Kanadyjczycy badający okoliczności śmierci Dziekańskiego odwiedzili Polskę

| Aktualizacja:
Klatka z filmu video zaprezentowanego w mediach 14 bm. z październikowego incydentu na lotnisku międzynarodowym w Vancouver gdzie 40-letni Polak Robert Dziekański zmarł po użyciu przez policję elektrycznego paralizatora (tasera). / DGP

Czterej kanadyjscy policjanci, wyjaśniający okoliczności śmierci Roberta Dziekańskiego na lotnisku w Vancouver, przyjechali do Polski, by przesłuchać mieszkających tu świadków. W ich imieniu w ramach pomocy prawnej zeznania odebrał polski prokurator.

W październiku ubiegłego roku Dziekański został śmiertelnie porażony przez kanadyjską policję paralizatorem (taserem).

O udzielonej Kanadyjczykom pomocy poinformował w poniedziałek PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach Michał Szułczyński. Czterej kanadyjscy policjanci, którzy gromadzą materiał dowodowy w tej sprawie spędzili w Polsce, w ubiegłym tygodniu, trzy dni. Towarzyszył im tłumacz.

"W imieniu Kanadyjczyków polski prokurator przesłuchał kilka osób, które już zeznawały w śledztwie w tej sprawie, toczącym się w naszej prokuraturze. To świadkowie, którzy jako ostatni zetknęli się z Robertem Dziekańskim przed jego wyjazdem do Kanady" - powiedział Szułczyński.

Kanadyjczycy - choć wcześniej deklarowali, że wstrzymują pomoc prawną dla polskich prokuratorów do czasu zakończenia własnego postępowania - dostarczyli jednak gliwickim śledczym ważne dla postępowania dokumenty m.in. protokół z sekcji zwłok Polaka.

Nie wiadomo, kiedy zakończy się prowadzone w Kanadzie wyjaśnianie okoliczności śmierci Polaka. O tym zdecyduje tamtejsza prokuratura. Według prok. Szułczyńskiego, w Kanadzie toczy się aż kilkanaście różnych dochodzeń w tej sprawie. Policjanci, którzy odwiedzili Polskę zbierali materiał dowodowy na potrzeby każdego z nich.

Własne śledztwo od listopada prowadzi prokuratura w Gliwicach. Dotyczy ono przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy i nieumyślnego spowodowania śmierci Polaka. Dotychczas przesłuchano w nim kilkunastu świadków. To osoby, które miały kontakt z Dziekańskim zanim wyjechał do Kanady.

Polskie śledztwo zostało wszczęte z urzędu, na podstawie informacji przekazanych przez polskich dyplomatów Prokuraturze Krajowej, skąd sprawa trafiła do Gliwic.

Polskie prawo pozwala na ściganie obywateli obcych krajów za przestępstwa popełnione na szkodę Polaków za granicą. Jeżeli np. policjanci zostaliby skazani w Kanadzie, mogliby później teoretycznie stanąć przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Warunkiem byłaby zgoda Kanady na przekazanie ich stronie polskiej.

Prokuratura nie chce jednak na tym etapie mówić, czy zamierza starać się o ekstradycję kanadyjskich funkcjonariuszy. Według polskiego kodeksu karnego, za nieumyślne spowodowanie śmierci grozi do pięciu lat więzienia.

40-letni Dziekański, który przyleciał do Vancouver 13 października z Frankfurtu z zamiarem osiedlenia się na stałe w Kanadzie, ponad 10 godzin oczekiwał na swoją matkę, która nie mogła się z nim skontaktować, bowiem Polak przebywał w tzw. strefie bezpieczeństwa. Nie uzyskał tam, podobnie jak matka, żadnej pomocy ze strony władz.

Zmarł w rezultacie interwencji policjantów, którzy użyli elektrycznego paralizatora. Opublikowane nagranie wideo całego incydentu nie potwierdziło twierdzeń policji, że Polak dostał ataku szału. Film, który obiegł media, wywołał wzburzenie i pytania o zasadność działań policjantów.

Po tragedii w kanadyjskich miastach odbyły się demonstracje w związku ze śmiercią Polaka. Ich uczestnicy okazywali solidarność z rodziną Dziekańskiego i żądali sprawiedliwości.