Barbara Sowa: Leszek Miller wrócił do szefowania SLD, Kwiatkowski i Czarzasty też spadli na cztery łapy. Chłopaki nie płaczą, a pani?

Aleksandra Jakubowska: Ja też nie płaczę, ostatnio wzruszyłam się jak musiałam uczestniczyć w żałobie mojej teściowej po spanielu.

Szykuje pani plan zemsty?

Nie, bo wierzę, że w życiu sprawdzają się dwie reguły - kariera budowana na czyjejś krzywdzie nigdy nie zakończy się dobrze i krzywda wyrządzona drugiemu człowiekowi zawsze wraca jak bumerang. Nie siedzę na brzegu rzeki i nie wypatruje czy ciała wrogów nie spłyną same, ale wierzę, że rachunki za niecne postępki trzeba płacić. Choć, niestety, są od tej reguły wyjątki...

Jednocześnie nie przepuszcza pani okazji, by wbijać szpile dawnym wrogom. Ćwiąkalskiemu przy okazji afery z sędzią Milewskim wypomniała pani, że złożył apelację w pani procesie.

Oczywiście, gdzie mogę to przypominam, bo ludzie mają tendencję do zapominania o swoich wybrykach. Czy to normalne, że godzinę po ogłoszeniu wyroku (sąd pierwszej instancji uniewinnił Jakubowską w procesie po aferze Rywina - przyp. red.) minister sprawiedliwości pełniący jednocześnie funkcję polityczną i funkcję prokuratora generalnego, mówi publicznie, że wydał polecenie wniesienia apelacji, nie znając akt sprawy ani uzasadnienia? Zastanawiam się nad wniesieniem skargi do Trybunału w Strasburgu.

Nie wiem czy to się powiedzie z formalnego punktu widzenia. Ale pojawiła się nadzieja po wyroku na Julię Tymoszenko, kiedy to powstał precedens i trybunał uznał, że doszło do nacisku na władze sądowe. Tu też był nacisk. Ale musiałabym ją sama napisać, bo nie stać mnie żeby kogoś wynająć.

Po skazującym wyroku napisała pani, że się.... cieszy, bo odzyskała wolność i może już krytykować, kogo chce, bez obawy, że wpłynie to na proces.

Wolność, którą odzyskałam, polega między innymi na tym, że dziś układam sobie własny program polityczny. Nie muszę pilnować linii jakiejś partii, nie muszę mówić, że jestem za adopcją dzieci przez osoby homoseksualne, skoro nie jestem, mogę krytykować feministki, rząd. Mam tylko jedno ograniczenie. Jest nim Leszek Miller. On, jako jeden z nielicznych, zachował się wobec mnie przyzwoicie, bardzo mi pomógł, kiedy tego potrzebowałam i do końca życia mu tego nie zapomnę. Dlatego dopóki będzie szefem SLD, to w krytyce Sojuszu będę bardzo umiarkowana.

Miller nie składał pani propozycji powrotu do polityki?

Nie.

Twierdzi pani, że polityka ją mierzi, ale może sytuacja wygląda inaczej - może to polityka pani nie chce? Nadal jest pani "trędowata"?

To nie jest kwestia braku propozycji, bo gdybym chciała, to coś bym sobie wychodziła, niekoniecznie w SLD. Najbardziej “trędowata” jestem chyba dla mojej byłej partii. Wiem, że co roku klub robi spotkania byłych i obecnych posłów SLD i nigdy nie zostałam na nie zaproszona. Podobnie było z Kongresem Kobiet Lewicy. Chyba już nie jestem kobietą lewicy.

Żałuje pani, że związała się z SLD?

Żałuję, że w ogóle weszłam w politykę. Gdy zaczynam rozkładać na czynniki pierwsze wydarzenia i decyzje z przeszłości – choć robię to bardzo rzadko- to dochodzę do wniosku, że największym moim błędem było odrzucenie propozycji Zygmunta Solorza - jeszcze z czasów, gdy nie miał koncesji i nadawał z Holandii. Gdybym poszła do Solorza, Oleksy pewnie by nie zadzwonił z propozycja objęcia stanowiska rzecznika rządu, a gdyby nawet – to bez namysłu bym ją odrzuciła.

