Wojna i medycyna idą pod rękę: każdy konflikt pcha do przodu rozwój nauk medycznych. To brzmi kuriozalnie, ale wychodzi na to, że lekarze powinni się modlić, aby ich nie zabrakło.

Przemysław Guła: Faktycznie, to paradoks, gdyż misją naszego zawodu jest ratowanie życia. Tymczasem od najdawniejszych wieków podczas wojen notowano niesamowity progres rzemiosła lekarskiego. Już Hipokrates mówił: „Chcesz być chirurgiem, idź na wojnę”. Cztery lata temu w londyńskim Muzeum Nauki otwarto wystawę „Wojna i medycyna” – obejrzenie jej daje wyobrażenie, jak silnie są ze sobą związane. I jak dalekich czasów ten związek sięga. Są tam np. papirusy datowane na 2600 rok p.n.e. opisujące różne zabiegi operacyjne. Zachowały się narzędzia, liczące więcej niż cztery tysiące lat, których wygląd wskazuje, że służyły m.in. do trepanacji czaszki, jednego z bardziej newralgicznych miejsc w organizmie, czy też operacji sięgających w głąb jam ciała ludzkiego. Jednak po epoce antycznego Egiptu nie wiadomo dokładnie, dlaczego chirurgia zaliczyła wielki regres i aż do początków XIX w. zarzuciła bardziej skomplikowane zabiegi, ograniczając się w zasadzie do amputacji kończyn.

Moglibyśmy dywagować, sięgając do fantastycznych teorii Ericha von Dänikena lub przesłań historyków, mówiących o specyfice ciemnych wieków średnich. Ale i tak powoli, proporcjonalnie do liczby działań zbrojnych medycyna się rozwijała. Czy duża liczba przypadków, na których można trenować, plus presja konieczności to dobre wytłumaczenie tego związku?

Przypadek to dobre słowo, ma kilka znaczeń. Z jednej strony jest to „case” – wydarzenie. Z drugiej coś nieprzewidzianego. A w chirurgii mamy właśnie najczęściej do czynienia z trudnymi do zaplanowania wydarzeniami, gdyż każde obrażenie jest inne. Weźmy choroby zakaźne: łatwo przewidzieć ich objawy, komplikacje, przebieg – zostały opisane, a wszystkie przypadki są podobne. W wypadku ran zadanych na polu bitwy są same zaskoczenia. Ale faktycznie, na wojnie tych przypadków jest bardzo dużo. Można je porównywać, sprawdzać skuteczność metod leczenia. Choć czasem to zbieg okoliczności naprowadza naukę na nowe tory. Tak było np. podczas oblężenia Turynu w 1537 r. W tamtych czasach rany były leczone za pomocą przyżegania wrzącym olejem. I nagle zabrakło oleju! Szybko się okazało, że ci pacjenci, którzy nie otrzymali tej pomocy medycznej, częściej przeżywali i szybciej wracali do zdrowia. Wniosek był prosty: odstawiamy olej, zamiast tego podwiązujemy naczynia. W medycynie, tak samo jak w każdym innym rzemiośle, działa prawo wielkich liczb, statystyka. Mówię „rzemiosło” nie bez kozery, gdyż – np. w Anglii – chirurgia (surgery) była czymś innym niż akademicka medycyna. W każdym razie chodzi o to, że doświadczenia zdobywane na ogromnej liczbie wojennych przypadków uświadomiły medykom, że właśnie wtedy można posiąść wiedzę i przetestować nowe techniki.

A także nowe sposoby organizacji pomocy medycznej. Przykładem są wojny napoleońskie z początku XIX w.

Wtedy zrozumiano istotę medycyny wojskowej: potrzebę tworzenia korpusu medycznego i szybkiej ewakuacji rannych z pola bitwy. Pod Borodino sprawdził się ambulans konny, którym wywożono żołnierzy na zaplecze. W czasach, kiedy nie znano anastetyków, a jedynymi możliwościami ukojenia bólu był alkohol, to od sprawności i szybkości lekarza zależało życie pacjentów. Operacja trwająca powyżej 10 minut oznaczała śmierć. To gen. Dominique Larrey poskładał te wszystkie czynniki do kupy i wyciągnął wnioski do dziś stanowiące podstawę istnienia i rozwoju pogotowia ratunkowego.

Wielkie wrażenie zrobiły na mnie tamte statystyki. Pod Borodino przeprowadzono 200 operacji, średnia ich trwania to 7 minut 40 sekund. Rekordowy czas amputacji kończyny – 120 sekund.

