– Było coś wspólnego we wszystkich moich filmach, ten strach, że w sekundę, za jednym prztyczkiem potrafimy się zacząć zabijać, nawet dążąc do dobra. Ludzie potrafią się nawzajem zabijać „w imię dobra” – to budzi mój niepokój, strach, że znany nam świat się wali – mówi reżyser i scenarzysta Jan Komasa w drugiej części rozmowy z Joanną Sławińską o bańkach, hejcie i filmowych planach. (pierwsza część wywiadu)

Temat internetu towarzyszy Ci jako twórcy już od 9 lat. Pierwsza była oczywiście „Sala samobójców” z 2011 roku nie tylko w Twojej reżyserii, ale też według Twojego scenariusza. Podjąłeś temat niemal nieobecny wówczas w polskim kinie, a tak ważny w naszym życiu.

Sam przez chwilę byłem uzależniony od gier komputerowych, w ogóle wydaje mi się, że jestem typem, który się łatwo może uzależniać. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego nie było filmów o takiej tematyce. Jako filmowiec lubię nowe rzeczy w kinie, stąd „Sala Samobójców” mówiąca, o tym czego wówczas filmowcy nie podejmowali. Problem trudnej przekładalności świata internetu na obraz kinowy udało mi się rozwiązać za pomocą bohatera, który jest zagubiony w sieci. Jest użytkownikiem, konsumuje internet, pałaszuje go, ale jest ofiarą hejterów - trzeba zaznaczyć, że scenariusz pierwszej „Sali Samobójców” powstał w 2008 roku, i nie było jeszcze słowa hejt, to było używane wśród gamerów słowo, którym się przerzucano, gdy ktoś się za bardzo wściekał. Lata po „Sali Samobójców” biegły, często byłem zapraszany na spotkania z psychologami, ludzie oglądali ten film. I nagle zaczęły następować zmiany w społeczeństwie, nazwałbym to tak, że ludzie zaczęli się buntować przeciw sobie. Zaczęły powstawać bańki, zdarzać się ze sobą, pojawiły się w ogóle słowa „hejt” i „bańka”.

Nagle sobie uświadomiliśmy, że jesteśmy w tych bańkach pozamykani.

A skąd się wzięło słowo bańka? Z algorytmów, którymi rządzi się internet, i podsuwa artykuły, które mogą nas zainteresować, więc w pewnym momencie czytamy już tylko o tym samym, nasi znajomi czytają to, co my czytamy, i pływamy w obrębie własnej bańki. W ten sposób powstało kilka plemion kompletnie nierozumiejących się, czytających zupełnie inne newsy każdego dnia. To tak, jakby żyć w pięciu różnych państwach obok siebie. To było zarzewiem obecnych konfliktów społecznych, pojawili się demagodzy, którzy wykorzystują niezrozumienie między plemionami, podsycają wrogość.

Mówisz o perspektywie całego świata, czy Polski?

O perspektywie całego świata, a Polska jest bardzo mocno w tym obiegu. To, co się u nas dzieje, to dzieje się również we Francji, pod postacią buntu małych miasteczek czy buntu żółtych kamizelek. Do tej samej kategorii należy to, co się stało z Wielką Brytanią, czyli Brexit – Londyn był w szoku, gdy się obudził w ten słynny poniedziałek. Zawsze budzimy się w poniedziałki w tych naszych liberalnych bańkach, i się okazuje, że wygrał Trump, wygrał Brexit! To są analogiczne zjawiska na świecie. Wszyscy przespali w bańkach ten sam moment, a potem wszyscy w tym samym momencie zaczęli się uczyć czegoś o tych naszych bańkach, przede wszystkim musieliśmy się dowiedzieć, że jesteśmy w nich ograniczeni. My, którym się wydawało, że jesteśmy tacy oczytani, nagle się okazało, że nie wiemy wielu rzeczy, które dzieją się poza tym naszym malutkim światem. To nas kosztowało parę lat nauki. Trochę ta lekcja została odrobiona, więc już dzisiaj staramy się brać pod uwagę – mówię o nas w tej naszej miejskiej bańce – że są ludzie, którzy inaczej myślą i nie wolno się z nich wyśmiewać.

