Gdyby kilka lat temu ktoś poszukiwał postaci najlepiej uosabiającej rosyjską opozycję, wielu podsunęłoby mu Julię Łatyninę. Od lat 90. Łatynina była znaną dziennikarką najważniejszych liberalnych mediów w kraju – radia Echo Moskwy i dwutygodnika „Nowa Gazeta”. Niczym Walkiria rosyjskiej demokracji nie obawiała się ryzyka, zawsze stała na pierwszej linii walki z putinizmem. W 2017 r., po kilku napaściach i podpaleniu jej samochodu, zdecydowała się na emigrację. Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę wszelkimi siłami wspierała zaatakowanych. I, co oczywiste, nienawidziła Putina.

Dwa ostatnie punkty są już nieaktualne. I Łatynina nie jest samotna w tej zdumiewającej przemianie.

Prowansja Rosji

„Byłem oszołomiony, czytając duży fragment audycji Julii Łatyniny (agent zagranicy) i Pawła Szczelina (również agent zagranicy)” – pisze z satysfakcją Igor Striełkow, niegdyś rosyjski komandos i pierwszy dowódca sił zbrojnych donbaskich separatystów. Striełkow od lat jest skonfliktowany z Putinem z powodu niedostatecznie – według niego – antyukraińskiego kursu Kremla. „Bardzo zalecam obejrzeć lub posłuchać, jak radykalnie zmieniło się stanowisko tych chorążych naszej liberalnej hałastry po tym, jak osobiście pomieszkali wśród ukro-nazistów. To coś nie z tej ziemi! Łatynina mówi takie rzeczy i wygłasza takie tezy, że mimowolnie pomyślałem: «czy nie przepisuje moich wypowiedzi z lat 2014–2015?»”. Szczelin wtórował jej z nie mniejszym zapałem. Oboje przyznali nawet, że samo istnienie tzw. Ukrainy stanowi śmiertelne zagrożenie dla Rosji jako historycznie ukształtowanego imperium. Można by ją bez problemu wpuścić na „pierwyj kanał do Skabiejewej” (czyli do najbardziej propagandowych programów rosyjskiej telewizji).

I trudno się ze Striełkowem nie zgodzić. Oto Łatynina, która w 2023 r. domagała się uznania roli Polski jako kraju, który najbardziej się przyczynił do ocalenia Ukrainy, dziś deklaruje, że konflikt polega na wykorzystywaniu Ukraińców przez zachodnich „białych panów” (jak kiedyś Indian). Wykorzystywaniu jak skierowanego przeciw Rosji i skazanego na zniszczenie drona. Bo to „zachodni aktywiści wychowali w Ukrainie ludzi, którzy twierdzą, iż nie istnieje Ukraina jako historyczna część metaprojektu Ruś” – mówi Łatynina.

Teraz sąsiad „płaci za to, że chciał bezkarnie przebić głową cywilizacyjny sufit” i zgodził się na to, by Zachód uczynił z niego Hamas. Bo obecna Ukraina przypomina Strefę Gazy we władaniu organizacji terrorystycznej, która uważa się za wyzwoleńczy, antyizraelski ruch, a zarządzanych przez siebie ludzi traktuje jako materiał, który można bez żalu użyć do realizacji swojej misji. Według niegdysiejszej Walkirii antyputinizmu obecna Ukraina jest czymś podobnym.

Jak się rozbija jeden kraj (ZSRR) na 16 części, to – twierdzi Łatynina – potem się za to płaci. Zanim rozpoczął wojnę, Putin wielokrotnie próbował rozwiązać problem za pomocą miękkich narzędzi, ale zachodnie wpływy okazały się silniejsze.

Niegdyś zażarcie broniąca nie tylko Ukrainy, lecz wszystkich „kolorowych rewolucji” dziennikarka nagle przyjmuje klasycznie putinowską perspektywę, w której nie istnieje spontaniczna wola społeczeństw. Wszystko jest efektem kierowanego z zewnątrz spisku.

Ma to być szczególnie prawdziwe w przypadku Ukrainy, która rzekomo jest naturalną częścią Rosji. Obiektywnie nie można uznać inaczej, bo – argumentuje Łatynina – kwark nie może istnieć bez protonu. Najlepiej, by Ukraina istniała sobie w granicach Rosji tak jak Prowansja w granicach Francji. Oddzielenie Prowansji od Francji zniszczyłoby tę pierwszą, bo cała wysoka kultura istniała i istnieje wyłącznie w języku francuskim. Po prowansalsku mówiły tylko kucharki.