I tak śmiertelność na polu walki była bardzo duża. Utrata krwi, infekcje, wstrząs... Ale jeśli pani pozwoli, to teraz ja spytam, a jest to podchwytliwe pytanie: jaka może być śmiertelność przy jednym zabiegu?

Ma pan na myśli jakąś konkretną procedurę? To powyżej 90 proc. Albo nawet 100 proc.

Błąd. Poprawna odpowiedź brzmi: 300 proc. Ta anegdota dotyczy Roberta Listona, szkockiego chirurga, który jako pierwszy w Europie przeprowadził zabiegi operacyjne z zastosowaniem eteru. Zresztą jego nazwiskiem nazwano też narzędzie służące do wyrównywania brzegów kostnych po amputacji. Podczas jednej z nich uzyskał właśnie taki wynik. Zmarł pacjent. Zmarł asystent, który pomagał go trzymać: zaciął się piłą, wkrótce zabiła go infekcja. I zmarł jeden z widzów obserwujących to zdarzenie.

Brzmi jak ponury żart. Ale postęp wymaga ofiar. Zrobiło się ich znacznie mniej, kiedy podczas wojen krymskich (1853–1856) do opieki nad rannymi włączyły się kobiety. Imperium rosyjskie walczy z Imperium Osmańskim i jego sprzymierzeńcami, czyli Wielką Brytanią, Francją i Sardynią. Krew się leje strumieniami. Ale pojawia się Florence Nightingale, a wraz z nią idea całościowej opieki nad rannymi.

Bo nie wystarczy nawet kilkunastu lekarzy. Potrzebny jest zespół współpracujących ze sobą ludzi, team. Spostrzeżono także problem higieny i prewencji chorób zakaźnych. Żołnierze dostają zestawy, w których skład wchodzi m.in. grzebień i mydło. Wszawica była okropną plagą. Z kolei po rosyjskiej stronie frontu działa inna niesamowita osoba – Mikołaj Pirogow. Za jego sprawą w miejsce drewnianych konstrukcji, za pomocą których unieruchamiano kończyny, wchodzą poręczniejsze i szybsze w zakładaniu opatrunki gipsowe.

Niekończący się wyścig: człowiek wymyśla coraz to nowe sposoby zabijania, ranienia i szuka na to remedium.

Na początku historii ludzkości – i wojen – były to rany tłuczone i rąbane. Rzadziej penetrujące, zadawane za pomocą grotów, nad którymi pracowano, żeby jak najtrudniej było je wyciągnąć. Z tym doskonaleniem technik wojennych idą w parze techniki i metody obronne oraz ochronne. Pancerze, hełmy, tarcze... Kirasjerzy, jazda, swoje półpancerze zrzucili – jako element przeszkadzający w walce – dopiero na początku XX w. Dziś doszliśmy do tego, że 70 proc. obrażeń dotyczy kończyn, które najtrudniej osłonić. Wielkie znaczenie ma wprowadzanie nowych broni palnych, zwiększanie ich celności i zasięgu. Na początku odległość, z której strzelano, wynosiła ze sto metrów. Co innego, jeśli chodzi o artylerię. W czasach przed kartaczami, kiedy jeszcze strzelano pełnymi, metalowymi pociskami, a więc do początków XIX w., rola artylerii, zwłaszcza psychologiczna, była nie do przecenienia. Wówczas w sztuce wojskowej liczył się zwarty szyk. I kiedy taka lita kula wpadła weń, zabijała wszystkich, którzy stanęli jej na drodze. A jeszcze raziła rykoszetem. Ludzie padali, szeregi się rozbijały. A ci, którzy się ostali, uciekali. Podczas wojen krymskich nastąpiła zmiana: porzucono zwarty szyk, żołnierze zaczęli się chować w okopach.

W wojnach burskich (1880–1902) na szeroką skalę zaczynają być stosowane szrapnele, powodujące wielonarządowe obrażenia. Medycyna też się zmienia.

Choć rany były wielomiejscowe, ludzie nie ginęli od razu. Wymagali jeszcze lepiej zorganizowanej pomocy, bardziej skomplikowanej diagnostyki, gdyż w ich ciałach znalazły się odłamki. Na pole walki wkracza najnowszy wynalazek Wilhelma Röntgena – promienie X, za pomocą których można zajrzeć do wnętrza ciała. Już siedem lat po tym odkryciu z 1895 r. aparaty do prześwietlania znalazły się w polowych szpitalach.

