Kiedy wiosną Europa z przerażeniem patrzyła, jak SARS-CoV-2 rozkłada na łopatki włoską służbę zdrowia, polscy naukowcy zwarli szeregi. Byli przekonani, że na własną rękę jesteśmy w stanie wyprodukować najbardziej potrzebne artykuły.

Największą bolączką był wtedy niedobór testów. Lekarze obawiali się również, że w sytuacji, gdy do szpitali masowo zaczną trafiać chorzy na COVID-19, zabraknie respiratorów. Pierwszy problem postanowili rozwiązać naukowcy z Instytutu Chemii Bioorganicznej w Poznaniu, drugi – z Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej w Warszawie. Obydwa należą do Polskiej Akademii Nauk. ‒ Uznaliśmy, że skoro mamy swoje laboratorium, sprzęt i wiedzę, to spróbujemy stworzyć własny test ‒ mówi prof. Katarzyna Rolle z tej pierwszej instytucji.

Państwo nie zostawiło naukowców samych sobie. Oba projekty zostały dofinansowane przez resort nauki i szkolnictwa wyższego: pierwszy kwotą 15 mln zł, drugi – 5 mln zł. Wkrótce powstały zarówno test, jak i specjalny aparat pozwalający na podłączenie dwóch pacjentów do jednego respiratora, a politycy ogłosili sukces, wskazując, że dzięki polskiej nauce uniezależnimy się od dostaw z zewnątrz. Potem było już tylko gorzej.

Państwowe placówki nie zamawiają testów, chociaż są dostępne w sprzedaży. Badania nad aparatem – niezbędne, aby dopuścić go do pracy w szpitalach – przerwała pandemia. Wiceminister nadzorujący prace nad urządzeniem już nie pracuje, zresztą od marca doszło już do dwóch zmian na stanowisku szefa resortu odpowiedzialnego za naukę. Resort zdrowia umywa ręce i mówi, że nie zajmuje się kupnem testów. Ani respiratorów.

Wykorzystanie rodzimej myśli technicznej od dawna nastręcza nam trudności. Wygląda jednak na to, że „półkownicy” to nie tylko efekt słabej oferty naukowej, ale i braku menedżera, który projekty doprowadzi do końca. Zwłaszcza w czasach pandemii.

Kiedy wczesną wiosną z przerażeniem patrzyliśmy, jak koronawirus obezwładnia włoską służbę zdrowia, do zawołania „wszystkie ręce na pokład” przyłączyli się również polscy naukowcy przekonani, że wiele potrzebnych artykułów jesteśmy w stanie wytwarzać na własną rękę. Produkty są już gotowe. Tyle że nie dla pacjentów

Wśród badaczy, którzy odpowiedzieli na apel, znaleźli się pracownicy Instytutu Chemii Bioorganicznej (IChB) Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu. W marcu rozpoczęli oni prace nad polskim testem na korona wirusa, przedstawiając jego kolejne wersje. Od połowy października na rynku dostępna jest najnowsza, o której nawet rządzący mówią, że to najszybszy i najnowocześniejszy produkt na rynku. – To słowa, za którymi nie idzie wiele więcej. Pracowaliśmy nie po to, by odnieść sukces komercyjny czy dostać medale od prezydenta, ale aby nasza produkcja masowo wsparła polskie szpitale i laboratoria – słyszymy od naukowców, którzy nie kryją zdziwienia, dlaczego tak się nie stało.

Test na test

– W połowie marca dyrektor instytutu, widząc, co się dzieje, spytał nas, kierowników zespołów, czy nie chcielibyśmy włączyć się na zasadzie wolontariatu w pomoc diagnostyczną. W tamtym czasie robieniem testów zajmowały się tylko laboratoria państwowe. W Poznaniu – sanepid. Nie wyrabiali się – opowiada Katarzyna Rolle z IChB. Powstała wówczas 54-osobowa Wirusowa Grupa Wsparcia, jak nazwali ją jej członkowie, zabrała się do analizowania próbek pobranych od osób z podejrzeniem COVID-19.

Szybko dotarło do nich, że brakuje testów – wówczas pracowano głównie na brytyjskich i tureckich – co sprawiło, że trzeba było ograniczać liczbę dziennie wykonywanych badań. – Uznaliśmy, że skoro mamy swoje laboratorium, sprzęt i wiedzę, spróbujemy stworzyć własny test – mówi Rolle. Cel był taki, żeby był to od początku do końca produkt polski. Dawałoby to możliwość stałej produkcji i uniezależnienia się od zagranicznych dostawców.

