Całą sprawę "Super Express" opisał miesiąc temu. Do incydentu miało dojść 25 grudnia na lotnisku w Charkowie. Jak ustaliła gazeta, Gosiewska spóźniła się na odprawę samolotu z Charkowa do Kijowa dlatego chciała wstrzymać lot. Kiedy obsługa się sprzeciwiła, posłanka miała zacząć krzyczeć, że "Polacy pomagają Ukraińcom, a ci nie chcą nawet samolotu na chwilę zatrzymać" - mówi informator gazety.

Informację o zajściu z Gosiewską potwierdził wtedy "Super Expressowi" rzecznik MSZ. Sama Gosiewska z kolei tłumaczyła, że faktycznie spóźniła się 25 grudnia na lotnisko w Charkowie, gdzie próbowała przekonać obsługę, że "5 minut po odprawie to nie jest tragedia, ale nie posłuchano mnie". Dlatego posłanka miała zapłacić karę i polecieć do Kijowa 26 grudnia. Pytana o alkohol, Gosiewska powiedziała: "Każdy z nas jest człowiekiem. A w dodatku to był pierwszy dzień świąt. Miałam za sobą jedno piwo."

Teraz, podczas prowokacji, Gosiewska inaczej wyjaśniła zdarzenie. Dziennikarz "Super Expressu" podał się za pracownika biura ambasadora Polski w Kijowie. Pytał o szczegóły incydentu w Charkowie, jak bowiem tłumaczył - posłanka miałaby zostać odznaczona ukraińskim Orderem Wolności.

Tym razem Gosiewska przyznała, że piła alkohol z lokalnym biskupem.  - Ja nie mogłam jednego argumentu użyć, który by tę sprawę bardzo wyjaśnił: przecież nocowałam w kurii biskupiej. I wyjeżdżałam od księdza biskupa. I tego argumentu nie użyłam z wiadomych względów, żeby księdza biskupa w to wszystko, w ten cały brud nie mieszać  - mówiła dziennikarzowi "SE" Gosiewska. - No przecież nie powiem, że napiłam się wina z księdzem biskupem - wyznała posłanka.