Mija mało czasu, a wybucha I wojna światowa. I ci, którzy wymyślają nowe środki zagłady, rzucają na stół gazy: fosgen i iperyt.

To była pierwsza i na szczęście ostatnia wojna, podczas której zastosowano na tak szeroką skalę taktyczne środki chemiczne. Odpowiedzią było nie tylko zastosowanie masek gazowych, ale też rozwój toksykologii, skok w opracowywaniu antidotów oraz postęp w leczeniu oparzeń chemicznych. Pod Londynem powstała klinika dla „ludzi bez twarzy”, czyli żołnierzy, którzy doznali urazów w wyniku działania gazów. Rozwija się chirurgia plastyczna, odkryto sposoby rekonstrukcji ubytków, zastępowanie płatów zniszczonej skóry przeszczepami od rannego. Ale to nie wszystko. Jako że do boju ruszyły wówczas także czołgi i karabiny maszynowe, liczba rannych w ciągu jednego dnia sięgała 100 tys. Było mnóstwo ran głowy. I Harvey Williams Cushing, amerykański lekarz, neurochirurg, wynalazł ssak do usuwania zniszczonej tkanki mózgowej. Do usuwania odłamków z ciała zaczęto używać elektromagnesów. A fakt, że wojska tkwiły całymi miesiącami w okopach, w zimnie, brudzie i błocie, sprawił, że trzeba było zająć się leczeniem zgorzeli (tzw. syndrom stopy okopowej) i odkryto technikę polegającą na szerokim usuwaniu martwych tkanek. Jest to również początek stosowania terapii krwiozastępczej.

A jak te wszystkie odkrycia, w masowej skali, pomogły żołnierzom, którzy odnieśli rany na wojnie? Trupa nie boli, on nie ma nic do powiedzenia.

Statystyki są bardzo ciekawe. Podczas I wojny światowej stosunek poległych do wszystkich, którzy odnieśli rany, wynosił 9,5 proc. Ale mówiąc o rannych, mam na myśli także tych, którzy dostali odłamkiem w nogę. Jeśli wziąć pod uwagę tych, którzy doznali obrażeń tzw. penetrujących, gdzie uszkodzone zostały jakieś ważne narządy wewnątrz jam ciała, było to już 66 proc. Przy czym średni czas od zranienia do przewiezienia rannego do szpitala wynosił wówczas jakieś 20 godzin. Natomiast podczas II wojny światowej pierwszy współczynnik – polegli do rannych – to już tylko 3,3 proc. Wśród ciężko rannych, w zależności od frontu, 42 do 24 proc. Droga do szpitala zajmowała już tylko 10 godzin. Jeśli do tego dodamy rozwój transfuzjologii (technikę podawania krwi bezpośrednio od dawcy do rannego) oraz masowe stosowanie środków przeciwbólowych (morfina), a także, co chyba najważniejsze, antybiotyki (penicylina), będziemy mieli obraz tego, w jaki sposób koszmar tej wojny przerodził się w wynalazki, które potem niosły pomoc cywilom.

A jak to teraz wygląda, ta statystyka śmierci?

To niesamowite, że choć człowiek konstruuje coraz skuteczniejsze środki walki, śmiertelność wśród żołnierzy spada. Podczas konfliktu koreańskiego (1950–1953) ogólna śmiertelność rannych żołnierzy wynosiła już tylko 2,5 proc. Tych najciężej poturbowanych – 12 proc. Ale proszę zwrócić uwagę, że dotarcie do szpitala zajmowało już zaledwie 4 godziny. Albo Wietnam. Wojna już nam bliższa poznawczo, choćby z powodów kulturowych – sprzeciw wobec niej, ruch hippisowski, muzyka i filmy. W tym konflikcie wspomniane współczynniki kształtują się już na poziomie 2,3 proc. ogółu rannych i 9 proc. tych ciężko zranionych. Dojazd do szpitala zajmuje 1,2 godziny. Ale też wchodzą do użycia śmigłowce jako środek transportu i ewakuacji. Wprawdzie te pierwsze nie pozwalały na komfort w zaopatrzeniu rannych, po prostu podwieszało się pod nie nosze i uciekało z zagrożonego terenu, ale prędkość ewakuacji przełożyła się na przeżywalność.

Zmieniła się także filozofia w podejściu do rannych żołnierzy, którzy przestali być tylko mięsem armatnim. Ranni mają w pamięci zapewnienie: wrócimy po was.