10 kwietnia, czyli dzień po swojej dymisji na tle sporów o datę przeprowadzenia wyborów prezydenckich, Jarosław Gowin, były już wicepremier oraz minister nauki i szkolnictwa wyższego, ogłosił na Twitterze, że Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny (NIZP-PZH) potwierdził skuteczność poznańskiego testu na koronawirusa. „W przyszłym tygodniu wyprodukowanych zostanie pierwszych 150 tys. Ten test uratuje życie wielu z nas i pozwoli szybciej uruchomić polską gospodarkę” – cieszył się polityk. Jego ostatnią decyzją na stanowisku było przekazanie 15 mln zł na produkcję polskich testów. – Nie muszę nikomu tłumaczyć, jak ważna to inicjatywa. Od jej powodzenia zależy życie i zdrowie wielu ludzi – mówił wówczas w mediach.

Doskonalenie produktu

Produkcją, o której mówił Gowin, zajęła się Medico farma. Jej prezes Cezary Kilczewski informował w czerwcu, że Ministerstwo Zdrowia otrzymało od firmy ofertę dużych dostaw. Do lipca odpowiedzi nie było. Naukowcy próbowali ustalić, co stało się z ich pierwszą produkcją. Z ich informacji wynikało, że nie trafiła do żadnego laboratorium współpracującego z Narodowym Funduszem Zdrowia. W międzyczasie naukowcy z IChB doskonalili swoją konstrukcję. Po pierwszej generacji testów opracowali drugą, a potem i trzecią.

– Walczyliśmy, żeby test był bardzo czuły. Zależało nam na maksymalnym skróceniu czasu reakcji. To, co udało się stworzyć dzięki wsparciu biznesu z Medicofarmą i Polpharmą na czele, daje możliwość uzyskania wyniku już w ciągu godziny – mówi Rolle. Jak dodaje, inne testy oparte o tę samą technologię potrzebują przynajmniej 30–40 minut więcej, co przy tysiącach próbek analizowanych dziennie daje olbrzymią różnicę. Na początku listopada Gowin, który w międzyczasie wrócił do rządu w roli ministra rozwoju, pracy i technologii, zachwalał na stronach resortu, że polski gen innowacyjności zadziałał. Określił MediPAN-2G+ Fast COVID „najszybszym i jednym z najczulszych testów” na rynku.

– Liczyliśmy przede wszystkim na zainteresowanie rządowe. Tym bardziej, że na naszą produkcję ponad pół roku temu dostaliśmy rządowy grant. Skoro wtedy w nas zainwestowano, to o inwestycje trzeba dbać – mówią nasi rozmówcy. – Liczymy na zainteresowanie i wsparcie ze strony instytucji państwowych. Chcielibyśmy zachęcić laboratoria diagnostyczne do korzystania z polskiego testu. To potwierdzi realne wsparcie dla rodzimych, innowacyjnych produktów i da przykład innym naukowcom, że warto się angażować, mimo pojawiających się trudności – mówi Kilczewski. – Próbujemy zainteresować naszym testem resort zdrowia. Tak, by ta produkcja poszła do sanepidów, szpitali, może jako zaplecze do Agencji Rezerw Materiałowych. Na razie trafia do prywatnych laboratoriów – mówi Rolle.

Brak zainteresowania państwa spotkał również Ventil. To specjalny aparat, który w zamyśle twórców miał pozwolić na obsługę dwóch pacjentów za pomocą jednego respiratora. W warunkach prognozowanego wczesną wiosną braku tych urządzeń pomysł wydał się być darem niebios. Gowin określił go wówczas mianem „projektu unikatowego w skali świata”. Podległy mu resort wyasygnował na budowę urządzenia 5 mln zł. Ventil zrodził się w głowach naukowców z warszawskiego Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej Polskiej Akademii Nauk. Ponieważ placówka nie dysponuje zapleczem produkcyjnym, montażem aparatów zajęli się inżynierowie z Łukasiewicz – Instytutu Techniki i Aparatury Medycznej w Zabrzu. W zamian za finansowanie ministerstwo postawiło jeden warunek: pierwsze 100 sztuk ma być gotowych w miesiąc.