Niektórzy może nie mieli takich szans jak my, a także nasz obraz rzeczywistości jest jednym z wielu – to banały, ale wymagały przypomnienia.

Refleksja, która przyszła po bolesnej, wieloletniej lekcji. Proszę się cofnąć o 5 lat, do poprzednich wyborów, który kandydat na prezydenta o tym mówił? W ogóle nie było tej inkluzywności, nie było jej nawet w naszej mentalności. To się zmieniło, coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z różnorodności na świecie, z tego że są ludzie, którzy mają zupełnie inny system wartości, i z nimi też trzeba rozmawiać.

W tym kontekście, już w lutym czy marcu 2016 roku, producent Jurek Kapuściński powiedział mi: - Zróbmy film, który kontynuuje tę myśl „Sali Samobójców”, tylko jedna prośba, żeby film się nazywał „Hejter”.A ja miałem gotową historię o chłopaku „zakochanym” w pewnej rodzinie, która przyjeżdżała na wieś do jego rodziców, gdy był mały. Lata mijają, Tomek pojawia się u nich w domu w Warszawie jako dorosły człowiek i następuje dziwna sytuacja, bo oni pamiętają, że zdolny chłopak i inteligentny, niby go lubią, a jednocześnie są między nim a nimi nieprzekraczalne mury społeczne. Tego typu zderzenia mnie fascynują. Jurek powiedział: - To świetnie, napisz to. Stworzyłem kilka stron zarysu historii i zaczęliśmy szukać scenarzysty, który by mi to pomógł rozwinąć w duży scenariusz, bo sam nie miałem czasu się tym zająć. Musiałbym się odłączyć na parę miesięcy od wszystkiego, a mam rodzinę na utrzymaniu, więc nie bardzo mogę sobie pozwolić na taki komfort. Nagle trafił się Mateusz Pacewicz, który przesłał mi wtedy „Boże Ciało”. Zapytałem go, czy w czasie, gdy będę się zajmował robieniem „Bożego Ciała”, zechciałby napisać „Hejtera”. Powiedział, że jasne i rozwinął scenariusz do 120 stron. Tak powstał „Hejter” zobaczony przez Mateusza Pacewicza - rocznik 1992, czyli 11 lat młodszego ode mnie. Dzięki temu mógł sportretować patointeligencję, środowisko państwa Krasuckich, overachiverów, które jest mu bliskie, bo je obserwuje. Ja już musiałbym wykonać większą wycieczkę w te strony i wiem, że z każdym rokiem, jako „starszemu” człowiekowi, będzie mi trudniej opowiadać o młodych ludziach, więc może niedługo trzeba będzie porzucić te tematy.

Mówiliśmy już o tym, że pochodzisz ze środowiska elitarnego, masz bardzo utalentowaną rodzinę, z wieloma sukcesami. Ale jednocześnie wychowywałeś się na warszawskiej Pradze Południe, za sąsiadów miałeś ludzi z innego środowiska, niż Wasze. Myślisz, że to doświadczenie aż tak Cię naznaczyło, i że tam trzeba szukać genezy tego, że tak mocno zainteresowałeś się tematem baniek i hejtu?

Myślę, że moi rodzice dali mi przykład tego, jak się komunikować ze światem i na co zwracać uwagę. To mnie rzeczywiście ukształtowało. Mój tata na przykład przeskakiwał bardzo płynnie między obydwoma światami, łatwo wchodził w świat zwykłych ludzi, w którym miał swoje przyjaźnie. Dla mojego taty to był bliski świat, po prostu świat ludzi, których widział dookoła.

