Dudek: Majątek został rozkradziony. Prawdę znają Miller i Kwaśniewski [WYWIAD]

| Aktualizacja:
Antoni Dudek fot. Darek Golik / Dziennik Gazeta Prawna / Darek Golik

Co się stało z majątkiem, który po poprzedniczce przejęła SdRP? W większości został rozkradziony. Abyśmy mogli poznać prawdę, musieliby o tym opowiedzieć szczerze Miller i Kwaśniewski - mówi w wywiadzie dla DGP Antoni Dudek politolog i historyk, członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej w latach 2010–2016, profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.


Nikt nie wie, co się stało ze sztandarem PZPR.

Ja też nie.

A w środę minie 30 lat, jak go wyprowadzono.

Likwidatorzy majątku po PZPR przez lata nie mogli się doliczyć znacznie droższych rzeczy niż sztandar. To akurat detal.

A co zniknęło?

Najciekawsze były 22 mln franków szwajcarskich.

No, jest parę złotych.

I te 22 mln franków jesienią 1989 r. zdeponowano w banku w Zurychu, gdzie miały leżeć jako zabezpieczenie kredytu, który PZPR zaciągnęło w PKO BP. Tylko że z tego, co wiem, PKO BP jakoś większości tych pieniędzy nie zobaczyło.

A wie pan, że znowu sztandar wyprowadzają?

Kto tym razem?

SLD się kończy. Będzie Nowa Lewica.

To powstanie partia nowa wyłącznie z nazwy.

Może by pan sztandar przygarnął?

Dziękuję, nie jestem kolekcjonerem.

Kiedy komuniści zrozumieli, że PZPR nie da się utrzymać?

Różni ludzie dochodzili do tego w różnym momencie, ale pierwsi z nich wpadli na to po 4 czerwca 1989 r.

Dopiero?

Do wyborów przeważała wiara, że PZPR przetrwa. Oczywiście, będzie wymagała modernizacji, ale nikt nie chciał jej rozwiązać. Jeszcze w 1988 r. wymyślono koncepcję przeniesienia centrum rządzenia do urzędu prezydenta, ale to nie było przygotowaniem do likwidacji partii.

A do czego?

Chciano dać jej czas na przebudowę, by złapała oddech i przygotowała się do pierwszych wolnych wyborów, które planowano na 1993 r.

Taki był plan?

Po czteroletnim okresie przejściowym, który wynegocjowano w Magdalence, zmieniona PZPR miałaby stanąć do wyborów w pełni demokratycznych. Tyle że 4 czerwca się okazało, że król jest nagi.

I dłużej nie da się tego ukrywać?

Kryzys okazał się znacznie głębszy, niż przypuszczano i zobaczyli to wszyscy, od samej góry do dołów. To znaczy doły partyjne widziały to wcześniej, ale co innego jest widzieć własną, lokalną niemoc, a co innego zobaczyć to w skali kraju.

A partyjne szczyty?

Przed wyborami łudziły się – i nie mówię nawet o tak skrajnych postawach, jak ta sekretarza KC Zygmunta Czarzastego, który martwił się, że jak PZPR wygra wyraźnie w Senacie, świat uzna wybory za sfałszowane. Inni, twardo stąpający po ziemi, uważali, że jest dużo lepiej, niż pokazał to 4 czerwca. Generał Jaruzelski uznawał, że trzeba partię rzucić na głęboką wodę, a kampania wyborcza temu posłuży, bo zmobilizuje struktury lokalne i taka odnowiona PZPR złapie oddech.

Byli jednak nieźle odklejeni.

Stąd ten szok. Przecież gdyby tamte wybory były wolne i ludzie głosowaliby do Sejmu tak jak do Senatu, to PZPR dostałaby ok. 20 proc. mandatów. Z punktu widzenia partii rządzącej przez 40 lat to kompletna katastrofa.

Przepraszam, ale wciąż nie mogę uwierzyć, że oni przejrzeli na oczy dopiero po 4 czerwca.