W grudniu 1941 r. nieprzyjaciel zaatakował i zniszczył pod Pearl Harbor amerykański okręt USS Nevada. Jego dowódca wydał jeden z najsłynniejszych w historii rozkazów. Pal licho torpedy, uzbrojenie wyrzucić za burtę. Cała naprzód, płyniemy, żeby ratować ludzi. Tym samym złamał wszystkie zasady, rozkazy, ale załoga przeżyła. Trafił przed sąd wojenny, lecz został uniewinniony. I od tej pory ta zasada – ratować ludzi – stała się obowiązująca. Wcześniej priorytetem było ocalenie dowódcy i w ogóle oficerów. Jednak z czasem zaczęto sobie uświadamiać, że każde życie, każdy żołnierz jest wart starania – bo martwy nie będzie mógł wrócić na pole walki. Np. w czasie wojen napoleońskich pojawiło się pojęcie segregacji (triage), przy czym nie chodziło o dzielenie poszkodowanych na lepszych i gorszych, tylko wyznaczenie priorytetów opartych na kategoriach medycznych: jak sprawić, aby jak najwięcej rannych przeżyło. Mówiąc inaczej: trzeba zrobić wszystko, aby uratować jak najwięcej tych, którzy są do uratowania. Jest w tym pewna brutalność, z góry założona, że nie wszystkim da się pomóc, ale najważniejsza jest tutaj skuteczność.

Ten system do dziś się sprawdza, choćby w medycynie katastrof, która jest cywilną siostrą medycyny wojennej: trzeba wybrać tych, którzy mają szansę, żeby nie tracić czasu na poszkodowanych, których losu już nie jesteśmy w stanie zmienić.

Chodzi bardziej o to, aby mając określone siły i środki, uratować jak najwięcej osób. Segregacje podczas wojen napoleońskich były po to, aby ranni żołnierze jak najszybciej mogli wrócić do boju. Później – wraz z rozwojem medycyny – można było je przeprowadzać w coraz bardziej konsekwentny i racjonalny sposób. Nowoczesne systemy ratunkowe zaczęły się od amerykańskiego START (ang. Simple Triage and Rapid Treatment) wypracowanego podczas wojen na terenie Azji. Chodzi o wytypowanie na pierwszy rzut osób, które wymagają pilnych zabiegów ratujących życie, ale mają szansę na przejście ewakuacji i dotarcie do szpitala. Są w ciężkim stanie, oznacza się je kolorem czerwonym. Ci w lepszym stanie, do transportu w drugiej kolejności, dostają plakietki koloru żółtego. „Zieloni” mogą poczekać, zostać przewiezieni jako ostatni. Natomiast ranni, którzy wprawdzie wykazują pewne funkcje życiowe, ale z punktu widzenia medycyny nie rokują przeżycia i wyzdrowienia, dostają plakietki koloru czarnego. Muszą poczekać, aż pomoże się tamtym. Nie można ich ratować za wszelką cenę, kosztem innych.

Podobnych wyborów dokonują lekarze także w warunkach pokojowych. Choćby na oddziałach intensywnej terapii. A w warunkach wojennych lekarze mają jeszcze tę przewagę, że nie muszą się tak bardzo liczyć z kosztami terapii. Tam ręka NFZ nie sięga.

Wybory są wpisane w każdy zawód i ma pani rację, że z tego punktu widzenia zwyczajna, cywilna praktyka jest jeszcze brutalniejsza. Zwłaszcza pod względem wyborów finansowych. Jednak, jak pokazuje chociażby przypadek oblężenia Turynu, postęp medycyny nie rodzi się z nadmiaru pieniędzy, ale właśnie z szukania rezerw. I coś, co w warunkach wojennych kosztowało mnóstwo pieniędzy, zamienia się w oszczędności. Tak samo jest z czasem. Podczas wojny w Wietnamie wykluła się reguła „złotej godziny” – chodzi o to, że jeśli ranny od czasu wypadku zostanie przewieziony do szpitala w czasie krótszym niż 60 minut, to jego szanse na przeżycie wzrastają dwukrotnie w porównaniu z osobami, których nie udało się tak szybko przetransportować. Zresztą tak samo działa to w okolicznościach cywilnych, ta złota godzina i tutaj jest wyznacznikiem. Ale, co ciekawe, choć transport rannych i chorych w warunkach wojennych odbywa się w o wiele dramatyczniejszych okolicznościach, pod większą presją, jest skuteczniejszy. I to pomimo równoległych procedur i tych samych środków technicznych. Bo proszę spojrzeć: pogotowie przyjeżdża szybko, jak trzeba, jest zapewniony transport śmigłowcem, na chorego czekają szpitale w większej ilości niż na wojnie, z wyspecjalizowanymi zespołami lekarskimi. Niemniej czas często się wydłuża ponad tę złotą godzinę.

