Przed wtorkowym, jubileuszowym, szczytem Sojuszu w Londynie warto jeszcze raz przemyśleć to, co na temat kondycji NATO w rozmowie z „The Economist” powiedział Emmanuel Macron. Udawanie, że pakt nie cierpi co najmniej na demencję, może poprawiać samopoczucie. Ale nie zwiększy poziomu bezpieczeństwa. Macron zadał poważne pytania, na które 70 lat po powołaniu Sojuszu należy poszukać odpowiedzi.
ikona lupy />
Magazyn DGP 29.11.19 / Dziennik Gazeta Prawna
Koncepcje prezydenta Emmanuela Macrona to przystępnie wyłożona wizja współczesnego francuskiego nacjonalizmu. Doktryna ubrana jest we frazesy o konieczności współpracy i budowania wspólnoty. Takiej, która skutecznie zmierzy się z nowymi wyzwaniami: Chinami czy równie groźną Ameryką Donalda Trumpa. Macron wspomina, że Europa znajduje się nad przepaścią i musi zacząć myśleć o sobie w kategoriach strategicznych i potęgi geopolitycznej. Bo jeśli tak się nie stanie, straci możliwość „kreowania własnego losu” i zostanie wystawiona na pastwę Chin i USA.
W zasadzie podmieniając rzeczownik „Europa” na „Francja”, znajdziemy w tym wywiadzie gotowy wykład na temat współczesnych lęków Paryża. Stolicy, która uwielbia uwspólnotowianie własnych problemów oraz nacjonalizację wspólnotowych zysków. Tak było w czasie kryzysu zadłużenia – gdy Paryż naciskał na Berlin w kwestii emisji euroobligacji, które mogłyby pomóc jej niewydolnej gospodarce kosztem m.in. niemieckiego podatnika. I wówczas gdy Francja – wraz z utratą konkurencyjności – zaczęła lansować, wbrew podstawowym wolnościom unijnym i zdrowemu rozsądkowi, bliżej niesprecyzowane pojęcie dumpingu socjalnego ze strony dynamiczniejszej gospodarczo Europy Środkowej.
Proponowana przez Macrona budowa wspólnego czołgu i samolotu europejskiego to nie tyle oferta zwiększenia bezpieczeństwa peryferii na wschodzie Unii Europejskiej, ile model kreowania wzrostu gospodarczego we Francji, która ma dobrze rozwinięty przemysł wojskowy. Podobnie jest z Europejską Inicjatywą Interwencyjną, którą określa mianem aggiornamento w polityce bezpieczeństwa UE. To raczej mechanizm wzmacniający dyplomację Paryża niż ogólnoeuropejski pomysł na bezpieczeństwo.
Pojmowana literalnie doktryna Macrona jest znacznie bardziej niebezpieczna dla euroatlantyckich sojuszy niż krzykliwe koncepcje konserwatywnej rewolucji Viktora Orbána czy bogo ojczyźniane i zanurzone w turbobohaterskiej historii Polski tyrady premiera Mateusza Morawieckiego. Prezydent Francji, „legendując” swój pomysł wokół Wspólnoty, bezpieczeństwa i troski o przyszłość kontynentu, zyskuje pewien uniwersalizm. Jego opakowany w postępowość populizm jest o wiele bardziej trujący niż pokrzykiwania ludowych trybunów z nowej Europy.
Niemniej jednak Macron ma również zdolność do głośnego wypowiadania tego, co inni politycy europejscy wolą komunikować za pomocą ezopowego języka poprawności politycznej. Jego słowa o „śmierci mózgowej NATO” są w zasadzie prawdziwe. A obawa o to, czy oczywiste jest zastosowanie art. 5 traktatu waszyngtońskiego w razie ataku na jednego z członków Sojuszu – jak najbardziej uzasadniona. Zresztą to zdanie zostało przez światowe media wyrwane z kontekstu i powielane w wersji niepełnej i uproszczonej. Macron zadaje konkretne pytanie: czy NATO jako całość stanęłoby w obronie Turcji, jeśli np. siły Baszara al-Asada zaatakowałyby ją w odpowiedzi na interwencję w Syrii? Albo zmieńmy to pytanie na jeszcze bardziej szczegółowe: czy Polska zdecydowałaby się wysłać swoje oddziały w ramach art. 5 do operacji przeciw Asadowi (i tym samym najpewniej przeciw Rosji, która go wspiera), gdyby dyktator w ramach porachunków z Ankarą zastosował przeciw niej np. broń chemiczną? Dziś interes Damaszku jest zbieżny z celami operacji tureckiej przeciw Kurdom. Nie jest jednak powiedziane, że tak będzie zawsze. Nie wiadomo, jakie są poglądy Asada na planowaną przez Turcję bezprecedensową operację masowego przesiedlenia uchodźców syryjskich, którzy dziś zamieszkują Kilis (w którym w wyniku wojny jest więcej Syryjczyków niż Turków), Gaziantep czy przedmieścia Stambułu. Nie ma pewności, że zaludnianie zawojowanej przez Turcję szerokiej na 40 km strefy w północnej Syrii nie wywoła napięć. Ameryka najpewniej nie zaangażuje się w taki konflikt, czego potwierdzeniem są ujawnione przez Macrona słowa z rozmowy z Trumpem – „To twoje sąsiedztwo, nie moje”.