PZPR umierała od sierpnia 1980 r., a dobił ją grudzień 1981 r., kiedy wojskowi ocalili jej rządy, ale zaczęła się militaryzacja partii. Generałowie Jaruzelski, Kiszczak czy Baryła próbowali partię reanimować, ale zamieniło ją to w jej własną karykaturę. Ugrupowanie słabło.

Słabe było całe państwo.

To coś więcej, w latach 80. komitet wojewódzki już nie musiał być lokalnym centrum władzy. Jeśli wojewodą był generał, to z miejsca stawał się lokalnym numerem jeden, ale np. mógł to też być szef bezpieki, jeżeli był dobrze ustawiony u Kiszczaka.

Kiedyś nie do pomyślenia.

Przez cały PRL zasadą było, że w terenie najważniejszy jest I sekretarz KW i to zostało złamane w stanie wojennym. Co gorsza, zaczęli to zauważać inni i zaczął się załamywać system nomenklatury w spółdzielczości.

Brzmi humorystycznie.

Niesłusznie, bo spółdzielczość albo raczej tak zwana spółdzielczość, to były tysiące stanowisk prezesów spółdzielni mleczarskich, pszczelarskich i wszelakich innych, gigantyczna pula posad. I co się okazało? Płynęły skargi z komitetów terenowych do KC, że jakiś centralny związek spółdzielczości mleczarskiej powołał prezesa bez konsultacji, co jest rażącym złamaniem zasad. Słano takie lamenty do KC, a centrala czasem interweniowała, a czasem nie i system rozszczelniał się jeszcze bardziej. Inny przykład – związki zawodowe.

Jak to? Przecież OPZZ pozostał wierny.

Owszem, Alfred Miodowicz zasiadał w Biurze Politycznym, lecz lokalni działacze związkowi pozwalali sobie na niedopuszczalną dotychczas krytykę PZPR. Partia słabła, aż do słynnego buntu Klubu Poselskiego PZPR w 1988 r., który nie poparł zmiany na stanowisku szefa NIK.

Kiedy próbowali odwołać gen. Hupałowskiego?

Tak, Sejm nie poparł tow. Mokrzyszczaka, którego Jaruzelski postanowił odwołać z Biura Politycznego i na osłodę zesłać do NIK, ale się posłowie zbuntowali.

I Mokrzyszczak został ambasadorem w Czechosłowacji.

A z NIK był problem.

To nie było wyreżyserowane?

Nie, były nawet narady dyscyplinujące, na których dyskutowano o tym, jak to się stało, że niektórych towarzyszy posłów nie było na głosowaniu, a inni nie zagłosowali za zmianą. Zupełnie jak dzisiaj.

Pan się śmieje, ale ta upadająca PZPR była de facto właścicielem państwa.

Pierwszym odnotowanym przeze mnie urzędnikiem, który wypowiedział PZPR posłuszeństwo, był minister finansów w rządzie Rakowskiego, oczywiście należący do partii, Andrzej Wróblewski. Pod koniec czerwca 1989 r. odmówił dodatkowych dotacji dla PZPR z budżetu, a jakby tego było mało, ograniczył ulgi podatkowe dla RSW „Prasa-Książka-Ruch”, czyli koncernu, który utrzymywał partię. Założył im podwójnego nelsona. Towarzysz Ciosek chciał nawet wyciągnąć wobec Wróblewskiego konsekwencje partyjne, ale na nikim to już nie robiło wrażenia.

Rzeczywiście nastroje po 4 czerwca musiały być fatalne.

Najgorsze jednak nie nastąpiło i to dzięki kierownictwu Solidarności. Był taki słynny teleks wysłany przez Kuronia do komitetów obywatelskich, żeby absolutnie nie organizować żadnych manifestacji radości i żeby nie było form publicznego okazywania tryumfu.

Komuniści się uspokoili?