Antyukraińskie fantasmagorie Rosji

Ale Rosja też płaci – za to, że swego czasu wyparła się brzemienia imperium, którego niesienie jest zdaniem Łatyniny historycznym obowiązkiem. Opinię tę podziela jej częsty rozmówca Paweł Szczelin. To również emigrant, cudowne dziecko antyputinowskiej Rosji, mocno podkreślający swoją prawosławność filozof i historyk, który jeszcze niedawno wspierał Ukrainę.

Rosja się samooszukiwała, dopuszczając możliwość oderwania się części własnej przestrzeni cywilizacyjnej bez wywołania zagrożenia – mówi dziś Szczelin. Ukraina samooszukiwała się, myśląc, że można bezkarnie wyprzeć się swojej tożsamości bez wojny. Zarówno rządzący, jak i zwykli ludzie sądzili, że jeśli wybuchnie wojna, to ją łatwo wygrają za pomocą cudownej broni swoich białych panów.

Jeszcze od lat 90. władze w Kijowie są w tej wizji utrzymywane przez Zachód. Rządzącym ma to nie przeszkadzać, bo „ukraiństwo” (tym terminem nacjonalistyczni Rosjanie określają ukraiński patriotyzm) polega na afirmacji bandytyzmu, kradzieży i wymuszeń. „Projekt Ukrainy jako Antyrosji” (sformułowanie z języka kremlowskiej propagandy) był realizowany przez elitę po to, by rozkradać fundusze z Zachodu. W Rosji władza też „oswaja” publiczne pieniądze, ale pochodzenia wewnętrznego – i to ją czyni moralnie wyższą od ukraińskiej.

Inną przyczyną udziału elit z Kijowa w realizowaniu „projektu Antyrosja” było ich pragnienie, by „biali panowie” ich również uznali za „białych panów”. Odchodząc od Rosji, Ukraińcy sprzedają prawo pierworództwa za miskę soczewicy.

Ich kraj nie ma przed sobą przyszłości. Zostanie nieuchronnie unicestwiony przez Moskwę. Prawdziwie neutralna Ukraina też nie będzie nikomu potrzebna, bo grawitacyjna siła wspólnej Cerkwi, języka i kultury doprowadzi do tego, że większość terenów wejdzie do Ruskiego Miru (tu Łatynina kiwa aprobująco głową). „Jeśli godzicie się na neutralność, to po co wam wielka armia?” – zwraca się Szczelin do władz w Kijowie. Ani on, ani jego dyskutantka nie mówią słowa o tym, że być może ta armia byłaby potrzebna dla obrony przed kolejną agresją.

A co, gdyby Zachód i jego „geo-dron” (tak Szczelin, ku entuzjazmowi Łatyniny, określa Ukrainę) zwyciężyły? Ano w Rosji przeprowadzono by zmianę reżimu, na wzór usunięcia Miloševica w Serbii. Potem zapewne nastąpi derusyfikacja na wzór Estonii. Łatynina, niedawna prozachodnia demokratka, przyjmuje te fantasmagorie bez sprzeciwu.

Inteligencja według Putina

Łatynina i Szczelin to elementy większego procesu: mniej lub bardziej demonstracyjnego, różnie motywowanego przechodzenia dotychczasowych opozycjonistów na stronę władz. Spektakularny jest przypadek Konstantina Bogomołowa, znanego aktora i reżysera, postaci z jądra moskiewskiej elity kulturalnej. Gdy liberalna opozycja nadawała ton w tamtejszej inteligencji, gdy licytowanie się na antyputinizm nie tylko utwierdzało pozycję towarzyską, lecz mogło wręcz sprzyjać karierze licytującego w świecie liberalnych instytucji, Bogomołow był jednoznacznie antykremlowski. Z tamtych czasów pochodzi przypominane ostatnio zdjęcie z jakiejś demonstracji, na którym pozuje w T-shircie z twarzą Putina i podpisem „Herod”.

Ale czasy się zmieniają. Po rozpoczęciu agresji na pełną skalę Bogomołow najpierw zamilkł. Potem zaczął krytykować rosyjską inteligencję za to, że pogardza narodem i opłakuje nie ofiary wojny, lecz swoje dawne dostatnie i bezproblemowe życie. O samej wojnie się nie wypowiadał. Aż wreszcie wyraził przekonanie, że dzięki niej Rosjanie dostali wreszcie możliwość myślenia o czymś istotnym. I to jest „w pewnym stopniu sukces naszego pokolenia” – stwierdził. W przypadku Bogomołowa ten sukces wyraził się ostatnio w powierzeniu mu przez władze stanowiska szefa prestiżowego Moskiewskiego Akademickiego Teatru Artystycznego (MChAT).

Innym specyficznym przypadkiem jest historia Husaina Dżambetowa. Ten uczestnik obu wojen czeczeńskich, od przeszło 20 lat przebywający na emigracji, pełnił ważne funkcje w niepodległościowej diasporze. Od 2022 r. walczył przeciw Rosjanom w Ukrainie (notabene pod pseudonimem „Bandera”), po czym zmienił front. Twierdzi, że zabił kilku swoich ukraińskich towarzyszy broni, bo cieszyli się ze śmierci wrogów z walczącego przeciwko nim czeczeńskiego batalionu „Achmat”. Gdy pojawił w rządzonym przez Ramzana Kadyrowa Groznym, został natychmiast przyjęty do sił zbrojnych republiki. Ma na koncie kilka interesujących wypowiedzi. Stwierdził m.in., że za misję narodu czeczeńskiego uważa obronę narodu rosyjskiego „i jego prawidłowo myślącej, rządzącej inteligencji”. Jako muzułmanin dał wyraz przekonaniu, że „wojna będzie trwała, dopóki nie zatriumfuje sprawiedliwość, a Konstantynopol nie zostanie przywrócony światowi prawosławnemu”.

Schyłek liberalnych elit Rosji

Te wszystkie przemiany oburzają antyputinistów, którzy przemianie nie ulegli. I są przez nich rozmaicie interpretowane. Najczęstszym tłumaczeniem jest agenturalność. Dotarli do niego, zaszantażowali. W części przypadków może to być prawdą, choć narzuca się pytanie: czy przedtem nie docierali i nie szantażowali? A jeżeli tak, to dlaczego kiedyś było to bezskuteczne? Oczywista jest też często kwestia kariery. Ścieżka Bogomołowa jest tu szczególnie pouczająca. W wypadku Łatyniny, ocenia dziennikarka Jekaterina Kotrikadze, ważną rolę odegrało to, że znalazła się (niektórzy używają słowa „zakochanie”) pod intelektualnym wpływem kontrowersyjnego ukraińskiego polityka Ołeksija Arestowycza. To charyzmatyczny lider, który w przeszłości flirtował z ideą budowy rosyjskojęzycznego, prawosławnego supermocarstwa z centrum w Kijowie. Potem został doradcą Wołodymyra Zełenskiego i obrońcą Ukrainy, aż wyemigrował i wrócił do idei związku Ukraińców z Rosjanami.

I może to być częścią prawdy. Ale najważniejsze jest, jak sądzę, poczucie braku nadziei. Szybkie zwycięstwo, obalenie władzy i triumfalny powrót emigracji okazały się nierealistyczne. Ci, którzy pozostali przyczajeni w kraju, poczuli, że Putina nie da się przeczekać. Dostrzegli, że jeśli kiedyś w Rosji przyjdzie zmiana, to wtedy, gdy będą już starzy. Nikt nie przywróci im pozycji społecznej, którą mieli, zanim wszystko stało się śmiertelnie poważne.

Jednocześnie życie na emigracji jest coraz trudniejsze – Zachód coraz mniej wspiera ich projekty, a zarazem (trochę z poczucia bezsilności) obejmuje wszystkich Rosjan (w tym opozycjonistów) kolejnymi sankcjami i ograniczeniami. Ukraina też nie stwarza im perspektyw. Inaczej niż kiedyś nie przyjmuje rosyjskich emigrantów jako w pewnym sensie swoich. Do 2022 r. Ukraina była państwem narodowym, ale podchodziła z otwartością do nieukraińskich obywateli byłego ZSRR i przeciwników putinizmu. Mogli się tam osiedlać, działać i zajmować odpowiedzialne stanowiska. Teraz już tego nie ma.

Wszystko to – w połączeniu z naturalną dla emigrantów tęsknotą – wywołuje silną pokusę dogadania się z reżimem. A nie można się z nim dogadać, pozostając tym, kim było się dotąd. Chyba nadchodzi schyłek liberalnej opozycji, formacji, która dawno temu cieszyła się w Rosji wpływami, a do niedawna również na Zachodzie. Wszystko wskazuje na to, że proces ten niebawem dojdzie do logicznego końca. Chyba że historia przygotowuje jakąś zdumiewającą niespodziankę. ©Ⓟ