszła cała seria. Była jeszcze szarówka, mgła, a oni do nas strzelali. Kule szły wprost na robotników, świstały, odbijały się od bruku, od filarów, można było dostać rykoszetem” – wspominał Stefan Świerżewski, wówczas młody pracownik Stoczni Gdynia. W kilka chwil zupełnie bez powodu zastrzelono 18 osób. Tak kończyły się w Polsce rządy Władysława Gomułki. Przeciwko niemu spiskowali już od pewnego czasu najbliżsi współpracownicy z Biura Politycznego i KC. Czego potem we wspomnieniach nie ukrywali: Józef Tejchma, gen. Franciszek Szlachcic i Stanisław Kania. Mając dość ogarniętego manią oszczędzania, niezdolnego do zmiany swojej polityki, coraz bardziej apodyktycznego towarzysza „Wiesława”, chcieli zmusić go do dymisji. Zastępując sprawnym technokratą z Górnego Śląska – Edwardem Gierkiem. Gomułka sam dał im okazję ku temu, zarządzając wprowadzenie drastycznych podwyżek cen żywności tuż przed Bożym Narodzeniem, czym sprowokował bunt robotników na Wybrzeżu. Jednak gdyby nie rozmiary masakry, znając jego upór, najpewniej dobrowolnie by nie ustąpił ze stanowiska.
Do dziś nie wiadomo, kto sprokurował „czarny czwartek” kończący polityczną karierę Gomułki. Gdyby przyjąć starą rzymską zasadę sądową cui bono (czyj interes), to najwięcej zyskali na gdyńskiej prowokacji generałowie z Wojciechem Jaruzelskim na czele. W opublikowanym na łamach „Dziejów Najnowszych” w 2014 r. artykule pt. „Kto odsunął od władzy Władysława Gomułkę? Przyczynek do genezy Grudnia ’70” prof. Andrzej Chojnowski zaprezentował dokument ukazujący, od czego zaczęła się cicha wojna Jaruzelskiego z I sekretarzem KC. Armia żądała zakupów nowego uzbrojenia oraz zwiększenia liczebności, co było zresztą zgodne z wytycznymi przysłanymi z Kremla. „W obu dziedzinach napotykało to opór Władysława Gomułki, przy czym zasadnicze znaczenie miała niechęć I sekretarza do zwiększania nakładów finansowych na zbrojenia” – wyjaśnia prof. Chojnowski. W końcu za plecami towarzysza „Wiesława” podpisano z ZSRR umowę na zakup licencji nowoczesnego bojowego wozu piechoty (BWP-1) i rozpoczęto przygotowania do jego produkcji. Dowiedziawszy się o tym, Gomułka zerwał umowę bez oglądania się na zdanie Jaruzelskiego. Czym podpisał na siebie wyrok, bo to minister obrony narodowej parł najsilniej do obalenia I sekretarza, przy pełnej aprobacie Moskwy.
Dla Leonida Breżniewa wiecznie mający własne zdanie i potrafiący przeciwstawić się Kremlowi Gomułka był wyjątkowo uciążliwym przywódcą satelickiego kraju. Choć pozbycie się go wcale nie było łatwe. Na partyjnych szczytach w PRL znajdowało się bardzo wielu ludzi, którzy karierę i pozycję zawdzięczali wyłącznie długoletniemu przywódcy. Gotowi byli więc bronić go do upadłego. Przegrali, bo sparaliżowały ich tempo zdarzeń i rozmiary masakry robotników. Jak bardzo Jaruzelski nie był pewien swego sukcesu, wskazują zapiski jego najbardziej zaufanego przyjaciela Czesława Kiszczaka. Zaraz po obaleniu towarzysza „Wiesława” obaj z rodzinami wybrali się na Wigilię do Zakopanego.
„Odbyliśmy wówczas długą rozmowę, której tematem były »gorące« jeszcze wydarzenia na Wybrzeżu” – zanotował gen. Kiszczak, dopisując zadanie, jakie wypowiedział na podsumowanie Jaruzelski. „Czesławie, gdyby się to nie powiodło, stracilibyśmy nie tylko epolety, ale i głowy” – stwierdził upojony sukcesem generał. Dziesięć lat później znów zagadkowa prowokacja umocniła jego polityczne znaczenie. Jesienią 1980 r. Leonid Breżniew (odwrotnie niż rok później) poważnie rozważał możliwość wkroczenia wojsk Układu Warszawskiego do Polski, chcąc w ten sposób stłumić solidarnościową kontrrewolucję.
