Zastanawiam się, kim naprawdę jesteś: pisarzem i filozofem, autorem ponad trzydziestu książek Konradem T. Lewandowskim czy Przewodasem, znanym w sieci hejterem i trollem. Mam wrażenie, że z tej drugiej działalności jesteś bardziej znany, co wynika chociażby z tego, że mniej Polaków czyta książki, więcej zaś posty na forach.

Tak a propos Przewodasa, to czy wiesz, że aplikacja do systemu komunikacji miejskiej na palmtopy nosi nazwę Przewodas? Na moją właśnie cześć, co jest zaznaczone na stronie cytatem: „I nadszedł Wodnik. A przybywszy, wziął Ryby za pysk i zaprowadził porządek w stawie”. To tzw. proroctwo Przewodasa z mojego opowiadania „Półmisek” wyśmiewającego New Age.

Bardzo zabawne, ale nie uciekaj od odpowiedzi. Jesteś sławnym w internecie awanturnikiem, autorem złośliwych komentarzy obrażających ludzi. Tak czy nie?

Jestem trollożercą. Uważam, że zasada „mądry głupiemu ustępuje” w epoce internetu nie powinna obowiązywać. Zgadzam się z socjologiczną teorią bodźca społecznego, która mówi, że jak nie ma wymuszenia, to się nic nie zmienia. Więc staram się tym bodźcem być.

Teraz znów wybuchła awantura, której jesteś czarnym bohaterem: zwymyślałeś blogerkę książkową tylko z tego powodu, że skrytykowała twoją książkę.

Nazwałem jedną z nich gęsią za spoilerowanie, czyli zdradzanie fabuły. Przypadkiem była to też recenzja nieprzychylna i nieporadna stylistycznie. Potem jedna z jej koleżanek – co ważne – ukryta pod pseudonimem trudnym do wymówienia i awatarem zamiast zdjęcia – oznajmiła, że używając słowa „gęś”, wykazałem brak kultury. Uznałem to za bezczelność. Osoba, która nie raczy się przedstawić, co jest podstawą savoir vivre’u, ośmiela się mnie pouczać w tej mierze. Więc potraktowałem ją tak samo, jak traktuję każdego anonimowego trolla, bo uważam, że w kontaktach z takimi osobnikami grzeczność nie obowiązuje. Powiedziałem jej to, kończąc słowem „wypierdalaj”. To było jedyne grube słowo, jakie padło w tej awanturze. Połączono te dwa incydenty w jeden – Lewandowski wulgarnie zwymyślał blogerkę, która napisała nieprzychylną recenzję jego książki... I podniosła się fala świętego oburzenia.

Zareagowała m.in. Katarzyna Bonda, znana autorka kryminałów, która zamieściła potępiające cię oświadczenie w sieci.

Ona zrobiła coś więcej: wezwała do bojkotu moich książek, co uważam za akt nieuczciwej konkurencji. Zwłaszcza że właśnie ma się ukazać mój kolejny kryminał, na pewno bardziej aktualny niż książka Bondy. Rozumiem, że konkurentka jest w strachu i brzytwy się chwyta.

Bonda nie musi się obawiać konkurencji, bo jej książki świetnie się sprzedają. To tobie zarzucono, że z premedytacją wywołując ten skandal, zwany także wojną o gęś, chciałeś podbić swoją popularność, a więc sprzedaż książek. Ona ma jeszcze nad tobą tę przewagę, że jest śliczną blondynką o promiennym uśmiechu, którą chętnie zapraszają do telewizji śniadaniowych. A ty niewysokim, dobrze odżywionym mężczyzną, że będę politycznie poprawna.

Kasia Bonda jest celebrytką, a ja nie. Natomiast awantury w sieci wywołuję średnio raz na tydzień, od kilkunastu lat, więc zarzut wyrachowania jest bezpodstawny. Nowość polegała na tym, że akurat ta sprawa dotknęła problemu, który od dłuższego czasu uwierał wielu ludzi. I oni stanęli murem po mojej stronie. Blogerki książkowe nie przypuszczały, jak bardzo są znienawidzone za brak kompetencji.

Mamy wolność słowa, mamy internet, każdy może w nim wyrazić dowolną opinię. Czytałam tę recenzję, jest nieudolna, na niskim poziomie merytorycznym, ale nie można odmawiać ludziom prawa do wypowiadania swoich opinii w sieci. Zwłaszcza kiedy mają po kilkanaście lat.

Teraz może cię zaskoczę, bo sprawdziłem, kim jest osoba, od której zaczęła się wojna o gęś. To 31-letnia kobieta. Tylko stylistycznie i intelektualnie kwalifikuje się do gimbazy. Podobnie zresztą jak jej przyjaciółki.

Ale odpowiedź była chamska.

Można nazywać mnie chamem. Ponieważ z chamstwa, w rozumieniu współczesnym, choć nie przedwojennym, korzystam jako środka wyrazu artystycznego. Gdybym nie użył słowa „wyp...”, sprawa po prostu rozeszłaby się po kościach, jak wiele razy wcześniej, kiedy owijano w bawełnę.

Konrad, umówmy się – jesteś hejterem. Funkcjonujemy na tych samych forach, jesteśmy znajomymi na Facebooku i wiem, że często rozwalasz dyskusje, idziesz jak nosorożec. Kopiesz, gryziesz, obrażasz ludzi.

Hejter? Nie zgadzam się! Ja zawsze zaczynam dyskusje w charakterystyczny sposób – pół żartem, pół serio. Wskazuję paradoks, jakiś fundamentalny błąd w rozumowaniu, drugą stronę medalu. Jeśli mój adwersarz zareaguje z dystansem i humorem, zwykle pozostajemy przyjaciółmi na lata. Ale jak druga strona mi odpyskowuje, nie rejteruję. I aplikuję wspomniane wcześniej bodźce społeczne, aż administratorom puszczają nerwy.

I dostajesz bana za banem. Twoje wpisy są kasowane, masz zakaz publikowania na wielu forach, czyszczą blogosferę z Lewandowskiego-Przewodasa.

W praktyce to nic nie daje. Kiedyś na forach dyskusyjnych były tzw. killfaile, można było wyłączyć powiadomienia, tak że wypowiedzi takiej osoby stawały się niewidoczne. Prowadziło to do kuriozalnych sytuacji. Wyobraź sobie: trwa kłótnia w sieci, część osób poczuła się obrażona i mnie zablokowała. Ja rozmawiam z pozostałymi, a tamci odnoszą się nie do tego, co napisałem, ale do odpowiedzi moich rozmówców. Bełkot do potęgi! Teraz jest jeszcze inna sytuacja. Internet się rozwija, pojawiają się nowe formy komunikacji. I nie da się kogoś wyłączyć tak bardzo, by go już nigdy nie spotkać w sieci.

Na Facebooku można każdego w prosty sposób załatwić, wystarczy przesłać sprzeciw do administratora.

Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę zwykłą ludzką ciekawość. Osoby, które kiedyś mnie zbanowały, po jakimś czasie znów chcą się dowiedzieć, co u mnie słychać. I wracają na fora, gdzie się udzielam. Kiedyś zarzekały się, że nigdy w życiu więcej z Lewandowskim nie chcą mieć nic wspólnego, ale tęsknią...

W takim razie różnimy się, bo ja rzadko banuję, ale jak już, to na wieczność. Ale w przeciwieństwie do ciebie unikam skrajnych ocen. Nie potrafiłabym – może to kwestia wychowania – rzucić komuś publicznie w oczy, że jest kretynem, złamasem itp. Robisz to na trzeźwo czy emocje cię zjadają?

Tak naprawdę wściekły wygarnąłem komuś, nie licząc się z konsekwencjami, może z pięć razy w ciągu ostatnich 15 lat. Przykładem awantura z Katarzyną i Rafałem Kosikami, właścicielami wydawnictwa Powergraph, o to, że nie zaprosili mnie do antologii opowiadań inspirowanych twórczością Lema. A ja przecież dwa razy robiłem z Lemem wywiady, miałem pomysł na opowiadanie, napisałabym je z szacunku do Mistrza, za symboliczne pieniądze. Niekompetencja albo złośliwość, stawiam na to pierwsze. W każdym razie puściły mi nerwy, poczułem się, jakby chcieli mnie żywcem pogrzebać. Nawymyślałem im od dorobkiewiczów. Jednak ta awantura skończyła się spokojną rozmową z Katarzyną, podczas której wyjaśniliśmy sobie, jak bardzo jesteśmy rozczarowani sobą nawzajem. I teraz pozostajemy w dobrych, a przynajmniej poprawnych stosunkach. Rafał wielokrotnie sprzeciwiał się naleganiom, by mnie wyrzucił ze znajomych na FB. A podczas tej ostatniej awantury z blogerkami książkowymi wyraźnie stanął po mojej stronie.

