Słowa "zdrajca, sprzedawczyk, błazen" w miejscu pracy? Język politycznych "elit" rządzi się swoimi prawami

autor: Marcin Zaborski19.08.2016, 07:08; Aktualizacja: 19.08.2016, 08:11
Piotr Pyzik pokazuje innym nieparlamentarny gest. „Panie marszałku, on pokazał środkowy palec! Fuck you pokazał! O, znowu pokazał! Jeszcze do buzi wkłada” – alarmują posłowie PO. A prowadzący obrady wicemarszałek Joachim Brudziński odpowiada: „Bardzo się cieszę, że do buzi, a nie do nosa”

Piotr Pyzik pokazuje innym nieparlamentarny gest. „Panie marszałku, on pokazał środkowy palec! Fuck you pokazał! O, znowu pokazał! Jeszcze do buzi wkłada” – alarmują posłowie PO. A prowadzący obrady wicemarszałek Joachim Brudziński odpowiada: „Bardzo się cieszę, że do buzi, a nie do nosa”źródło: ShutterStock

Przejrzenie stenogramów z sejmowych obrad pozwala zobaczyć prawdziwą jakość rodzimej polityki. Posłowie często mówią nie na temat, lecz niewiedzę nadrabiają zapałem.

A gdyby tak można było bezkarnie (nie tylko skrycie i bezgłośnie) nazwać szefa, współpracownika czy kolegę z pracy: zdrajcą, sprzedawczykiem lub błaznem. A gdyby tak bezpardonowo i bez konsekwencji ogłosić wszystkim, że kierownik działu bredzi. I na cotygodniowym zebraniu krzyknąć do niego: „Nie pajacuj!” W zasadzie można... Jest takie miejsce, gdzie wszystko to jest nie tylko możliwe, lecz jest codziennością. Miejsce, w którym spotykają się i pracują polityczne elity kraju, wybrańcy narodu, troszczący się o jego losy.

Troszczą się także o siebie nawzajem. Oto minister edukacji Anna Zalewska w pierwszych minutach jednego z sejmowych posiedzeń pyta, czy „pan Niesiołowski melisę wypił dzisiaj?”. Innym razem ktoś dorzuca: „Niesiołowski, weź tabletki”. Podobne uwagi padają też w drugiej części sejmowej sali. Urszula Augustyn, zwracając się do jednego z parlamentarzystów, pyta: „Może jakąś melisę dla pana posła?” I orzeka, że poseł ten „zachowuje się nienormalnie czasami”. Dowodów na to, że posłowie dbają o zdrowie psychiczne innych, jest zresztą nadto. Ewa Kopacz dopytuje, czy marszałek Sejmu „już absolutnie oszalał?”, zaś Krystyna Pawłowicz docieka, czy opozycja ma „jakiegoś fioła”? Na tym nie koniec. „Krzysiek, co ty bierzesz?” – dopytuje Piotr Kaleta, gdy głos zabiera Krzysztof Mieszkowski, nazwany przez niego „kaznodzieją”. Anna Paluch z kolei stwierdza, że Michał Kamiński chyba się „czegoś nałykał”, bo jego wystąpienie „ma się jak pięść do nosa”.

„Do okulisty!” – taką radę Krystyna Pawłowicz daje Krzysztofowi Paszykowi, bo ten nie widzi powodów szybkiego tempa pracy nad zmianami w przepisach o Trybunale Konstytucyjnym. A gdy przemawia Tomasz Jaskóła i przekonuje, że w 1989 r. Polska nie odzyskała suwerenności, na sali rozlega się pytanie: „A co lekarz na to?”. Zresztą zawołanie: „lekarza!” pojawia się na Wiejskiej regularnie. Rafał Grupiński w czasie wystąpienia Antoniego Macierewicza dopytuje: „Czy jest na sali psychiatra?”. Ale bywa i tak, że posłowie sami, bez specjalistycznego wsparcia, diagnozują – i u siebie, i innych – rozmaite schorzenia. Gdy Jerzy Meysztowicz stwierdza, że „pani poseł Pawłowicz (...) w dzieciństwie chyba miała ADHD”, uzyskuje w odpowiedzi deklarację jej samej: „Miałam odrę. I dyfteryt. I szkarlatynę. I różyczkę! A pan miał po prostu fiksum-dyrdum i zostało panu do dziś”.

Politycy odnoszą się też z zatroskaniem do zdrowia duszy. „Wstydu nie ma. Jak on pójdzie do spowiedzi?” – pyta ktoś zdegustowany wystąpieniem jednego z parlamentarzystów. Z kolei w dyskusji na temat lekcji religii w szkole Marzena Machałek wchodzi w dialog z Agnieszką Pomaską i proponuje: „Pani się uspokoi, niech się pani pomodli”.

Sprawozdania z sejmowych posiedzeń przepełnione są takimi komentarzami, dopowiedzeniami i okrzykami, które padają poza mównicą. Godzina po godzinie są one w czasie obrad skrupulatnie spisywane. – Na sali posiedzeń są dwa stanowiska komputerowe dla osób notujących głosy z sali, jednak tylko podczas głosowań oraz burzliwych dyskusji jednocześnie pracują dwie osoby – tłumaczy Jakub Majewski z Kancelarii Sejmu. I dodaje, że jeżeli nie jest możliwe ustalenie autora wypowiedzi poza mikrofonem, w sprawozdaniu stenograficznym jest używane sformułowanie „głos z sali”, bez podania imienia i nazwiska. Gdyby wkradł się błąd, to zgodnie z regulaminem Sejmu parlamentarzysta ma pięć godzin na to, by od czasu wygłoszenia przemówienia autoryzować swoje wystąpienie. Ale – jak podkreśla Majewski – dotychczas nie zdarzyło się, by na prośbę posła lub innego mówcy edytowano lub usunięto treść przypisanego mu głosu z sali.