Czy dogadywałeś się z miejscowym środowiskiem?

Moi rodzice po prostu wybrali Pragę, jak się przeprowadzili do Warszawy, może dlatego, że było tam taniej, ale z pewnością czuliśmy się tam swojsko. W Poznaniu, czego nie pamiętam, ale to też świadczy o ich wyborze, mieszkaliśmy na ul. Kanałowej na Łazarzu – odpowiedniku warszawskiej Pragi. Pierwszego „Terminatora” oglądałem u pani, która miała 17 kotów, w mieszkaniu na dole, wokół poznańskie kamienice. Zawsze żyliśmy w takim społecznym czy towarzyskim dualizmie, rodzice świadomie chcieli być z dala od bohemy, żeby się nie zamykać, żeby być poza, jak dziś to nazywamy, bańką komfortu. Ja nie jestem żadnym blokersem, ale nie jestem też klasycznym człowiekiem z bańki. Ale z drugiej strony moi rodzice byli też bardzo ambitni. Jako chłopak buntowałem się: - Dlaczego ja mam ćwiczyć na fortepianie, wracam ze szkoły do domu, nie dość, że muszę lekcje odrabiać, to jeszcze przez godzinę ćwiczyć Bacha. Co mnie to obchodzi, dzieciaki już dawno na podwórku grają w piłkę. Na co mama: - Proszę bardzo, możesz zostawić szkołę muzyczną, tylko wtedy będziesz w zwykłej rejonówce. I ta rejonówka, czyli szkoła na Szaserów, trzy ulice dalej, była postrachem przez całe życie. Rośliśmy w bliskości z różnymi środowiskami, ale z drugiej strony mieliśmy dookoła przykłady, że można źle skończyć, jak się nie idzie do przodu.

Z tych dwóch opowieści, Twojej i Mateusza Pacewicza, powstał “Hejter”. Mateusz powiedział mi, że zrobiliście film nie tylko o Polsce A i Polsce B, ale także o Polsce Ą – czyli o elitach. Tomek Giemza aspiruje do elit.

A odrzucony staje się coraz lepszym hejterem. Stacza się w absolutną otchłań.

Kim jest właściwie Tomek, symbolicznie, jeśli go potraktować jako figurę.

Tomek jest bardzo ciekawą figurą, rzadko używaną w kinie. To jest człowiek pozbawiony osobowości, który w tym filmie właściwie ani razu nie jest sobą. On jest zawsze „zobaczony” przez widza z innymi ludźmi, których kopiuje, tak jakby miał problem z tożsamością. Wyobraźmy sobie bohatera, który najmniej komfortowo czuje się, gdy musi być sobą, a najbardziej komfortowo, gdy może udawać kogoś innego, kopiować innych. Znam takich ludzi, są dla mnie fascynujący. Oni mi imponują, ale jednocześnie trochę się ich boję, bo nie mam pojęcia kim są. Takie osoby najlepiej poruszają się po internecie, są jak delikatne wirusy, które się przenoszą przez wszystkie szczebelki, o wiele szybciej niż my, którzy mamy wartości: tego nie można, tamtego nie można. Oni mówią: wszystko można, tylko najpierw trzeba wiedzieć, czego się chce.Te czasy stworzyły niesamowitą platformę do kariery i wybicia się, ale paradoksalnie takie osoby… są zbyt inteligentne na karierę. Tomek Giemza wcale nie chce być na świeczniku, umie się natomiast tak ustawić do wiatru, że zawsze spada na cztery łapy. I to jest koncept bohatera, który się bardzo szybko uczy, więc jak go wpuszczasz do siebie do domu, to możesz być pewien, że za tydzień zobaczysz swoją własną kopię.

W filmie mam wrażenie, wbrew pozorom, bronisz trochę Tomka, a chłoszczesz elity, do których Tomek aspiruje, owych filmowych Krasuckich.