Warto przy tym dodać, że Macron, mówiąc o „śmierci mózgowej”, nigdy nie zakwestionował zdolności Sojuszu do prowadzenia wspólnych działań wojskowych. Przeciwnie, uznał go za w miarę sprawną machinę operacyjną. Zarzucił organizacji po prostu kryzys przywództwa i brak strategicznej wizji. Czego potwierdzeniem jest opisywany na łamach DGP szantaż Turcji pod adresem Polski i krajów bałtyckich w przededniu jubileuszowego szczytu (groźba zablokowania przyjęcia szczegółowych planów ewentualnościowych dla wschodniej flanki NATO).
Zresztą oprócz Turcji najbardziej jaskrawym przykładem – trzymajmy się tego pojęcia – „śmierci mózgowej NATO” jest postawa samej Francji. Państwa, które od pewnego czasu, za darmo i bez żadnych warunków wstępnych wyciąga z izolacji łamiącą prawo międzynarodowe Rosję – nominalnie najpoważniejszego przeciwnika paktu. Równocześnie Paryż obraża państwa, które aspirują do tego, by uciec spod kurateli Kremla i stać się częścią świata Zachodu – Bałkany Zachodnie (zamrożenie przez Paryż integracji z UE) i Ukrainę (naciski na zmianę konstytucji ukraińskiej w kierunku federalizacji państwa i uznania autonomii separatystycznego Donbasu, co jest po myśli Kremla). W ten sposób pełni funkcję konia trojańskiego, który od środka niszczy Sojusz. Sam staje się częścią choroby, którą próbuje nazwać.
Jeśli nałożyć na to jednostronną, transakcyjną oraz całkowicie nieprzewidywalną politykę prezydenta Donalda Trumpa i pogrążoną w głębokim kryzysie politycznym na tle brexitu Wielką Brytanię – obraz paktu w 70. rocznicę nie napawa optymizmem. Czym, jak nie poważnym kryzysem, jest sytuacja, w której gospodarz Białego Domu ma niewyjaśnione relacje z Kremlem, premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson urywa się ochronie, aby wziąć udział w imprezie organizowanej przez rosyjskiego oligarchę kojarzonego z dawnym KGB, prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan kupuje zestawy przeciwlotnicze S-400 od Rosji, narażając spójność systemów przeciwlotniczych NATO, zaś kanclerz Niemiec Angela Merkel rozmontowuje system sankcji nałożonych na architektów agresywnej polityki wobec Ukrainy, pozwalając na wjazd do RFN m.in. znajdującemu się na unijnej czarnej liście szefowi sztabu generalnego Walerijowi Gierasimowowi, zaś przyjaciołom Putina umożliwia zainstalowanie w Berlinie propagandowego think tanku, którym kieruje bliski współpracownik rosyjskiego prezydenta i były szef kolei – Władimir Jakunin.
Z punktu widzenia polityki Macron swoją wypowiedzią dla „The Economist” wpisał się w kremlowską narrację dotyczącą Sojuszu Północnoatlantyckiego. Moskwa od co najmniej 15 lat marzy o rozmyciu transatlantyckiego systemu bezpieczeństwa i zbudowaniu w to miejsce czegoś na wzór globalnego OBWE od Lizbony do Władywostoku, które będzie nieustannie debatowało, analizowało, obserwowało i wydawało opinie. Poza tym jednak w wielu aspektach przedstawiona przez Macrona diagnoza 70-letniego Sojuszu jest trafna. W wyniku transakcyjnej polityki Donalda Trumpa NATO rzeczywiście zamienia się w coś na wzór – jak mówi Macron – „projektu komercyjnego”, w którym USA wymagają przede wszystkim kupowania produktów (uzbrojenia) od amerykańskich koncernów. Sojusz może nie umarł. Dryfuje jednak w nieprzewidywalnym kierunku. Francja dostrzegła problem. Tyle że równocześnie zaproponowała kurację, która może dobić pacjenta. Bo czy lekiem na choroby NATO jest zamiana „projektu komercyjnego Trumpa” na „projekt komercyjny Macrona” (kupowanie sprzętu we Francji) lub bezwarunkowe próby układania się z Putinem?