Ale ja mam straszliwą wadę, która się nazwa lojalność. Pracowałam wtedy w Radiu Kolor. Z chwilowego bezrobocia wyciągnął mnie Piotr Radziszewski, zostałam kierownikiem działu informacji i publicystki. Co ciekawe w tym samym czasie byłam z Solorzem w sporze prawnym. Zanim trafiłam do radia pracowałam w przejętym przez właściciela Polsatu “Kurierze Polskim”. Kiedy nas stamtąd wyrzucał uznaliśmy, że zrobił to z naruszeniem naszych kontraktów i podaliśmy go do sądu. - Piotruś - mówię do Nurowskiego, który przyszedł wtedy z propozycją od Polsatu - przecież ja się procesuje z twoim pryncypałem. - Co to ma za znaczenie? To zupełnie inna sprawa - odparł. Ale odmówiłam, tłumacząc że to byłoby nie fair. Potem za takie akty lojalności płaciłam coraz wyższą cenę.

Wobec TVP, która była pani trampoliną do sławy, nie czuje się pani lojalna i nazywa ją kurtyzaną.

Rozstanie z telewizją nie było dla mnie bolesne, wręcz przeciwnie poczułam wtedy ulgę. Nigdy nie zachorowałam na chorobę telewizyjna - tak jak moi niektórzy koledzy, nie tęsknię za tym okresem. Natomiast doceniam TVP jako dobro narodowe i irytuje mnie jej komercjalizacja. Stąd porównanie do kurtyzany, która nakłada na siebie kolejne warstwy makijażu, ścigając się z młodszymi rywalkami.

Telewizja stała się dziś dobrą synekurą dla przyjaciół króliczka i producentów. Dziś to oni - zewnętrzni producenci - są jej właścicielami. Studia, montażownie, ośrodki, które kiedyś stanowiły o wielkości majątku telewizji - dziś stoją puste. Nawet kolega Tomasz Sekielski przed przyjściem do TVP zakłada firmę producencką, tak jakby nie mógł, jako pracownik TVP korzystać z jej infrastruktury.

Podobnie jak Tomasz Lis, ale to są gwiazdy, których telewizji potrzeba...

To nieprawda. TVP nie jest telewizją gwiazd. Dobry menadżer nawet krowę potrafi wykreować na gwiazdę telewizji.

Juliusz Braun nie jest dobrym menedżerem?

Proszę mnie nie pytać o Brauna, bo nigdy mu nie zapomnę, jak się zachował przed sądem w czasie mojego procesu. Dostał amnezji... Jedno jest pewne - to co się dzieje teraz w TVP to wstęp do prywatyzacji.

Od "Rywingate" minęło ponad 10 lat. Patrząc z perspektywy czasu, jak pani ocenia - kto najwięcej zyskał, a kto stracił?

Przede wszystkim SLD, Agora no I "Gazeta Wyborcza". Sama afera Rywina jest oczywiście tylko pewnym symbolem, bo do kryzysu dołożyły się do też inne problemy partii, jak afera starachowicka czy walki personalne na lewicy.

A w perspektywie wieloletniej najbardziej zyskał Tomasz Nałęcz. Natomiast wszyscy, którzy byli aktywni w szefowanej przez niego komisji i dzięki temu zrobili kariery, dziś są na aucie. Rokita jest poza polityką i nie wierzę w jego powrót. Ziobro też przyszłości świetlanej przed sobą nie ma, chyba że przyjdzie do Canossy. Ale prezes Kaczyński chyba postanowił wykreślić Canossę z historii. I to mi się podoba, bo zdrajców się nie przyjmuje. Zawsze mogą po raz kolejny wbić nóż w plecy.