Premier Donald Tusk poinformował w czwartek, że prezydent Bronisław Komorowski zaproponował, by zwołać pierwsze posiedzenie Sejmu w możliwie najpóźniejszym terminie. Według niego, byłoby to 7 lub 8 listopada. Dodał, że najpóźniej 22 listopada zostanie przedstawiony nowy gabinet.

Jak pan ocenia zapowiedź premiera Donalda Tuska wykorzystania maksymalnych konstytucyjnych terminów do powołania nowego rządu?

Aleksander Smolar: Argument, którym Donald Tusk posługuje się teraz, a także wcześniej, kiedy w wywiadzie dla "Polityki" mówił o chęci pozostawienia obecnego gabinetu w niezmienionym składzie do czasu zakończenia polskiej prezydencji, jest niewiarygodny.

Premier powołuje się na chęć uniknięcia destabilizacji w sytuacji sprawowania przez Polskę prezydencji Radzie UE. Nie mogę poważnie traktować tego argumentu z kilku powodów.

Po pierwsze już dawno była propozycja, żeby wybory parlamentarne przenieść na wiosnę, z tych samych powodów, dla których premier chce obecnie opóźnić powołanie nowego gabinetu. PO odrzuciła tę możliwość. Po drugie formowanie nowego rządu nie przeszkadzałoby w zajmowaniu się przez starych ministrów problemami bieżącymi.

Po trzecie rząd będą formować te same partie. Szef rządu byłby ten sam, szef MSZ Radosław Sikorski, którego premier bardzo chwali, pozostałby na stanowisku. Można się domyślać, że również minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz zachowałby stanowisko. Nie byłoby więc żadnego problemu z kontynuacją.

A po czwarte Donald Tusk w ostatnich miesiącach nie wykazywał jakiegoś szczególnego zainteresowania Europą. Na początku polskiej prezydencji wygłosił piękne przemówienie, żarliwego Europejczyka i później, mówiąc prawdę, po raz pierwszy słyszałem jak on mówi o Europie, gdy powiedział w TVN, że w naszych stosunkach z UE najważniejsza jest kasa. Szokujące słowa, zdumiewająco ograniczona perspektywa zadeklarowanego Europejczyka.

Dlaczego więc premier decyduje się na taki krok?

A.S.: Moja hipoteza jest taka, że tu chodzi tak naprawdę o złamanie pewnych oczekiwań reformatorskich, i to jest najbardziej niepokojące. Premier i PO mają przed sobą trzy lata bez wyborów, trzy lata praktycznie pełnej władzy, mają prezydenta nie tylko przychylnego, ale prezydenta, który zapowiada, że będzie skłaniał rząd, żeby ten podejmował reformy, mają większość w parlamencie. Można by się spodziewać, że w takiej sytuacji premier będzie podejmował działania reformatorskie.

Zapowiedź premiera to sygnał, że żadnych istotnych reform nie będzie. Marnuje się okres, kiedy swoboda działania partii rządzącej o odnowionej, silnej legitymizacji i premiera o odnowionej, silnej pozycji jest największa.

Obecna decyzja premiera to próba wycofania się, wyjścia z twarzą z wcześniejszych deklaracji o utrzymaniu rządu w dotychczasowy składzie do końca roku. Uważam, że to odroczenie w ogóle jest nieuzasadnione, ale teraz przynajmniej unika przedziwnego - chociaż formalnie dopuszczalnego - kroku, polegającego na powołaniu "nowego-starego" rządu, którego szereg ministrów jest skompromitowanych i których sam premier chciałby usunąć.

Ponadto jest to też niewątpliwie poprawa, jeśli chodzi o stronę prawną i stosunki z prezydentem. Trzeba bowiem zwrócić uwagę, że premier zapowiadając pozostawienie starego rządu do końca roku nie uszanował kompetencji prezydenta, traktując z góry siebie jako premiera.

Obecną decyzję podjął po konsultacjach z Bronisławem Komorowskim, to lepiej. Natomiast jeśli chodzi o meritum, jest to nadal niezrozumiałe i jest to zły sygnał, że reform nie będzie.

Podczas wieczoru wyborczego Donald Tusk zapowiedział, że "Następne cztery lata będą lepsze, szybsze, takie o jakich marzyliśmy od 10 lat - od kiedy PO powstała". Może jednak możemy spodziewać się działań reformatorskich nowego rządu?

