Kto dziś wymachuje vatowską maczugą [OPINIA]

| Aktualizacja:
Marek Chądzyński / DGP / fot. Bartlomiej Molga

Jest czerwiec 2019 r. poseł Marcin Horała, ówczesny przewodniczący sejmowej vatowskiej komisji śledczej, udziela wywiadu Polskiemu Radiu. Temat to oczywiście luka w VAT za czasów rządów PO-PSL.

Poseł Horała mówi o tym, że łączne straty budżetu z tego tytułu przez osiem lat wyniosły 250 mld zł, że oczywiście nie całość to działania przestępcze, ale „zdecydowana większość”, że ściągalność VAT zmieniała się w Polsce w rytm zmian władzy: do 2007 r., gdy rządził PiS była wysoka, potem nastały czasy PO i PSL i się wyraźnie pogorszyła, by z ponownym objęciem sterów przez PiS znów się poprawić. Że Polska radziła sobie z luką gorzej niż większość krajów UE, co wynikało m.in. ze zbyt niskich kar za wyłudzenia VAT i niewydolności polskich służb. A owe służby nie współpracowały ze sobą, gdyż „nie było politycznej woli”.

Dlaczego? – Domniemania zostawmy – stwierdza poseł Horała, a potem mówi coś, co jeszcze dziś jego polityczni rywale chętnie mu przypominają. – Wyraźnie była wtedy widoczna taka ideologia lumpenliberalizmu, że pierwszy milion trzeba ukraść, że właściwie, jak oni sobie wyłudzą te miliony podatku, to w sumie trafi to do gospodarki i gospodarka będzie się rozwijać. Nawet wiceminister finansów Ludwik Kotecki (w rządzie PO-PSL – red.) wymyślił taką teorię, że luka w VAT jest fiskalnym stabilizatorem koniunktury, że kiedy pogarsza się koniunktura, to zwiększa się luka, czyli więcej pieniędzy zostaje w gospodarce. I dzięki temu gospodarka lepiej funkcjonuje; luka w VAT pozwala uniknąć recesji – mówił poseł.

– Czyli, w języku polskim, jak złodzieje ukradną pieniądze z budżetu państwa, to potem je wydadzą na rynku, a jak je będą wydawać na rynku, to ci, którzy będą sprzedawać jakieś rzeczy, będą mogli już zarabiać legalnie. Czyli można kraść, żeby gospodarka się rozwijała, tak? – docieka prowadzący rozmowę red. Michał Rachoń. – Dokładnie tak. To jest ten sposób myślenia, w sposób oczywisty fałszywy – odpowiada przewodniczący vatowskiej sejmowej komisji śledczej.

Stanowisko, które prezentuje w trakcie tej rozmowy poseł Marcin Horała, jest dość charakterystyczne dla tamtego czasu, gdy luka w VAT była pałką używaną w politycznej walce, podczas której nikt nie bawił się w takie niuanse jak – za przeproszeniem – komponent cykliczny. Przekaz miał być prosty: poprzednicy przyzwalali karuzelom vatowskim na okradanie budżetu na ogromną skalę. Albo przez zaniechanie, albo może mieli jakieś w tym interesy („jedna sprawa to jest to, co wiemy, druga – co możemy udowodnić”), a mafie vatowskie za PO „hulały jak wiatr po Dzikich Polach”. Ale nastał rząd PiS i się skończyło eldorado, pieniądze odebrane mafiom trafiają do polskich rodzin i seniorów, a państwo przestało być teoretyczne.

Problem w tym, że dziś komponent cykliczny w luce VAT pokazuje właśnie swoje pazury, a ci, którzy okładali vatowską maczugą politycznych oponentów, mają problem. No bo skoro wtedy odrzucali jakiekolwiek sugestie, że luka w dużej części może wynikać z pogorszenia koniunktury, to dziś powinni być chyba konsekwentni. Skoro rząd PO-PSL pozwolił ukraść mafiom vatowskim 250 mld zł przez osiem lat, to rząd PiS jest na dobrej drodze, by dać sobie wyrwać około 30 mld zł tylko w tym roku. Taka przynajmniej jest prognoza Fundacji CASE, zawarta w raporcie przygotowanym dla Komisji Europejskiej.

Tegoroczna luka w VAT w Polsce – przy założeniu, że sprawdzą się gospodarcze prognozy KE – ma wzrosnąć z 9,7 proc. potencjalnych wpływów z tego podatku w 2019 r. do 14,6 proc., co pod względem szczelności systemu podatkowego (jeśli mierzyć ją w ten sposób) cofnie nas do 2017 r. Oczywiście to nie żadne mafie zaczęły nam teraz kraść więcej VAT, przyczyną jest kryzys, w jaki wpędziła nas pandemia. CASE zakłada, że budżet nie dostanie należnych mu pieniędzy, bo np. przedsiębiorcy mogą mieć problemy z płynnością albo będą bankrutować. Jeśli wierzyć prognozom ekonomistów fundacji, to cała Europa będzie miała z tym problem, i to mniej więcej o podobnej skali.

Dla opozycji jednak to idealna okazja do pokazania, jak instrumentalnie potraktowano temat luki w VAT wcześniej. Ale też duża pokusa, by dziś zrobić dokładnie to samo: zacząć machać vatowską maczugą na użytek własnej propagandy. Takiej, w której szczegóły już się nie mieszczą, zwłaszcza gdy nie pasują do tezy. W opowieści o ukradzionych 250 mld zł pominięto kilka dość istotnych. Choćby taki, że transgraniczne karuzele VAT były problemem całej Unii, że wymiana informacji między krajami na ten temat szwankowała, a pierwsze narzędzia, jakie stosowano do przeciwdziałania im – np. odwrócony VAT – przyjmowały się z biurokratycznymi oporami Komisji Europejskiej. Inny przemilczany szczegół to taki, że w rządzie PO-PSL faktycznie rozpoczęły się prace nad wdrożeniem jednolitego pliku kontrolnego (który dziś jest dość ważnym orężem w zapobieganiu wyłudzeniom), a pod koniec kadencji były próby skoordynowania działalności służb.

Teraz, sugerując, że to koniunktura odpowiada za wielkość luki, można zapomnieć o tym, że ściągalność VAT po 2016 r. poprawiła się w bezprecedensowej skali, skoro nawet w recesji luka może być – z grubsza licząc – o połowę mniejsza niż w apogeum poprzedniego spowolnienia. Zapewne będzie się pomijać milczeniem bezdyskusyjny fakt z przeszłości, że rząd PO-PSL był wyjątkowo odporny na apele branż, które na karuzelach VAT traciły najbardziej (jak produkcja stali czy obrót elektroniką).

I że w decydujących momentach brakowało mu politycznej odwagi, by wprowadzać rozwiązania przynajmniej w teorii zapobiegające podatkowym nadużyciom. Najlepszy przykład to losy tzw. klauzuli obejścia prawa, nad którą pracował rząd Ewy Kopacz, by ostatecznie porzucić projekt. Ale tak to jest w przypadku materii bardziej skomplikowanej niż zerojedynkowe „wystarczy nie kraść” czy – po drugiej stronie – „automatyczny stabilizator koniunktury”. W przypadku luki w VAT prawda chyba rzeczywiście leży gdzieś po środku. Niestety dżinn został już wypuszczony z butelki i dokładne zbadanie, czy tak rzeczywiście jest, będzie trudne. Bardziej prawdopodobne jest to, że już za rok, dwa luka w VAT znów nikogo nie będzie obchodziła, bo jej polityczna użyteczność ostatecznie się wyczerpie.