Uważam, że jest bardzo dużo powodów, żeby nie lubić elit. W „Hejterze” zdecydowanie krytyka elit jest na pierwszym miejscu. Ja sam jestem blisko tych tzw. elit z powodu zawodu i mojej rodziny. Na co dzień widzę państwa Krasuckich wśród wujków i cioć, dalszych i bliższych znajomych. Natomiast jeśli chodzi o krytykę, to jestem zapatrzony w reżysera Michaela Hanekego, którego każdy film jest krytyką elit, on batoży te elity cały czas w filmach takich jak „Pianistka” czy „Ukryte” - to mnie bardzo inspiruje. Jest to podejście trochę masochistyczne, ale jednocześnie uczciwe jako twórcy, bo walisz w tych, których znasz najlepiej, i to walisz w nich bezlitośnie. Chciałem też pokazać tę pogardę i inne cechy, które mają Krasuccy w filmie. Ja mam z nimi coś wspólnego, na przykład chronię swoje dzieci i chciałbym je posyłać tylko do najlepszych szkół, żeby się obracały w najlepszych środowiskach. Tworzę bańkę, w jakiejś mierze odcinam ludzi spoza mojej bańki. Ten film to jest oskarżenie siebie samego, bo wiem jako reżyser, że jak się potrafi spojrzeć w lustro od czasu do czasu i być szczerym wobec siebie, to dla filmu to jest najlepiej i najuczciwiej. I to jest moja droga filmowca: żeby nigdy nie przestać widzieć swoich grzechów, jakkolwiek religijnie to brzmi. Chciałem o tym opowiedzieć w „Hejterze”, i istotnie chciałem, żeby to była krytyka elit.


Fot. Andrzej Wencel © Aurum Film

Pomówmy o szklanym suficie. Do Tomka dociera w pewnym momencie, że państwo Krasuccy, rodzina, w którą jest zapatrzony, jest poza jego zasięgiem.

I tu dochodzimy do tego, co było w tym projekcie dla mnie, jako reżysera, najciekawsze: konstrukcja anty-bohatera, albo anty-konstrukcja. Krótko mówiąc polega to na tym, że bohater jest miły, uczynny, ale robi niemoralne rzeczy, a ludzie od których zależy jego los są zblazowani, a niby nie robią nic tak bardzo niemoralnego - z wyjątkiem postaci Agaty Kuleszy, czyli szefowej buzz agencji, trochę ją tłumaczy to, że straciła syna w pierwszej części „Sali Samobójców”, właśnie przez hejt. Buzz agencje zajmują się tworzeniem plotek, dobrych lub o negatywnym zabarwieniu, którymi ludzie zaczynają żyć, ale nie wiedzą dlaczego. Na przykład pojawia się negatywny, prześmiewczy przekaz, i nagle wszyscy zaczynają hejtować jedną osobę. Niedawno mieliśmy taki przykład z Kingą Rusin, gdzie to się rozlało wszędzie, szczególnie w moim własnym środowisku, każdy miał przyjemność z dowalania Kindze Rusin, dzięki czemu czuł się lepiej. Ale to trwa tydzień, po tym znajdziemy sobie kogoś innego.

Mówiąc o anty – konstrukcji: Krasuccy oczywiście chcą pomagać Tomkowi, bo czują się uprzywilejowani, dają mu więc takie stypendium, swego rodzaju 500+, ale koniec końców chcieliby, żeby trzymał się od nich z daleka. Na poziomie czynów oni robią coś dobrego, a on, jak wspomniałem, coś złego, bo na początku zostawia telefon w ich domu, nagrywa to, co oni mówią o nim po jego wyjściu. A jednak nie jego, lecz ich widz odbiera jako niemoralnych, ponieważ to, co mówią o tym chłopaku jest okropne - i jest to trick, który stosuję w tym filmie. Im bliżej końca, tym bardziej mamy poczucie, że jako widzowie jesteśmy oszukani, postawiliśmy na złego konia. Z Mateuszem szykowaliśmy pułapkę na widza, dlatego ten film dla mnie, jako reżysera, był taki atrakcyjny do zrobienia. Na tym tricku się opiera inność „Hejtera”. Odnajduję te tropy w „Taksówkarzu” - bohater grany przez Roberta de Niro sfiksował, próbował sam przeprowadzić zamach na kandydata na prezydenta. Nasz hejter Tomek, jest bardziej wycyzelowany, gra słowami, napuszcza na siebie ludzi, jest inteligentniejszy niż Travis. Film jest takim genialnym medium, które jak się zaczyna z nim bawić i znajdzie do niego klucz, to można naprawdę poodwracać wszystko, i to lubię.