A.S: To zdanie premiera mogło budzić nadzieję, ale już pierwsze jego decyzje są temu przeciwne. Obawiam się, że zapowiedź Donalda Tuska pozostawienia rządu w dotychczasowym składzie do grudnia jest symbolicznie i merytorycznie istotna, nie jest przypadkowa i zapowiada właśnie brak zmian.

Idą trudne czasy i nienajlepszy stan finansów publicznych może okazać się kamieniem młyńskim u szyi państwa, podobnie jak brak reform w wielu innych dziedzinach też będzie się odbijał na szansach rozwojowych naszego kraju. Wydaje się, że Tusk z odnowioną legitymacją, z silną pozycją, może bardzo dużo zrobić i powinien zrobić.

Jeżeli teraz nie przeprowadzi koniecznych reform, to później będzie trudniej a ich cena będzie znacznie wyższa. Pewnym stereotypem, ale zwierającym dużo prawdy, jest to, że każdy nowy rząd przez sto pierwszych dni może zmienić najwięcej. W tym wypadku przez sto pierwszych dni, premier już to zapowiedział, nic się nie będzie zmieniało.

Czy - abstrahując od planów premiera - krajobraz polityczny daje mu szanse na przeprowadzenie koniecznych reform?

A.S. Oczywiście. PiS wychodzi z tych wyborów bardzo obolały i osłabiony. Język delegitymizacji oponentów - prezydenta, premiera - którym do tej pory posługiwali się politycy tej partii, staje się teraz groteskowy. Oni po prostu przegrali wybory. Jarosław Kaczyński natychmiast uznał zresztą ich wynik, tym razem nie było żadnych dwuznaczności a to już jest istotny kapitał pokoju społecznego. No i przede wszystkim PO ma poważny kapitał poparcia społecznego, wygrała wybory z niespodziewanie dużą przewagą nad PiS. Do tego trzeba dodać upadek lewicy.

Partia Janusza Palikota będzie zapewne źródłem poważnych problemów dla PO, ale równocześnie, jeżeli chodzi o reformy gospodarcze czy w obszarze edukacji i zdrowia, to ta formacja może być z powodzeniem po stronie PO. W sprawach obyczajowych, kulturowych będą na pewno konflikty, Palikot na pewno będzie też wywoływał konflikty personalne. Ale faktem jest, że sprawach reform regulacyjnych, ustrojowych, instytucjonalnych, partia Palikota na pewno może być cennym sojusznikiem PO. Zresztą również SLD, jeżeli na czele tej partii stanie Ryszard Kalisz.

Donald Tusk jeszcze przed wyborami zadeklarował, że jeśli PO wygra wybory, to będzie to jego ostatnia kadencja na stanowisku szefa rządu. Czy nie powinno go to motywować do bardziej energicznych działań modernizacyjnych?

A.S.: Myślę, ze ta teza jest słuszna. Tusk powinien mieć świadomość - jeżeli mówił prawdę - że teraz jest moment, aby zrobić coś naprawdę znaczącego dla Polski, naprawdę wpisać się w jej historie, przyczynić się do jej modernizacji, do rozwoju Polski, do ustabilizowania demokracji. Ta perspektyw powinna go mobilizować.

Z drugiej strony jest też czynnik, który może osłabić jego możliwości. Zapowiedź Tuska o przyszłej rezygnacji z kierowania partią i rządem może spowodować, iż działacze PO będą szukać jego następcy i dla kariery orientować się już na niego. W ten sposób Tusk może mieć ograniczoną kontrolę nad własnymi ludźmi. Tusk mógł ich nie wstawić na listy wyborcze, ale teraz już ich wyrzucić z Sejmu nie może. Mają cztery lata absolutnego bezpieczeństwa i perspektywę odejścia Tuska. Paradoksalnie premier może więc natrafiać obecnie na większy opór w samej PO niż dotychczas. Chociaż może oczywiście zmienić zdanie, tak jak to zrobił Jarosław Kaczyński, który też zapowiadał odejście i powiedzieć, że jednak zostanie.

Czy impulsem do reform może stać się dla premiera sukces Janusza Palikota, który pokazał, że jest wielu ludzi, chcących szybszych zmian zarówno w sprawach obyczajowych, jak i gospodarczych?

