Bo sam koszt metalu, z którego są one bite, trzykrotnie przekracza ich wartość nominalną. Wymierna korzyść dla gospodarki byłaby większa, gdyby Polacy mieli możliwość częstszego korzystania z kart płatniczych.

Bicie monet o nominale jeden grosz i dwa grosze to dla Narodowego Banku Polskiego koszt ok. 40 mln zł rocznie. Ograniczenie ich liczby na rynku oznacza zatem oszczędności dla banku centralnego i całej gospodarki, z których należy się cieszyć. Zapotrzebowanie na gotówkę jest w Polsce ogromne, ponieważ w tej formie dokonywanych jest aż 90 proc. wszystkich transakcji i jak wynika z analiz Europejskiego Banku Centralnego, roczny koszt m.in. emisji, utrzymania, niszczenia i transportu pieniądza tradycyjnego kosztuje nasze państwo ok. 1 proc. PKB (czyli ok. 15 mld zł). Zatem wspierając tę słuszną inicjatywę NBP, nie należy zapominać, że związane z ustawą o zaokrągleniu płatności realne oszczędności dla budżetu, a więc nas wszystkich, będą iście „groszowe”.

Nietrudno wyciągnąć wniosek, że prawdziwą ulgę polska gospodarka odczuwa za każdym razem, kiedy z portfela zamiast monet czy banknotów wyciągamy kartę. Niestety tę radość nie zawsze podzielają sprzedawcy, którzy akceptując płatność w swoim terminalu, odprowadzają sowity haracz, stanowiący ok. 1,5 proc. ich przychodu na rzecz banku, który daną kartę wystawił. Jego wysokość ustalana jest przez organizacje Visa i MasterCard, kontrolujące rynek płatności bezgotówkowych w Polsce, i dopóki wysokość prowizji radykalnie nie spadnie, dopóty nie ma co liczyć na dynamiczny wzrost liczby tych transakcji – przedsiębiorcom to się po prostu nie opłaca. Wiedzą o tym oczywiście w NBP, ale jak na razie nawet bank centralny nie dał rady międzynarodowym gigantom i to, co udało się osiągnąć, to symboliczna korekta ich cenników prowizyjnych od stycznia 2013 r.

Cała nadzieja w parlamentarzystach pracujących nad ustawą administracyjnie redukującą poziom prowizji i w naszych chudych, bo wypełnionych kartami, portfelach. Trzynaście miliardów monet znajdujących się obecnie w obiegu to zasługa niczego innego, jak naszego na nie popytu. Mimo niespotykanej na skalę europejską popularności płatności zbliżeniowych w naszym kraju (ok. 7–8 mln miesięcznie), wielu z nas wciąż woli wypychać sobie kieszenie banknotami i monetami. Tymczasem większy popyt na transakcje bezgotówkowe to więcej instalowanych terminali, większa liczba płatności i poważny argument za zmniejszeniem związanych z nimi prowizji, a zatem impuls do kolejnej fali rozwoju. Być może nadszedł czas, by zamienić świnki skarbonki, w których obecnie żywot spędza większość wyemitowanych jedno- i dwugroszówek, na wersję elektroniczną, która po zbliżeniu do niej karty automatycznie odkładałaby odpowiednią kwotę na rachunku oszczędnościowym. Nic nie stoi przecież na przeszkodzie, by nowoczesny świat wirtualny łączyć z dobrze znaną i lubianą tradycją.

Na koniec warto dodać, że już po wejściu w życie ustawy o zaokrągleniu, jedynie płacąc w formie bezgotówkowej, kartą, telefonem czy przelewem, będziemy mieli pewność, że wartość rachunku będzie dokładnie taka, jak być powinna... i ani grosza więcej.

Robert Łaniewski, prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego