prawnik, były podsekretarz stanu w MSZ odpowiedzialny za sprawy prawne i traktatowe / Dziennik Gazeta Prawna / Wojtek Górski
Co pana zdaniem oznacza czwartkowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego? Pojawiły się już komentarze, że stwierdza on wyższość konstytucji nad prawem unijnym, tymczasem z samej sentencji zbyt wiele nie wynika...
Rzeczywiście, czytając wyrok, można odnieść takie wrażenie. Jest jednak pewne, że Trybunał Konstytucyjny podjął się zadania sprzecznego z prawem europejskim, mianowicie oceny sposobu wykonywania uprawnień Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej do interpretowania prawa UE. Pośrednio zatem sam to prawo zinterpretował. Dokładniej art. 19 traktatu o Unii Europejskiej nakazujący zapewnienie prawa do rzetelnego procesu wszystkim jej obywatelom, na całym jej terytorium - a zatem na terytorium każdego państwa członkowskiego. W tym sensie TK powiedział coś ważnego i wątpliwego: że jego interpretacje konstytucji obejmują również prawo unijne i orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE. Jest to więc pewna forma stwierdzenia nadrzędności prawa polskiego - podkreślam, poniekąd całego systemu prawa polskiego, nie tylko konstytucji - nad traktatami międzynarodowymi.
Nad wszystkimi traktatami czy tylko unijnymi?
Taka reguła może być zastosowana wobec wszystkich umów międzynarodowych, które Polska zawarła, czego moim zdaniem twórcy tego orzeczenia w ogóle nie zauważyli. Jest to podważenie pewnej rzetelności i lojalności negocjacyjnej wobec innych państw - Unii i całego świata. To trzeba podkreślić, bo takim wyrokiem Polska mówi światu, że po pierwsze, nienależycie sprawdza stan swojego prawa i jego zgodności z wynegocjowanymi umowami międzynarodowymi przed momentem ich ratyfikacji - a więc przyznaje się do błędu, a po drugie - coś jeszcze gorszego - przyznaje swojemu organowi, jakim jest TK, prawo do kontrolowania wtórnie zgodności traktatów, które już zostały zawarte i były ratyfikowane. I ten może orzec, że są one niezgodne z konstytucją. To może potencjalnie dotyczyć Karty Narodów Zjednoczonych, umów gospodarczych, naszego członkostwa w Światowej Organizacji Handlu itd. Ma to zatem większe i niepokojące reperkusje.
Poniesiemy koszty związane z utratą wiarygodności na arenie międzynarodowej?
Te koszty już ponosimy. Cała historia z interpretowaniem prawa unijnego zaczęła się przecież od drobnych rzeczy. Powiedziałbym, że mamy już pewne fakty dokonane w przestrzeni prawnej i nie da się tego określić mianem utraty reputacji - to, co jest, to już poważniejsza rzecz. Niedawno np. Czechy nie chciały przyjąć naszych propozycji ws. Turowa. Zrobiły to dlatego - i powiedziały to wprost - że ich zdaniem Polska nie przestrzega prawa międzynarodowego. I w związku z tym nie wierzą w żadne zapewnienia nieopatrzone wyraźnym mechanizmem sankcyjnym. Bo po prostu nie ufają państwu, które w ten sposób postępuje.
Gdy czytam sentencję tego wyroku, mam wrażenie, że to bardziej polityczny manifest niż dokument prawny...
Tak też wskazał w zdaniu odrębnym sędzia Pszczółkowski: że przynajmniej część tego wyroku jest pewnego rodzaju wyłożeniem poglądów natury politycznej przez osoby orzekające w Trybunale Konstytucyjnym. Jednak to pytanie przenosi dyskusję na kwestie samej jakości tego orzeczenia, która jest dosyć słaba. Nie widziałem jeszcze pisemnego uzasadnienia, a to będzie bardzo ważne. W takim uzasadnieniu trzeba ważyć każde słowo, mając na względzie szerokie tło międzynarodowe, którego sędziowie TK najpewniej nie dostrzegają, a co jest moim zdaniem szokujące.
Czy trybunał ma jakiekolwiek poważne argumenty?
Wątpię. Nie wiem, dlaczego TK tak ochoczo chce interpretować i oceniać proces integracji europejskiej, przynajmniej w zakresie, w jakim znajduje on odzwierciedlenie w działalności TSUE. Polski trybunał twierdzi, że ten unijny wykazuje się aktywizmem sędziowskim, czyli uzurpuje sobie funkcję prawotwórczą i że będzie go kontrolował, gdy „zajdzie za daleko” zdaniem osób działających w TK. Za przykład osoby te wzięły m.in. art. 19 TUE, w odniesieniu do którego zarzuciły TSUE właśnie aktywizm. W moim przekonaniu TSUE działa prawidłowo i nie narusza swoich kompetencji, słusznie funkcjonalnie interpretując wspomniany art. 19 - tzn. dbając o to, by system wymiaru sprawiedliwości każdego traktował równo i bez zniekształcającego wpływu silnych nacisków politycznych. Jeśli rzetelny proces ma być w każdym państwie członkowskim, to musi być rzetelny dla każdego obywatela, w każdej konfiguracji. Oznacza to, że wykluczona będzie sytuacja, w której jakiś polski czy francuski obywatel miałby sprawę z wpływowym polskim politykiem, a całe państwo, w tym prokuratura, sądy i inni uczestnicy procesu, jakoś naciskani politycznie albo wdzięczni politykom, byliby skłonni do uchylenia gwarancji uczciwego procesu i sprawiedliwego wyroku. To o to chodzi i nie ma tu żadnego aktywizmu sędziowskiego. TK zdecydował się jednak zrecenzować orzecznictwo TSUE, w moim przekonaniu po prostu błędnie. Stwierdził bowiem, że TSUE wyszedł poza swoje kompetencje. Tylko w którym miejscu? Właśnie stojąc przed koniecznością zagwarantowania rzetelnego wymiaru sprawiedliwości państwo członkowskie nie ma pełnej swobody kształtowania sposobu jego organizacji i działania. Bo ona nie istnieje tam, gdzie nie ma gwarancji tej rzetelności.