Byli przerażeni, ale kiedy po kilkunastu dniach nic się nie stało, a w dodatku strona solidarnościowa zgodziła się, by sami uzupełnili mandaty po liście krajowej, wszystko się wyciszyło. Jednocześnie problem pozostał i trzeba było coś zrobić, zmienić scenariusz.

Na jaki?

Że premierem nie będzie jednak Kiszczak, ale ktoś spoza PZPR, jednak partia miała być główną siłą w rządzie.

Tam się zaczęły poważne ruchy odśrodkowe.

Największy był Ruch 8 Lipca, od daty spotkania organizowanego przez Tomasza Nałęcza, Sławomira Wiatra czy bardzo popularnego sekretarza z Gdańska Tadeusza Fiszbacha.

No dobrze, premierem ostatecznie został Mazowiecki, ale co dalej z partią?

Nastąpiło w niej pęknięcie. Z jednej strony była grupa starych działaczy, takich jak Ciosek czy Rakowski, którzy wierzyli, że pod szyldem PZPR jeszcze można działać, i była młoda część partii uosabiana przez Kwaśniewskiego, który uważał, że z tą nazwą nic się nie da zrobić, trzeba uciekać.

Wcześniej jednak I sekretarzem zostaje Rakowski.

Który musiał skompletować ekipę. Zwrócił się właśnie do Kwaśniewskiego, ale ten mu odmówił.

I tak po raz drugi w historii pojawili się „młodzi sekretarze”.

Ale zgodnie ze starą maksymą Marksa powtórka była już farsą. Młodzi sekretarze z 1956 r. trochę partię zmienili. Ci nie mieli tej szansy.

Dlaczego?

Młodzi sekretarze Rakowskiego mieli ratować coś, co było nie do uratowania. Ta cała zmiana nie miała szans. To tak, jakby kapitan Titanica po zderzeniu z górą lodową wymienił pierwszych oficerów. Jedyne, co można było wtedy robić, to ratować jak najwięcej, i to akurat im się udało.

Im? Czyli komu?

Wśród nich był Marcin Święcicki, który odnalazł się w polityce najlepiej, bo jako minister w rządzie Mazowieckiego szybko się dogadał z Balcerowiczem i do niedawna był posłem Koalicji Obywatelskiej. Z kolei Sławomir Wiatr politykę porzucił i zajął się biznesem. Marek Król – dziś w obozie PiS – szybko rozczarował Rakowskiego, bo nie wierzył w odnowę partii, tylko szerzył zwątpienie i chciał nadać PZPR ultraliberalne oblicze gospodarcze. On zresztą kompletnie nie pasował do tego grona, a Rakowski go zauważył, kiedy się okazało, że ma po Fiszbachu drugi wynik wyborczy wśród posłów PZPR.

Ekipa Rakowskiego musiała przygotować XI Zjazd PZPR.

To było trudne zadanie, bo nastąpiło całkowite załamanie działalności partii. Jesienią 1989 r. nie było już często plenów komitetów wojewódzkich, bo nie było kworum.

Aż tak?

Zamiast połowy członków KW przychodził co piąty albo i co dziesiąty, więc nazywano to naradą aktywu, a nie plenum.

Kto miał wtedy pomysł, co zrobić z PZPR?

Nikt. Pod koniec 1989 r. zwyciężyło stanowisko, że trzeba partię zlikwidować, powołać w to miejsce ugrupowanie o innej nazwie i przechwycić majątek. Ogłoszono nawet konkurs na nową nazwę i czekano. Na drugim biegunie był Tadeusz Fiszbach, który w rozliczeniach poszedł najdalej. Odciął się, potępił PZPR, nie chciał żadnego majątku.

To było dość popularne wśród posłów PZPR.

I tylko wśród nich. Największym radykałem w klubie poselskim był całkowicie zapomniany dziś Marian Czerwiński, który jako jedyny poseł PZPR głosował przeciwko wyborowi Jaruzelskiego na prezydenta. Potem już nie był posłem, ale działał w Platformie Obywatelskiej.