Robisz filmy o tym, co budzi Twój lęk czy niepokój?

Było coś wspólnego we wszystkich moich filmach, ten strach, że w sekundę, za jednym prztyczkiem potrafimy się zacząć zabijać, nawet dążąc do dobra. Ludzie potrafią się nawzajem zabijać „w imię dobra” – to budzi mój niepokój, strach, że znany nam świat się wali. W tym kontekście przypomina mi się tak sytuacja: ja jako czterolatek w Poznaniu z mamą na ulicy, i samochód Nyska zajechał drogę, zrobił się korek, auto zaczęło się przebijać z sikawkami, polewaczką do demonstrujących. Obserwując to mama ze łzami w oczach powiedziała: - Jadą polewać, jadą na demonstrację. Zobaczyłem dorosłych, którzy nie panują nad tym, co się dzieje dookoła i serio się przestraszyłem, że nie ma do końca żadnych zasad. To był jakiś 85 lub 86 rok. Było to dla dziecka przerażające, bo jest miło: urodziny, imieniny, Boże Narodzenie, zasady społeczne, ale one mogą zostać odwieszone na kołek w każdej chwili. Fascynuje mnie i przeraża, że kochający się ludzie zaczynają być dla siebie obcy, groźni. Przerażają mnie filmy „Ojciec chrzestny”, wszystkie filmy Hitchcocka, „Joker” – uważam, że to jest dla mnie największa pożywka reżyserska.

Od „Sali Samobójców” do „Hejtera” wszystkie moje filmy opowiadały w zasadzie o tym, że ten świat dorosłych może się w każdym momencie wywalić o własne sznurówki, i co wtedy, czym się kierować? To jest przerażające, jak bardzo to jest oparte wszystko na kruchych zasadach, nic nie jest dane raz na zawsze.

W „Bożym Ciele” mamy społeczność, która ma swój kościół, swoje obrzędy, ale to jest społeczność głęboko w środku podzielona i wykluczająca jednostki z grupy, wskazująca je palcem. Trzeba troszeczkę pomieszkać w takiej społeczności, żeby zobaczyć prawdziwe pęknięcia czy prawdziwe granice, a nie te, które są na mapie Google. Poprzez „Boże Ciało” i „Hejtera” chciałem zrobić widzom terapię wstrząsową. To jest rodzaj prowokacji, by wzbudzić dyskusję o tym co jest pod powierzchnią, gdzie jest prawda o nas.

Wiem, że masz nowe projekty.

Moje pomysły dotyczą cały czas zbiorowości. Jeden scenariusz już sam napisałem, jesteśmy dopiero we wczesnej fazie. Na razie na tapecie jest druga rzecz, to jest scenariusz, który dostałem, bardzo prowokacyjny. Trzecia rzecz, to film, nad którym pracuję po angielsku, który robię z producentem Nickiem Wechslerem. Bardzo ciekawe pytanie mi zadał: chciałby ze mną pracować, ale nie wie, czy ja będę zainteresowany, żeby pracować z takim dinozaurem. Nagle sobie zdałem sprawę, że zaszła jakaś zmiana pokoleniowa. On, który kształtował swoimi filmami moją wrażliwość - „Requiem dla snu” było jednym z ważniejszych dla mnie filmów - pyta mnie o coś takiego z założeniem, że może jest za stary, żebym z nim chciał pracować? Pochlastać bym się dał, żeby dla niego coś zrobić.

