O sprawie testów wykrywających COVID-19 mówili na czwartkowym wiceszefowie klubu Lewicy Tomasz Trela i dyrektor ds. legislacji w klubie Lewicy Dariusz Standerski.

"Testy, testy, testy - gdy politycy Lewicy o tym mówili, politycy PiS robili sobie z tego żarty: że siejemy panikę, że straszymy obywateli, a decyzje pani prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej sprzed kilku dni pokazały, że jednak mieliśmy rację" - mówił Trela.

Podkreślił, że z wykonanych w Łodzi badań przesiewowych wynika, że blisko 15 proc, nauczycieli z łódzkich przedszkoli i żłobków potencjalnie może zarażać koronawirusem. Ocenił, że działanie Zdanowskiej to przykład, jak eliminować zakażenia u młodych obywateli naszego kraju. Oburzał się też wypowiedzią wiceministra zdrowia Janusza Cieszyńskiego, że działania podejmowane w Łodzi mogą być powodowane propagandą.

Cieszyński w poniedziałek stwierdził, że jego resort zwrócił się Zdanowskiej, aby przedstawiła metodologię testów, które zostały przeprowadzone w Łodzi. "Mamy wszelkie powody, aby podejrzewać, że nie było to przeprowadzone w 100 procentach rzetelnie, zgodnie z metodologią, a co za tym idzie, że jest to niestety próba politycznego rozgrywania tej sytuacji" - dodał wiceminister.

"Pytamy zatem ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego: czy zdrowie i życie obywateli to działalność polityczna?" - mówił. Zaapelował o objęcie testami wszystkich pracowników placówek edukacyjnych, lekarzy oraz innych osób często stykających się zawodowo z dużą liczbą ludzi.

Standerski mówił "o kolejnym wykrytym w Polsce ognisku koronawirusa - w Kępnie (w woj. wielkopolskim)"; podkreślał, że to nie pierwsze takie ognisko wykryte ostatnio w tym regionie. Podkreślił, że jego zdaniem nowe, liczne zachorowania świadczą o tym, że decyzja o pozwoleniu na wznowienia prac przedszkoli i żłobków bez obowiązku testowania ich personelu była nieprzemyślana.

Pytał też, powołując się na informacje podawane przez media, dlaczego rząd kupuje droższe testy zza granicy, podczas gdy polskie laboratoria oferują je w niższej cenie. "Kto stoi za zmarnowaniem 150 tys. sztuk testów z Korei Południowej, które przez nieznanego przewoźnika - bo rząd nie chce się przyznać - zostały +ugotowane+ w czasie przelotu, za co skarb państwa zapłaci 13,5 mln zł?" - dopytywał.

W środę Onet napisał, że "rząd woli wydawać miliony na zakup testów na koronawirusa w Chinach, Korei Południowej czy Turcji, zamiast kupować w polskich firmach". "Na tych kontraktach zarabiają pośrednicy – spółki powiązane z Prawem i Sprawiedliwością. A kiedy dostawa z Korei 150 tys. testów za 13,5 mln zł uległa zniszczeniu, Ministerstwo Zdrowia odmawia wskazania winnych" - czytamy na portalu.

Według Onetu w kwietniu przewoźnik zniszczył 150 tys. koreańskich testów na koronawirusa, zakupionych przez polski rząd, do tej pory nie dotarła do kraju zareklamowana partia, a rząd nie chce ujawnić nazwy przewoźnika.

Portal podał ponadto, że "rząd kupuje za dziesiątki milionów złotych zagraniczne testy, choć dostępne są znakomitej jakości i znacznie tańsze testy polskich producentów". Według Onetu "głównym pośrednikiem w rządowych zakupach jest firma Argenta, której założyciel i udziałowcy są blisko związani z PiS". "Tak zwana ustawa antycovidowa zniosła obowiązek przetargów, co zdaniem ekspertów sprzyja korupcji" - napisał Onet.

Także w środę rzecznik prasowy Agencji Rozwoju Przemysłu Miłosz Marczuk poinformował, że agencja otrzymała zareklamowaną partię 150 tys. testów na koronawirusa. Marczuk odniósł się do - jego zdaniem - nieprawdziwych informacji odnoszących się do działań ARP. "Nie jest prawdą, że jak piszą autorzy +Do tej pory nie dotarła do kraju zareklamowana partia [testów]+" - napisał w komunikacie rzecznik ARP.

Poinformował, że partia 150 tys. zareklamowanych przez ARP testów przyleciała do Warszawy 15 maja i została niezwłocznie przekazana do MZ. Powiedział, że agencja kupiła w sumie 500 tys. testów z Korei Płd: 29 marca - 300 tys.; 12 kwietnia - 200 tys. Wszystkie bezpośrednio od producenta – koreańskiej firmy SolGent Co. Ltd.

"W sumie było pięć transportów testów. Pierwsza partia 150 tys. testów, która przyleciała do Warszawy 2 kwietnia była w pełni wartościowa. Druga partia, z 14 kwietnia, z powodu stwierdzenia przez pracowników ARP niedostosowania warunków transportu do specyfiki przewożonego towaru, została nieprzyjęta, zareklamowana i zwrócona w całości, żaden z testów nie został użyty (a nie "zniszczona" jak piszą autorzy tekstu)" - napisał przedstawiciel ARP. "Następnie dotarły jeszcze dwie kolejne partie po 100 tys. testów – przysłane w prawidłowy sposób. I wreszcie 15 maja przyleciała do Warszawy wspomniana wyżej partia 150 tysięcy zareklamowanych testów" - dodał Marczuk.

Zaznaczył, że "w tamtym czasie nie było na rynku żadnej polskiej firmy, która oferowałaby testy". "Działania Agencji były zgodne z unijną zasadą subsydiarności. Agencja włączyła się w przeciwdziałanie epidemii koronawirusa w sposób kompetentny i rzetelny" - podkreślił.