Zdecydowana postawa prezydenta USA Jimmy’ego Cartera i jego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego Zbigniewa Brzezińskiego, którzy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji dzięki raportom płk. Ryszarda Kuklińskiego, pokrzyżowała plany Moskwy. Jednak 19 marca 1981 r. w Bydgoszczy wydarzył się incydent mogący przynieść Kremlowi pretekst do przyjścia władzom PRL z „bratnią pomocą”. Podczas spotkania w budynku Wojewódzkiej Rady Narodowej milicjanci i esbecy dotkliwie pobili trzech zaproszonych wcześniej działaczy Solidarności. Obrażenia odniesione przez Jana Rulewskiego, Mariusza Łabentowicza i Michała Bartoszcze rozwścieczyły związkowców. Niemal wszystkie zakłady pracy ogłosiły dwugodzinny strajk ostrzegawczy i gotowość do strajku generalnego, nad czym zaczęto debatować w Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.
W tym samym momencie Leonid Breżniew nakazał przedłużyć bezterminowo manewry wojsk Układu Warszawskiego „Sojuz 81”. Prowadzano je na terytorium Polski, więc bratnie armie nie musiałyby nawet wkraczać. W zasadzie już tu były. Wiele wskazywało na to, że Breżniew czeka na wybuch strajku generalnego, by mieć pretekst do uderzenia. Wówczas negocjowanie kompromisu między władzą a opozycją w PRL wziął na siebie prymas Stefan Wyszyński. Podczas spotkania z Wałęsą nie ukrywał, że boi się sowieckiej interwencji. Podobnie rozmawiał z premierem Wojciechem Jaruzelskim oraz I sekretarzem KC Stanisławem Kanią.
Wreszcie 28 marca umierający na chorobę nowotworową kardynał Wyszyński spotkał się w Warszawie z delegacją Solidarności. „Odpowiedzialność za życie dzieci polskich to jest odpowiedzialność straszna. I dlatego też zastanawiając się nad sytuacją, pytam sam siebie: czy lepiej z narażeniem naszej wolności, naszej całości, życia naszych współbraci już dziś osiągnąć postulaty, choćby najsłuszniejsze? Czy też lepiej jest osiągnąć coś niecoś dzisiaj, a co do reszty powiedzieć: panowie do tej sprawy wrócimy później” – przekonywał słuchaczy. Prymasa poparł specjalnym listem papież Jan Paweł II. Przeciw strajkowi opowiedział się Wałęsa. Dzień później odbyło się IX plenum KC PZPR, na którym Stanisław Kania i wicepremier Mieczysław Rakowski przeforsowali decyzję, iż władza przyzna się do winy i zaproponuje kompromisowe rozmowy. Co ważniejsze, Kania stawił czoło wizycie sowieckich generałów, na czele z głównodowodzącym wojskami Układu Warszawskiego marszałkiem Wiktorem Kulikowem. Przekazali oni żądanie Breżniewa, aby w PRL jak najszybciej wprowadzić stan wojenny, i zaoferowali pomoc.
Kania lawirował, prosił o czas. Jednocześnie posłał Rakowskiego na rokowania z przywódcami Solidarności, dając mu bardzo szerokie pełnomocnictwa. Dzięki temu 30 marca zawarto kompromisowe porozumienie. Opozycja rezygnowała ze strajku, a władza godziła się zalegalizować ruch związkowy na wsi, rejestrując NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. Podczas posiedzenia Biura Politycznego na Kremlu 2 kwietnia Breżniew oświadczył zebranym: „Najgorsze jest to, że przyjaciele słuchają, zgadzają się z naszymi rekomendacjami, ale w praktyce niczego nie robią. A kontrrewolucja atakuje na całym froncie”. Skarżył się na Kanię. Potem jeszcze do niego dzwonił, żądając przeprowadzenia skutecznej prowokacji. „Wykryć dwa – trzy składy amunicji. (...) Oświadczyć, że ratujecie kraj przed wojną domową! Uderzyć, wziąć za gardła prowodyrów” – przytaczał jego słowa we wspomnieniach Stanisław Kania.
Pomimo takiej presji uparcie ociągał się z wykonaniem poleceń. W końcu na Kremlu zapadła decyzja o zmianie I sekretarza. Zastąpił go dużo bardziej operatywny i uległy gen. Wojciech Jaruzelski. Dokonując roszad kadrowych w Warszawie, tym razem Moskwa nie potrzebowała urządzać nawet małej prowokacji.