Nie dziwię się, wielu z nas pamięta i inne filmy, które wyprodukował jak choćby „25. godzina”. Jaki temat zaproponował Ci Nick Wechsler?

Nazwałbym to horrorem społecznym wyprowadzonym z „Hejtera”, przyjrzeniem się co by było, gdyby pójść głębiej, dalej. „Boże Ciało” bardzo mu się podobało, widział też „Salę Samobójców” i „Miasto ‘44”. W Stanach Zjednoczonych jest pewne zainteresowanie moją reżyserią, chciałbym to wykorzystać jako połączenie mojej europejskiej wrażliwości z ich gatunkowością. Dostałem różne propozycje zrobienia hollywoodzkich filmów, ale to nie jest to. Założyłem sobie, że nie chcę robić rzeczy, na które sam bym nie poszedł do kina.

Nagrałeś dla Legalnej Kultury spot „W czerni kina”. Ważne jest dla ciebie to, by odbiorcy dzieł sztuki, korzystali z legalnych źródeł? Internet stworzył nieograniczone możliwość piractwa i to anonimowego, więc bez konsekwencji.

Ważne jest to byśmy się wszyscy szanowali. Ja dla widzów śnię i żyję - wiem, że widzowie to doceniają. Wobec siły internetu, my twórcy, jesteśmy też bezbronni. Z całego serca liczę na to, że ludzie docenią pracę tych wszystkich osób, której rezultatem jest film.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Joanna Sławińska, dziennikarka Polskiego Radia

Film w reż. Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter” można oglądać w legalnych źródłach na platformach:

VoD.pl: https://vod.pl/filmy/sala-samobojcow-hejter-caly-film-online/zjy38mc#0

Player+: https://player.pl/playerplus/filmy-online/sala-samobojcow-hejter,171425

Canal+: https://pl.canalplus.com/wypozyczalnia-vod/Sala-samobojcow-hejter

Ipla: https://www.ipla.tv/wideo/film/Sala-samobojcow-Hejter/346017d60c5300ca038749c248c70524

Chili: https://pl.chili.com/film/sala-samobojcow-hejter-2020/3084402e-b730-44ba-9984-bb441a8912f0

Cyfrowy Polsat: http://www.cyfrowypolsat.pl/vod/tv/nowosci/sala-samobojcow.-hejter_22319.cp;jsessionid=34C4A20987F058F6D1F84F289A7AA0D0#.Xn4T9epKjIU

Play Now: https://playnow.pl/zakup/wypozyczalnia/7308701

UPC: https://www.upc.pl/telewizja/poznaj/poznaj-nasza-telewizje/upc-na-zadanie/

Ncplus Go: https://ncplusgo.pl/Collection/Asset?codename=sala-samobojcow-hejter-hd

Multimedia Go: https://www.multimediago.pl/product/vod/15262355

Toya Go: https://go.toya.net.pl/21-0/14544-0/6666767686-sala-samobojcow-hejter

Inea:https://www.inea.pl/superdodatki/dla-ciebie/vod/vod/polecamy

Netia:https://www.netia.pl/pl/telewizja/netia-vod(brak bezpośredniego linku, dostępny na dekoderze)

Vectra:https://www.vectra.pl/vod(brak bezpośredniego linku, dostępny na dekoderze)

Orange:https://www.orange.pl/lp/vod(brak bezpośredniego linku, dostępny na dekoderze)

ikona lupy />

Artykuł powstał we współpracy z Fundacją Legalna Kultura. Fundacja prowadzi Bazę Legalnych Źródeł, która daje dostęp do zasobów kultury zgodnie z prawem i wolą twórców. Zobacz >>>