Dlaczego na wojnie wszystko działa lepiej i skuteczniej? Chodzi tylko o pieniądze?

Chodzi o organizację i mentalność wojennych medyków. Na wojnie obowiązuje zasada „ładuj i jedź”. Zaczęło się od Wietnamu, kiedy śmigłowce weszły do powszechnego użycia w ewakuacjach. Helikopter nie będzie wisiał w powietrzu, czekał, bo stanowi świetny cel, więc musi się oddalić jak najszybciej. Bierze rannych, zwykle po kilku, i fruuu do szpitala polowego. A tam natychmiast z pomocą rzucają się zgrane ekipy medyczne. Wiedzą, że mają wykonać tylko niezbędne czynności, zatamować krwawienie, zaintubować chorego, ustabilizować na tyle, żeby przetrzymał drogę poza front, do specjalistycznego szpitala. Tam zacznie się właściwe leczenie. A w realiach cywilnych lekarze jeżdżący w karetkach pogotowia mają skłonność do wykonywania zbyt wielu czynności. Chcą na miejscu diagnozować, opatrywać, leczyć... A czas mija. Potem pacjent zostaje przewieziony do szpitala, w którym jest duży zespół, wielu specjalistów. W takim dużym zespole odpowiedzialność się rozmywa. Ten opuka, tamten skonsultuje. I zbyt często bywa, że pacjent jest świetnie zdiagnozowany, ale już niestety martwy.

W warunkach wojennych często przewozi się rannych np. z otwartym brzuchem...

Nie zapomnę jednej z moich pierwszych operacji w szpitalu polowym, w Ghazni w Iraku. To coś więcej niż szpital polowy, bo szpital II poziomu, ale mniej niż specjalistyczny. Jak są przyjęcia, to rzadko trafia tam jeden pacjent, zwykle przywożą po kilku, kilkunastu, każdy z wieloma obrażeniami, dramat. Trzeba się naprawdę uwijać. Mój szef mówi mi: nie zakładaj szwów na rany. Ale ja nie słucham, szyję. I na drugi dzień trzeba wszystko pruć. Bo opuchlizna, bo klimat sprzyja infekcjom. Lepiej by było, gdybym się powstrzymał i dał wcześniej przewieźć tych rannych do bazy w Bagram, gdzie jest szpital III poziomu. Nie jest przecież ważne, czy nasze działania spowodują, że blizna będzie ładniejsza, czy brzydsza. Bliznami będziemy się martwić później i gdzie indziej. To są zasady damage control, etapów działań ratunkowych.

Jakie są te etapy?

Człowiek ranny musi w ciągu owej złotej godziny dotrzeć do szpitala I poziomu, polowego, choć nasz średni czas w Afganistanie to 40 minut. Natomiast już w 240 minut od zdarzenia do placówki II poziomu. Miejsce chorego nie jest na wojnie. Chodzi także o to, żeby móc spokojnie prowadzić terapię, potem rehabilitację i zapobiegać kalectwu. Powiem tak: już nie jesteśmy w stanie radykalnie poprawić statystyk śmiertelności, to nierealne. Teraz powinniśmy się starać, aby działania wojenne nie produkowały masowo kalek. Ludzi niezdolnych do pracy, przegranych.

W tym zakresie postęp przyniosła, jak mi się wydaje, II wojna światowa.