Kozikowie mogli cię po prostu nie lubić, więc nie zaprosili do pisania.

Ale jeśli to, że ktoś mnie nie lubi, bierze górę nad profesjonalizmem, to mam prawo wyrazić swoje zdanie w tej sprawie. Niemniej z ludźmi na poziomie się nie kłócę.

Ty masz prawo wyrazić swoje zdanie, a inni swoje. Teraz masz pretensje do wydawnictwa Nasza Księgarnia, które także zajęło stanowisko wobec twoich wpisów. I zbanowało cię, uniemożliwiając dyskusję na swoim forum.

Nasza Księgarnia początkowo próbowała być w tym sporze neutralna. Najpierw zamieściła oświadczenie, że nie będzie komentowała moich wpisów i wypowiedzi. Ale nie wytrzymali tam jazgotu podnieconych skarżypytów, którzy zalali ich masą mejli i postów: że jak to może być, iż takie rodzinne wydawnictwo, skierowane do dzieci i młodzieży, może drukować takiego chama i gbura jak ja. Przeprosili więc w moim imieniu, do czego ich nie upoważniłem. Uważam to za działanie nielojalne i nierozważne, bo za chwilę może się okazać, że te same osoby zaczną wysyłać sprzeciwy typu: a dlaczego takie szacowne rodzinne wydawnictwo ze 100-letnią tradycją drukuje „soft pornografię z elementami zoofilii i sadomasochizmu”, jak podsumował mojego „Ksina” jakiś sieciowy oszołom. Dali palec, za chwilę mogą stracić łokieć.

Wydawnictwo broni się przed czarnym PR. Nie boisz się, że ta krwawa walka w sieci zamknie ci drzwi do wydawania książek w ogóle? Już wcześniej miałeś problemy wynikające z twojego temperamentu.

Uleganie naciskom internetowych szakali nie prowadzi do niczego dobrego. Ja z tym wydawnictwem mam umowy na siedem książek i niezależnie od awantury robię swoje. Jako lojalny autor poczuwam się, by bronić Naszą Księgarnię przed nią samą. Niemniej jeśli naciski przeważą i moja kariera literacka ma się skończyć, to niech się skończy właśnie z takim hukiem i jeszcze większym. Mam jeszcze inny pomysł na życie.

A czy nie jest czasem tak, że jesteś socjopatą? Że te wszystkie wojny w sieci sprawiają, że czujesz się wspaniale? Ja pamiętam, iż z powodu podobnego zawirowania w internecie straciłeś lukratywny kontakt.

To, o czym mówisz, to była nieco inna sytuacja, nie tak publiczna, jak dzisiaj. Kilka lat temu Wydawnictwo Pruszyński odmówiło mi, ustami jednego z redaktorów, wznowienia „Ksina”. Ten redaktor, którego nigdy nie spotkałem w realu, ale z którym często spierałem się na forach, odwalił projekt, argumentując, że jako autor jestem skończony wśród czytelników literatury SF. Teraz można już stwierdzić, że dorabiał tezę do osobistych uprzedzeń.

Dlaczego sądzisz, że inni ludzie powinni cię kochać, jeśli nałogowo wbijasz im szpile? Każdy z nas ma czasem chęć, aby ogłosić publicznie: wasze posty to kupa gówna, a wasze dzieci są brzydkie. Ale tego nikt nie robi. Choćby z tego powodu, żeby nie sprawiać przykrości innym.

Były naczelny „Nowej Fantastyki” Maciej Parowski podsumował mnie kiedyś słowami: „Przewodas, ty masz na wierzchu to, co inni starają się ukryć”. Być może dzięki temu mam lepsze chłodzenie i nie przegrzewa mi się mózg pod izolacją z papier-mache, udającą pomnikowy spiż, więc nie odwala mi nagle jak Rafałowi Ziemkiewiczowi, który uważa, że gwałcenie pijanych dziewczyn jest cool. I dlatego te wszystkie sieciowe awantury nie przeszkadzają w tworzeniu. Mało tego, one dają mi energię, pozwalają szybko odreagować wypalenie. Dzięki temu w 2011 r. byłem w stanie napisać pięć powieści i natychmiast przejść do projektu mojego życia, czyli „Orzeł bielszy niż gołębica” – książki i filmu zrobionych na zamówienie Narodowego Centrum Kultury. A w międzyczasie napisałem jeszcze sztukę na temat Powstania Warszawskiego dla zaprzyjaźnionego teatru.

Z tego, co wiem, to z NCK także jesteś w konflikcie. Ale to twoja sprawa. Dziwię się jednak temu, że uważasz, iż twoi adwersarze w sieci są gorsi od ciebie. Bo mniej wykształceni, głupsi?

Na pewno z reguły mniej odważni. Ja w tych wszystkich wojnach internetowych występuję zawsze z odkrytą przyłbicą: jako Konrad Tomasz Lewandowski. Albo pod ogólnie znanym pseudonimem Przewodas, zawsze jest dołączony do moich postów adres mejlowy. I biorę za to, co piszę, pełną odpowiedzialność, na klatę.

Jesteś pokłócony niemal ze wszystkimi w Polsce. Spotkałeś kiedyś godnego – twoim zdaniem – przeciwnika, który nie wymiękł, nie obraził się?

Kilka razy. To byli ludzie wyluzowani, którzy moje wypowiedzi skwitowali słowami: „Konrad, jaja sobie robisz?”. No tak, przeważnie robię sobie jaja, więc natychmiast wszystko kończyło się śmiechem.

Po jaką jasną cholerę prowokujesz? Po co dymisz, napuszczasz ludzi na siebie?

Staram się ich zmusić do myślenia. Robię to, co robili starożytni filozofowie na agorze analogowej. Sokrates dostał za to puchar cykuty, ja bany na forach. Po to jestem filozofem, by wyrywać ludzi z objęć głupoty i zabobonów. Na przykład jestem pies na przeciwników szczepień. Uważam, że oni łamią zasadę: „rób co chcesz, bylebyś swoim działaniem nie wyrządzał krzywdy innym”. Bo przeciwnicy szczepienia dzieci korzystają z odporności zbiorowej, jednocześnie ją niszcząc. Chodzi o to, że patogen nie rozprzestrzenia się zbyt łatwo, jeśli choćby część społeczeństwa jest na niego odporna. Zaszczepienie choćby tylko 30 proc. populacji powoduje, że wybuch epidemii jest niemożliwy.

To bym jeszcze zrozumiała. Ale wkurza mnie, że występujesz przeciwko Kościołowi katolickiemu we wściekłych jeremiadach. A ostatnia książka jest atakiem na egzorcystów. Co oni ci zrobili?

Uważam egzorcyzmy za rozpowszechnianie ciemnoty i zabobonu, nie do przyjęcia dla kogoś takiego jak ja, kto przez 15 lat zajmował się popularyzacją nauki w różnych czasopismach. Fakt, jestem antyklerykałem. Ale nie jestem antyreligijny. Uważam, że religia jest emocją nieoddzielną od ludzkiej psychiki. Myślę, że gdyby grupę ateistów pozostawić na bezludnej wyspie, wkrótce by się okazało, że połowa z nich założyła jakiś własny kult, a druga połowa funkcjonuje na kontrze wobec nich, aby móc pozostać ateistami...

Rozumiem. Wojna. Zawsze i wszędzie. Ze wszystkimi.

Nie męcz się, napisz, że Lewandowski nienawidzi świata i ludzi, będzie prościej. A walka – tak. Nie zgadzam się na ten świat i robię wszystko, aby nie było mu to obojętne.

Mam wrażenie, że te wszystkie twoje internetowe ataki są niczym innym, jak krzykiem bezradności. Człowiek mniej wykształcony wrzeszczy w amoku „k..., k..., k...”. Ty tak samo.

Każdy ma takie momenty. W dziennikach Kisielewskiego także są całe akapity złożone ze słowa „k...”. Pisarz nie może mieć wrażliwości przydrożnego głazu czy słupa, bo to się mija z istotą tego zawodu. Tak więc wkurzam się i z tego powstają moje książki, jak choćby „Anioły muszą odejść”.

To ja teraz się posłużę wpisami na forach: pisarz robi w kulturze, więc sam powinien być grzeczny i kulturalny. Jeśli jest chamem i burakiem, jakim bywasz, to nie jest robotnikiem kultury, czyli pisarzem.

Ten sposób myślenia nazywam etykietą drogi przez wieś, gdzie jak się pięknie nie pozdrowiło przechodzącego kuma, to kum wyrywał sztachetę i lał na odlew. To mentalność pokolenia awansu społecznego przeniesiona do współczesnego dyskursu publicznego, co uważam za anachronizm. Franciszek Fischer, legenda kultury międzywojennej, przy różnych okazjach nawymyślał od idiotów i idiotek bodaj wszystkim przedstawicielom ówczesnej elity. I nikt się nie obrażał. No, raz Xawery Dunikowski, ale na krótko. Taka Izabela Stachowiak „Czajka”, do której Fischer warknął „nie wtrącaj się, idiotko”, kiedy przerwała jego dyskusję z Witkacym, rozpłakała się, ale Fischera uwielbiać nie przestała. Inna sprawa, że on był monstrualnym bobasem. Wielki, gruby, życiowo nieporadny. Kobiety na jego widok porażał instynkt macierzyński. Ale do rzeczy! Chodzi o to, że Franc Fiszer, arystokrata ducha, dziś zostałby uznany za ostatniego chama, bo chłopskie kompleksy zastąpiły szlachecką godność.

A ty się uważasz za jego kontynuatora.

Z Franciszkiem Fischerem łączy mnie na przykład zamiłowanie do metafizyki, czyli ontologii, nie mylić z bełkotem o duchach. Franc był bezwzględnym tropicielem intelektualnej blagi. Nie tolerował głupoty, niezależnie od społecznej rangi głupca. Co nie przeszkadzało mu być inspiratorem poetów i dramaturgów. Na przykład „Pan Kleks” Jana Brzechwy był inspirowany jego osobą.

Daleko dobrodusznemu Kleksowi, wychowawcy pokoleń dzieciaków, do Przewodasa, który bije na forach kijem bejsbolowym. Wiem, zaraz powiesz, że demokracja to rządy idiotów. I ludzie wykształceni mają swoją misję, żeby nawracać motłoch.

Uważam, że tamtą tradycję należy przywrócić właśnie teraz, kiedy zalewa nas tabloidowa głupota, niezrozumienie podstawowych rzeczy czy grafomania, taka jak w blogosferze książkowej. Dlatego właśnie jakiś czas temu z Pawłem Dunin-Wąsowiczem postanowiliśmy założyć fundację edukacyjną pod nazwą Instytut Franciszka Fischera. Mamy już zarejestrowaną nazwę i logo, teraz jesteśmy w trakcie rejestrowania się jako fundacja.

Będziecie mieć w statucie obowiązek spędzania dwóch godzin dziennie na internetowych nawalankach?

Nie, ale przydałoby się wprowadzenie obowiązku radykalnego skrytykowania lub wyszydzenia przynajmniej jednej blogerki książkowej miesięcznie. Blogosfera musi spłonąć! Ze wstydu. Za swoją głupotę i niekompetencję.

Ależ masz przerośnięte ego.

No mam. Jak wszyscy twórcy, tylko mniej się kryguję. Zatem pocałujcie mnie wszyscy w dupę, jak powiedział kulturalnie Julian Tuwim. Teraz tę dupę odlano z brązu i wystawiono w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 101. Przy okazji zamierzam tam złożyć kwiaty. W podobnej intencji od lat składam bukiety ze śledzi na grobie Franca Fischera w rocznicę jego śmierci.

Czemu śledzi, nikt tego nie rozumie.

Bo „śledź jest rybą z gatunku zakąsek”, jak powiedział Mistrz. Dla jasności, te bukiety były z plastykowych przynęt wędkarskich, nie położyłbym padliny na grobie. I pewnie dlatego szybko je kradli. W tym roku postawiłem więc na pomniku filiżankę z kawą, ulubioną „małą czarną” Fiszera. Stała dłużej, ale i tak ktoś ją ukradł.

W tej naszej rozmowie pozujesz na intelektualistę, obrońcę wartości, ale to nie zmienia faktu, że w sieci jesteś wściekłym trollem i hejterem. Niedawno na moim profilu na Facebooku pojechałeś od grafomanek jednej z pisarek, było przykro.

Kiedy krytykuję książki innych pisarzy, np. w moich esejach wydawanych w „Czasie Fantastyki” czy „Lampie”, staram się, aby to była krytyka moich marzeń, taka, jaką sam bym chciał otrzymać. Bo wbrew pozorom liczę się z krytyką i wyciągam wnioski. Jednak jestem tylko człowiekiem. Dziennie zamieszczam po kilkadziesiąt komentarzy, więc może się zdarzyć, że któryś z nich jest zbyt pochopny. Bo byłem zmęczony, bo coś źle zrozumiałem. I wierz mi, czasem używam takich wyrażeń, jak „przepraszam, zwracam honor”. Tę koleżankę blogerki, od której zaczęła się wojna o gęś, także przeprosiłem, kiedy wreszcie przedstawiła się z imienia i nazwiska.

Ja chyba mam większy luz, jeśli chodzi o krytykę. Nie zawsze nawet chce mi się wchodzić na wpisy pod moimi artykułami. Ale jak już to robię i okazuje się, że internauci jadą ze mną, wchodzę w dyskusję pod otwartą przyłbicą, z imieniem i nazwiskiem. Wówczas okazuje się, że najbardziej zagorzali krytycy zwijają ogon.

Bo jesteś kobietą. Faceci babce odpuszczą, mężczyźnie nigdy. Choć doświadczenie mi mówi, że kobiety trolle są dużo bardziej agresywne. Ty mówisz, że ja jestem trollem, a to nieprawda. Trolle obrażają, nawalają, kiedy są anonimowe. A kiedy przychodzi czas spojrzeć w oczy, choćby na konwencie SF, czmychają w kąt i przysyłają dziewczynę po autograf...

Jesteś wyjadaczem sieci, więc powiedz, gdzie jest najwięcej agresji i nienawiści.

Na starych grupach dyskusyjnych Onetu, zwłaszcza politycznych. Tam rzeczywiście jest agresja w postaci skrajnej, krystalicznie czystej do analizy. Przerasta to nawet moje możliwości. Podobnie jest na portalach, gdzie piszą tzw. publicyści niepokorni. Tam w ogóle nie wchodzę, jestem na to zbyt grzecznym, za dobrze ułożonym chłopczykiem. Ja szarżuję, kiedy wydaje mi się, że mogę danym człowiekiem potrząsnąć, żeby zaczął myśleć. Na nieprzemakalnych szkoda czasu.

Ile czasu spędzasz w sieci? I w jakich godzinach?

Ja całe dnie siedzę przy komputerze, bo pracuję. Mam otwarte okienko z plikiem powieści, jaką aktualnie piszę, oraz Facebooka. Niekiedy wyłączam FB i koncentruję się na pisaniu. Zauważyłem, że najwięcej postów pojawia się rano, zanim ludożerka wdroży się do roboty. Potem jest spokój aż do wieczora, gdy wróci do domów, by zemścić się za stresy w pracy. I jeszcze weekend. Jest zasada, że kryzysy w sieci wybuchają właśnie w weekend. Tak właśnie było z moją awanturą blogowo-książkową.

Co myślisz o trollach? Miłe zwierzątka?

Mają wyp...! Są tchórzliwe, anonimowe i głupie jak bajkowe trolle. Dlatego wyjątkowo łatwo w dyskusji zapędzić je w kozi róg.

Ale z tego, że jesteś megahejterem, jesteś dumny.

Nie hejterem. Nie trollem. Jeśli już, to, powtórzę: trollożercą!