Za trzy miesiące Amerykanie wybiorą nowy skład Izby Reprezentantów. Republikanie walczą o utrzymanie dominacji w Waszyngtonie.



Jak na razie wiele wskazuje na to, że demokratom uda się odbić izbę niższą amerykańskiego parlamentu. Portal FiveThirtyEight, prowadzony przez sondażowego guru zza Atlantyku Nate’a Silvera ocenia prawdopodobieństwo, że partia spod znaku osiołka zdobędzie większość miejsc w 435-osobowej izbie, na 75 proc. Warto jednak przy tym pamiętać, że Silver równie wysoko oceniał szanse na fotel prezydencki dla Hillary Clinton – i to właściwie do samego dnia wyborów 8 listopada 2016 r.
Tym razem jednak demokratom sprzyja wiele czynników, które tradycyjnie działały na korzyść partii chcącej odzyskać większość w Kongresie. Pierwszy to historia, bo przez ostatnich kilkanaście lat partia, która zdobywała Biały Dom, traciła Kapitol. Drugim jest arytmetyka: demokraci muszą utrzymać obecny stan posiadania i zdobyć 23 dodatkowe mandaty. Pomóc w tym ma im to, że prawie 30 republikańskich polityków zapowiedziało, że obecna kadencja – czy to w Izbie Reprezentantów, czy w Senacie – jest ich ostatnią (w tym m.in. przewodniczący Izby Niższej Paul Ryan).
Historycznie politycy, którzy bronili swojego mandatu, otrzymywali o nawet kilkanaście punktów procentowych lepsze wyniki od średniej partyjnej w danych wyborach. Wystawiając świeże twarze w wielu okręgach, republikanie pozbawiają się tej przewagi.
Do tego nawet w okręgach, w których GOP (Grand Old Party – zwyczajowa nazwa partii republikańskiej) wystawia polityków obecnie sprawujących mandat, demokratyczni kontrkandydaci radzą sobie znacznie lepiej, jeśli idzie o zbieranie funduszy.
Nie wszystko jednak sprzyja ugrupowaniu Hillary Clinton. Przede wszystkim na jego niekorzyść działa doskonała sytuacja gospodarcza, która zawsze premiuje aktualnie rządzącą partię. Trudno też powiedzieć, na ile demokratom uda się zmobilizować wyborców zniechęconych do Trumpa. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że jego notowania ustabilizowały się na poziomie 42 proc. W porównaniu z byłymi prezydentami być może to niewiele, ale stabilność oznacza, że do wyborców nie trafia krytyka Białego Domu z lewej strony sceny politycznej.
Popularność prezydenta wykorzystują również republikanie, którzy coraz częściej robią z Trumpa jeden ze swoich wyborczych atutów. Obecny lokator Białego Domu wspiera polityków z własnej partii częściej, niż robili to jego poprzednicy. – Kiedy się pojawiam, demokraci się poddają – mówił w ubiegłym tygodniu prezydent. Nie zawsze jednak oficjalne wsparcie od prezydenta jest skuteczne. Pokazały to lutowe wybory uzupełniające w Alabamie, gdzie przepadł wsparty przez Trumpa Roy Moore.
Nie sprawdziły się również zapowiedzi z 2016 r., że obie partie przesuną się mocno ku ekstremom (zachodzi natomiast pewien powolny dryf, trwający od dłuższego czasu). Zwolennicy Berniego Sandersa w tegorocznych prawyborach radzili sobie fatalnie; przypadki takie jak wygrana politycznej nowicjuszki Alexandrii Ocasio-Cortez z jednym z przedstawicieli demokratycznej wierchuszki Josephem Crowleyem w Nowym Jorku stanowiły wyjątki. Podobnie zwolennikom Steve’a Bannona nie udało się przejąć kontroli nad GOP.
Wynik zbliżającego się plebiscytu jest o tyle ważny, że stanowi pierwszy krok do wyborów prezydenckich w 2020 r. Niektórzy konserwatyści uważają wręcz, że wygrana demokratów byłaby na rękę Trumpowi. Jeśli nie oparliby się pokusie i zaczęli na poważnie rozważać impeachment, mogłoby się skończyć jak w przypadku Billa Clintona, którego notowania po przepadnięciu wniosku podskoczyły, ciągnąc jednocześnie w dół sondażowe wyniki GOP.