Bałwan, cham, prymityw

Katalog obelg i przezwisk, którymi obdarzają się nawzajem parlamentarzyści, jest otwarty. „Analfabeta”, „rasista”, „prymityw”, „hipokryta” – takich podobno mamy posłów. Tak przynajmniej o sobie mówią. A dokładniej – o tych, którzy siedzą w innej części sali.

Ewa Kopacz nazywa Dawida Jackiewicza „prostakiem”, a Stefan Niesiołowski stwierdza, że Joachim Brudziński to „pajac”. Dokładnie w ten sam sposób do Arkadiusza Myrchy zwraca się Stanisław Piotrowicz. Ryszard Terlecki uważa, że Rafał Grupiński to „bałwan”, a opozycja to „hołota”. Z kolei Jan Mosiński dorzuca, że Sławomir Nitras jest „chamem” i „ćwokiem”. I cóż z tego, że Izabela Leszczyna zauważa, że „nie jesteśmy na targu, tylko w Sejmie”. Skoro Marek Suski zwraca się do Krzysztofa Brejzy z krótką radą: „Brejza, spadaj”. A Krystyna Skowrońska ma wyrażoną w żołnierskich słowach propozycję dla Anny Paluch: „Pani poseł, pani się zamknie”. Wiele komentarzy towarzyszy też wystąpieniom Stanisława Piotrowicza. Dotyczą głównie odniesień do jego pracy prokuratorskiej w PRL. Poseł zabiera więc głos przy akompaniamencie okrzyków płynących z ław opozycji: „Komunista”, „Edward Gierek”, „Towarzyszu”, „Komuno, wróć” i „Precz z komuną!”. A wreszcie pada też kategoryczne żądanie: „Wynoś się stąd!”.

Obelżywe traktowanie przeciwnika politycznego, pogarda i lekceważenie nie jest oczywiście w Sejmie niczym nowym. I nie od dziś utrwala w umysłach odbiorców bardzo konkretny obraz polityki w świadomości obserwujących ją wyborców. Jak zauważa sekretarz Polskiego Towarzystwa Retorycznego dr hab. Agnieszka Kampka – brutalizacja języka polityki sprawia, że działalność publiczną traktuje się jako coś złego, brudnego. – Efekt jest taki, że politycy i wszyscy zaangażowani w życie publiczne zaczynają być postrzegani jako ludzie, którzy chcą manipulować innymi, żeby zrealizować własne interesy. Jeśli w publicznych sporach wszyscy nawzajem oskarżają się o brak zasad moralnych, używają obraźliwych, a często nawet wulgarnych określeń, to widz czy słuchacz zaczyna podejrzewać, że nikt nie ma racji. I co więcej – że nikomu tak naprawdę o nic ważnego nie chodzi. Jedynym sensem takiej kłótni jest chęć zaistnienia w mediach albo pogrążenia swojego politycznego przeciwnika – podkreśla.

Słuchając więc tego, co i jak mówią do siebie posłowie, można się zastanawiać, czy pamiętają chociażby apel, który Andrzej Duda wygłosił tuż po złożeniu przysięgi prezydenckiej przed Zgromadzeniem Narodowym. „Proszę, żebyśmy umieli szanować się nawzajem. Mówię o tym zwłaszcza tutaj, w sali sejmowej, mówię to do polskich polityków, mówię to także do siebie. Chciałbym, żebyśmy budowali wzajemny szacunek, bo to szacunek musi być podstawą wspólnoty, a tylko wtedy, kiedy będziemy wspólnotą, będziemy w stanie naprawić Polskę” – przekonywał, obejmując urząd, prezydent.


Pozostało jeszcze 68% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (3)

  • Anonim(2016-08-21 12:19) Zgłoś naruszenie 00

    Jak zwykle w punkt panie redaktorze .

    Odpowiedz
  • Mar(2016-08-20 11:16) Zgłoś naruszenie 10

    no i Panie Inspektorze calkowicie sie z Panem nalezy zgodzic.

    Odpowiedz
  • Inspektor Pracy(2016-08-19 18:01) Zgłoś naruszenie 30

    a słowa :POlityczny złodziej !!!...............Oskarżam Tuska i jego Pomagierów w tym pseudolekarz Ewe Kopacz oraz dyspozycyjnych wykształciuchów Trybunalskich o wielkie najPOdlejsze Narodowe złodziejstwo i to ,że aby mogli dalej Rządzić krajem rozdając kolesiom gaże POnadkominowe dokonali POlitycznego piractwa i okradli cynicznie z wieku emerytalnego ludzi najdłużej spracowanych od wczesnych lat ,zatrudnianych za komuny i postkomuny także dodatkowo w czasie ponad-ustawowym bez dni zamiennie wolnych oraz w szkodliwych i niebezpieczniej warunkach pracy . A oto mechanizm tego działania :Ukradli Im najpierw wstecznie Ustawą Podmostową, 5 lat z wieku emerytalnego a potem POmogli dołożyć jeszcze dwa pomimo iż Oni często pracowali nawet od 15 r życia także w soboty i święta na wszystkich zmianach . Dali Im zamiennie rekompensaty ale pod warunkiem jak po 52 latach pracy je dożyją ! Uważam ze to są przestępcy -w dosłownym znaczeniu

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie