Jednak rocznica kompromisu nie jest równie soczysta, jak rocznica zrywu i zerwania łańcucha. Z jakichś dziwnych powodów Polacy uważają, że naszą cechą narodową są powstania, a nie ugody. Historia pokazuje przecież, że jest inaczej. Powstanie II RP odbyło się wśród samych kompromisów. Najpierw brygadier Piłsudski porozumiał się z ogromnym niemieckim garnizonem w Warszawie, że Niemcy opuszczą to miasto bez wystrzału i bezpiecznie. Następnie pełnymi garściami zaczerpnął z urzędników, wojskowych i policjantów, służących do tej pory zaborcom. Potem powstała nieszczęsna Polska Ludowa. Stalinizm w tej Polsce zakończył się kompromisem zadziwiającym, bo w październiku 1956 r. Polacy zaśpiewali „Sto lat” szefowi partii komunistycznej Władysławowi Gomułce. Wreszcie Sierpień 1980 r., słusznie pamiętany jako wielkie zwycięstwo, oznaczał podpisanie porozumienia z komunistycznymi władzami. 12 września to kolejny, logiczny krok.

Tak po prostu było. Nasze powstania zwykle przegrywały, nasze kompromisy zwykle coś pozytywnego do dziejów Polski wniosły. Tyle że przykro się o tym słucha. Ugoda zawsze znaczyła, że Święta Sprawa nie została w pełni uhonorowana i że konformiści tyle dostaną, ile bojownicy. Biało-czerwony sztandar nosimy od parady, w praktyce codziennej sięgamy po ułomne porozumienia. To skądinąd pociecha dla przeciwników PiS. Wcześniej czy później, brzydząc się tym, co proponują, zaproponują, tak po polsku, kolejny zgniły kompromis.