Czy polski TK ma prawo oceniać działanie TSUE?
Nie ma - może orzekać o zgodności prawa polskiego z konstytucją i interpretować konstytucję, nawet w tych sytuacjach, gdy wchodzi ono w jakiś dialog z prawem unijnym czy umowami międzynarodowymi. Ale ten wyrok warsztatowo jest źle sformułowany, co zresztą wykazała w zdaniu odrębnym jedna z osób wchodzących w skład tego organu.
Jest jednak możliwa sytuacja, że TSUE wydałby orzeczenie jawnie sprzeczne z traktatami. Nie ma organu krajowego, który by mógł uznać, że przekroczył uprawnienia?
Nie ma takiego mechanizmu. Jednak pamiętajmy, że żadny organ - czy to państwowy, czy unijny - nie powinien siebie delegitymizować. I prawdopodobieństwo, że taki wyrok zostałby wydany, jest bliskie zera. Nie jest to kwestia „sędziowskiej kasty”, tylko systemu doboru sędziów oraz ich odpowiedzialności za to, co mówią w wyrokach. Gdy porównamy te trybunały, to widać, że poziom spojrzenia TK na problem jest niski, więc i szerokość perspektywy, którą przyjmuje, jest wąska. TSUE jest związany własnym orzecznictwem, znacznie bogatszym niż w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, i to nawet tego w składzie, który nie budził wątpliwości.
Czy wyrok TK ma jakieś realne konsekwencje prawne? Bo w pkt 1 wymienia przypadki, które właściwie nie istnieją - kwestionowanie wyższości konstytucji, uniemożliwianie Polsce suwerennego działania czy właśnie orzekanie przez organy UE poza kompetencjami.
To, co zrobił ten wyrok w warstwie proceduralnej, a nie treściowej, jest bardzo ważne. On ustanowił przecież pewien precedens swojego własnego funkcjonowania. Powiedział, że będzie kontrolował orzeczenia TSUE, a przez to potencjalnie także każdego innego trybunału międzynarodowego. TK chce kontrolować, czy nie wypowiadają się one ultra vires (a więc z naruszeniem udzielonych kompetencji) i stwierdzać to, kiedy chce tego podmiot kierujący do niego sprawę. Przez to polski organ chce orzekać w sprawie skuteczności orzeczeń trybunałów międzynarodowych, co przełoży się na to, jak sądy będą funkcjonowały w sprawach obywatelskich. Także obywateli innych państw członkowskich, którzy mają sprawy w Polsce. To jest po prostu niedopuszczalne i nie można tego przyjąć za dobrą monetę.
Czy TK ma jakąś możliwość egzekwowania tego orzeczenia? To od sądów zależy, czy się będą na nie powoływać w swojej pracy, a TK ich nie nadzoruje.
Nie nadzoruje, ale jego orzeczenie stwarza kolejne narzędzie do wywierania nacisku w zakresie postępowań prokuratorskich czy wewnątrz sądów - między prezesami mianowanymi przez rządzących a zwykłymi sędziami.
Czyli sędziowie będą się teraz bali zadawać pytania prejudycjalne do TSUE?
Na pewno nie wszyscy. Mamy bardzo odważnych sędziów, dbających o wysoki poziom niezależności władzy sądowniczej, mimo naprawdę bardzo niesprzyjających okoliczności.
Czy należy się obawiać kolejnych sankcji ze strony organów UE za to orzeczenie?
To nie są sankcje, tylko konsekwencje. Niewypłacenie pieniędzy, które muszą być kontrolowane w rzetelnej procedurze, państwu, które tej procedury nie zapewnia, nie jest sankcją. Jest to oczywiście odczuwane jako sankcja przez rządzących państwem, być może także przez obywateli. Ale to jest taka sama sytuacja, w której ktoś przychodzi do nas pożyczyć pieniądze, a my wiemy, że to jest osoba nierzetelna. I z tego powodu nie pożyczamy jej pieniędzy. Czy to jest sankcja wobec tej osoby? Nie, to zwykłe następstwo braku do niej zaufania, obawy o bezpieczeństwo własnych pieniędzy.©℗
Rozmawiał Szymon Cydzik