Jak wspominał pod koniec lipca w rozmowie z DGP dyrektor instytutu Janusz Wróbel, montaż setki aparatów w tak krótkim czasie „to była jazda bez trzymanki”. – W trzy tygodnie uaktualnić projekt, zrobić dokumentację, ściągnąć niezbędne podzespoły, kiedy nagle wszyscy się na nie rzucili, zrobić wstępne testy… Powiem tak: bez siedzenia w soboty i niedziele się nie obyło – mówił inżynier. Od tamtej pory wokół urządzenia panuje cisza. O jego losy zapytaliśmy centralę Sieci Badawczej Łukasiewicz. – Produkcja aparatu Ventil została zakończona po wykonaniu serii 200 sztuk. Kilkanaście zostało później skierowanych na testy kliniczne. Łukasiewicz – ITAM, który wyprodukował aparaty i uzyskał na nie certyfikat, nie gromadzi danych dotyczących ich aktualnego wykorzystania – mówi Joanna Puškar, kierownik zespołu komunikacji.

Resort nauki nie zdążył przygotować dla nas odpowiedzi o dalsze losy urządzenia. Nieoficjalnie jednak dowiedzieliśmy się, że aparaty po prostu trafiły do magazynu. Wspomniane testy kliniczne zostały przerwane (odbywały się w jednym ze szpitali na Pomorzu) z powodu drugiej fali koronawirusa. Zaangażowany w nie personel był bardziej potrzebny do bieżącej pracy na oddziale. W efekcie Ventil wrócił na półkę. Być może badania zostaną dokończone, kiedy sytuacja epidemiczna się się uspokoi.

Krzyż Zasługi

W kwietniu premier Mateusz Morawiecki po rozmowie z dyrektorem IChB Markiem Figlerowiczem pisał na Facebooku, że „efekt ich ciężkiej pracy ma dziś nie tylko wymiar medyczny, ale i psychologiczny. Ta wspaniała wiadomość wlała w serca wielu Polaków nadzieję i dała nam poczucie, że zyskujemy przewagę nad wirusem. Dla mnie priorytetem na najbliższe tygodnie i miesiące jest rozwój tego typu badań w Polsce, abyśmy jak najszybciej mogli być samowystarczalni. Ma to strategiczny wymiar dla całego państwa polskiego”. W podobnym tonie wypowiadali się jego podwładni z rządu.

Nowe produkty miały być ratunkiem dla systemu ochrony zdrowia. „Dzięki uruchomieniu produkcji polskiego testu na SARS-CoV-2, który bazuje wyłącznie na polskich odczynnikach, zyskujemy dziś niezależność i bezpieczeństwo pod względem dostępności testów, co jest kwestią ogromnej wagi dla naszej zdolności opanowania epidemii” – pisał Jarosław Gowin. Obecnie resort zdrowia na pytanie, co dalej z testami i urządzeniami wspomagającymi respiratory, odpowiada krótko: „MZ nie kupuje testów PCR i respiratorów”. NIZP-PZH również podkreśla, że choć poznańskie testy zostały sprawdzone – także dla potrzeb zakładu – i uzyskały pozytywną opinię, to ich dalszy los nie leży w gestii instytucji.

– NIZP-PZH nie podejmuje decyzji, kto zakupi dane testy ani gdzie zostaną one przekazane – mówi Anna Dela, rzeczniczka zakładu. W międzyczasie resort nauki przeszedł pod zarząd ministra edukacji (część kompetencji przejęło Ministerstwo Rozwoju), zaś wiceminister Wojciech Maksymowicz, który nadzorował prace nad Ventilem, odszedł z urzędu. – W związku z tym, że nie pełnię już funkcji w MNiSW, nie mam wiedzy o stanie realizacji projektu – zapewnia DGP. Polscy naukowcy mają się czym pochwalić: w sierpniu prezydent Andrzej Duda odznaczył sześcioro badaczy z IChB Krzyżem Komandorskim i Krzyżami Kawalerskimi Orderu Odrodzenia Polski, a 48 – Krzyżami Zasługi. Nawet odznaczenia od prezydenta nie przełożyły się na zainteresowanie rządu produktami wytworzonymi przez odznaczonych.