A.S.: Palikot nie wzbudza mojego najmniejszego zaufania, dla mnie to jest nihilista, cynik, który określa swoje cele ze względu na postrzegane luki w polu politycznym. Kiedyś do roty przysięgi w Sejmie dobrowolnie dodał: "Tak mi dopomóż Bóg". Teraz zorientował się, że są, zwłaszcza wśród młodzieży, nastroje silnie antyklerykalne i znakomicie to wykorzystał. Jest popyt na antyklerykalizm, wiec on zapewnia podaż, to jest cały Palikot.

Z drugiej strony, kierując się logiką "rynkową" Palikot może odegrać pozytywną rolę reprezentując potrzebę państwa świeckiego, obecną w dużej części społeczeństwa, zwłaszcza wśród młodzieży.

Trudno przewidzieć, jaki wpływ na zachowanie PO będzie miała obecność Ruchu Palikota w Sejmie. Z jednej strony Palikot może wywierać presję na PO i na Tuska, żeby podejmować kontrowersyjne tematy na przykład in vitro, związków partnerskich, czy kwestie z dziedziny stosunków państwo-Kościół - podkreśla Smolar w rozmowie z PAP.

Według niego, paradoksalnie może to jednak zablokować działania PO w tym zakresie. Sam fakt, że we wszystkich tych sprawach nieuchronnym sojusznikiem a nawet inicjatorem będzie Palikot, będzie zagrażało wewnętrznym pęknięciem w PO, bo jest tam duża część konserwatywna, która nienawidzi Palikota. Paradoksalnie, jeżeli chodzi o działania PO, może być gorzej niż dotychczas.

Janusz Palikot deklaruje, że poprze rząd fachowców i przekonuje: "Nie musimy być skazani na ministrów z rekomendacji PSL". Czy pana zdaniem obecność Ruchu Palikota w Sejmie może uwolnić PO i Tuska od zależności od PSL?

A.S.: Tusk ma świadomość, że w obecnej sytuacji jego pole manewru jest szersze niż w przeszłości. Zawarcie formalnego sojuszu z Palikotem jest pewnie niemożliwe, ale możliwa jest współpraca w sprawach konkretnych ustaw, nawet wbrew PSL.

W Sejmie będzie też odnowiony, skromny, pokaleczony SLD, w którym nie będzie (jako lidera) Grzegorza Napieralskiego, polityka, który miał bardzo twardy język antyliberalny. Plotka głosi, że szefem Sojuszu może zostać Ryszard Kalisz, polityk znacznie bardziej otwarty, który raczej reprezentował idee centrolewicowe niż radykalnie lewicowe. Z tego względu SLD może być łatwiejszym partnerem dla PO niż Palikot. Może to być nawet zagrożeniem dla PSL, jeżeli ludowcy będą stawiali zbyt wysokie wymagania.

Nie wykluczam, że odroczenie formowania nowego rządu, ma również ten aspekt. Tusk może czekać na zmiany kierownictwa SLD, żeby alternatywa w stosunku do PSL była rzeczywiście wiarygodna i żeby można było w ten sposób ukrócić nadmierne żądania ludowców. Waldemar Pawlak, mówiąc, że popiera pomysł Tuska mógł nie przewidzieć, że jest w nim taka właśnie anty-peeselowska szpila.

Premier w wywiadzie dla "Polityki" powiedział, że "najwięcej szans na współpracę nad konkretnymi ustawami, na przykład deregulacyjnymi", dostrzega w Ruchu Palikota.

A.S.: To jest oczywiście szantaż pod adresem PSL. Palikot zapowiedział, że będzie popierał pewne ustawy nawet bez formalnego porozumienia z PO. Zapowiada też zamiar poparcie rządu ponadpartyjnych fachowców, ale bez ministrów z PSL

Formalne porozumienie PO z Palikotem wydaje mi się niesłychanie trudne, być może niemożliwe. Rodzajem formalnego porozumienia byłoby także poparcie Palikota dla rządu fachowców. Dziś trudno sobie wyobrazić takie porozumienie. Nie wykluczałbym go po roku, gdy okaże się, że jego ludzie zachowują się w sposób odpowiedzialny i kiedy być może smród siarki, który unosi się nad Palikotem ulotni się.

Rozmawiała Marzena Kozłowska