O ile I wojna światowa charakteryzowała się ogromnymi stratami wśród żołnierzy, o tyle kolejna oznaczała nieznane wcześniej pod względem masowości ofiary wśród ludności cywilnej. Kiedy w 1941 r. zaczęły się bombardowania Londynu, pojawiło się pojęcie „crush syndrome”, zespołu zmiażdżenia. Wcześniej żołnierze ginęli z powodu wykrwawienia od ran penetrujących. Tu, kiedy wyciągano ludzi spod zburzonych budynków, często nie było ani kropli krwi. A jednak szybko umierali. Kiedy lekarze zrozumieli, dlaczego tak się dzieje (zmiażdżone tkanki uszkadzały nerki i wątrobę, a uszkodzone nerwy sprawiały, że nic nie działało jak trzeba – mówiąc w uproszczeniu), dało to asumpt do rozwoju takich technik jak np. dializa. Oparzenia w pożarach zmusiły do wysiłku, aby nauczyć się je jak najskuteczniej leczyć. Z kolei niemiecki lekarz Gerhard Küntscher wynalazł gwóźdź śródszpikowy – do dziś to podstawowy zabieg ortopedyczny stosowany przy złamaniach kości. Ale a propos niepełnosprawnych, opowiem niesamowitą historię. Podczas bitwy o Anglię asem przestworzy był Douglas Bader, pilot bez nóg, które stracił w 1931 r. w wypadku samolotu podczas pokazów akrobatycznych. Ale to mu nie przeszkadzało latać i walczyć – był na piątym miejscu pod względem trafień i zestrzeleń. Wreszcie sam został zestrzelony nad Francją, wyskakując z maszyny, musiał zostawić zaklinowane w kabinie protezy. Dostał się do niemieckiej niewoli, ale Niemcy, chcąc okazać szacunek dla tego żołnierza, zgodzili się, żeby Brytyjczycy zrzucili mu nowe. Wkrótce po tym, kiedy je założył, zorganizował ucieczkę z obozu jenieckiego. Wprawdzie go potem złapali, ale robi wrażenie, prawda?

No pewnie.

Dziś podobne przypadki nie zdumiewają tak bardzo. Mam przyjaciela, izraelskiego pilota F15 i instruktora, któremu brak nogi nie przeszkadza w służbie.

Myślę, że moglibyśmy długo jeszcze wyliczać odkrycia medyczne związane z wojnami. Naukę leczenia wstrząsu i rekonstrukcji naczyń krwionośnych w Korei i Wietnamie, kleje tkankowe, leki hamujące krwawienie, staplery do szybkiego szycia. Ale zastanawiam się, czy jest tu jakiś przełom.

Ostatnim przełomem w farmacji na wielką skalę było odkrycie antybiotyków. I zmiany w organizacji pomocy medycznej. Natomiast, co ciekawe, pewne metody, które zostały zarzucone na skutek doświadczeń wojennych, po jakimś czasie wróciły. Np. kiedy podczas I wojny eksperymentowano ze środkami krwiozastępczymi, robiono roztwory z soli morskiej, dużo bardziej stężone niż w organizmie. Dziś powrócono do takich „mocnych” roztworów, gdyż zauważono, że wysysają zewsząd wodę i kierują do krwiobiegu. Mnie na studiach uczono, że nie można odcinać dopływu krwi do kończyn, bo dojdzie do martwicy. A teraz na szeroką skalę stosujemy stazę taktyczną, taką silną opaskę uciskową. I jeszcze ten wrzący olej z początku naszej rozmowy. Wróciliśmy do przyżegania ran, choć dziś nazywamy to koagulacją i oczywiście robimy w nieco inny sposób.

Chcesz być chirurgiem idź na wojnę

W związku z wątpliwościami historycznymi dotyczącymi użycia przykładu USS Nevada w kontekście analogii z stosowanym w chirurgii terminem „damage control” nastąpiła konieczność uściślenia kilku informacji. Atak na USS Nevada nastąpił o godzinie 8,01 w dniu 7.12.1941 w Pearl Harbor. Dowódcą okrętu był kmdr Francis J. Thomas. Statek otrzymał 1 trafienie torpedą oraz 6 trafień bombami. Doznając znacznego stopnia uszkodzeń wszystkich istotnych systemów. Pomimo to kontynuował działania bojowe (odnotowano 1 potwierdzone zestrzelenie) oraz udało się wyprowadzić go w miejsce bezpieczne przez co utrzymano drożność toru wodnego oraz oddalono od płonącego USS Arizona.

Damage control ilustrowane tym przykładem pokazuje działania, których celem było zmniejszenie zagrożenia dalszą lawiną niekorzystnych następstw. Działania te wykonano w sposób sprawny i trwały one zaledwie 40 minut. W tym znaczeniu w żaden sposób nie było intencją autora sugerowanie ucieczki lub też wycofania się z miejsca walki, jak odebrane to zostało przez jednego z czytelników w USA. Jeśli powstało takie wrażenie, przepraszam gdyż w żaden sposób nie było ono intencją.

Zainteresowanych szczegółami odsyłam do źródła Dokument – Department of the Navy. USS Nevada Report of the Pearl Harbor Attack

Przemysław Guła - doktor nauk medycznych, lekarz chirurg urazowy ortopeda, pracownik Wojskowego Instytutu Medycznego