A Rakowski?

Niemal do końca liczył, że nawet jeśli PZPR zmieni nazwę, to on stanie na czele odnowionej partii. Dopiero w drugiej połowie stycznia pogodził się z kandydaturą Kwaśniewskiego.

Kiedy rozpoczynał się XI Zjazd, wszystko już było rozstrzygnięte?

Przeprowadzono to sprawnie. Zarządzono przerwę w zjeździe i ogłoszono powstanie Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej z Kwaśniewskim jako przewodniczącym i Leszkiem Millerem jako sekretarzem generalnym. Wtedy zjazd PZPR się wznowił, by przekazać majątek powstającej Socjaldemokracji i dopiero później nastąpiło wyprowadzenie sztandaru.

Sprytne.

Towarzysze zadbali, by było jasne, kto dziedziczy majątek.

Majątku nie przyjęła druga z powołanych wtedy partii – Unia Socjaldemokratyczna RP Fiszbacha.

I dlatego szybko znikła ze sceny, a część jej działaczy odnalazła się w Unii Pracy.

Likwidacja PZPR to była potężna operacja.

Jeszcze w 1989 r. partia była kolosem – kilkanaście tysięcy etatowych funkcjonariuszy obsługiwanych przez kilka tysięcy sekretarek, kierowców, ochroniarzy. Na pensje dla nich brakowało pieniędzy i już w drugiej połowie roku zaczęły się redukcje etatów. Oczywiście, jednocześnie PZPR rozwijało rozpoczętą w 1988 r. działalność gospodarczą.

Słynna spółka Transakcja nadzorowana przez Millera handlowała m.in. alkoholem.

Powołano też pełnomocnika KC do spraw działalności gospodarczej, którym został Mieczysław Wilczek. Jego oko najpierw padło na RSW – dwieście tytułów, kilkanaście drukarń, pozornie potęga. Jednak Wilczek szybko ocenił, że RSW jest ekonomicznym trupem. Tylko kilkanaście tytułów w rodzaju „Kobiety i Życia” czy „Przyjaciółki” ma szansę, a reszty trzeba się pozbyć.

Wilczkowi udało się sporo uratować.

I znaczną część tego majątku odziedziczyła SdRP. Tu drobna uwaga. Jakieś dwa miesiące po powstaniu SdRP policzono, ilu ona realnie ma członków. Podano, że 60 tysięcy.

Z dwóch milionów członków PZPR?

Owszem, ale prawda była jeszcze gorsza. Okazało się, że SdRP ma 6 tys. członków. To wywołało szok i władze postanowiły dopisać jedno zero.

Nie wierzę.

Naprawdę. Kiedy likwidowano PZPR, Rakowski powiedział, że będzie trzeba czekać 10 lat, by lewica wróciła w Polsce do władzy.

Okazało się, że trzeba było czekać do jesieni 1993 r.

Pierwszą nadzieją były wybory prezydenckie 1990 r., kiedy Cimoszewicz dostał ponad 9 proc., a rok później w wolnych wyborach SLD miało już drugi wynik.

Pisze pan o tym w swojej najnowszej książce „Od Mazowieckiego do Suchockiej”, wróćmy jednak do 1990 r. i nowej partii.

W rękach SdRP pozostało kilkadziesiąt spółek, ale najważniejszej, czyli RSW, nie zdołało już przejąć. Rząd Mazowieckiego zdecydował się na jej nacjonalizację i było to najważniejszym działaniem dekomunizacyjnym tego rządu.

Jeśli nie jedynym.

Może nie jedynym, lecz najbardziej spektakularnym, przeprowadzonym w dodatku w ciągu kilku dni. Żałuję, że na początku lat 90. nie przyjęto ustawy dekomunizacyjnej na wzór czeski, która zabraniałaby ludziom z aparatu PZPR sprawowania ważnych funkcji publicznych przez 10 czy 20 lat. Wtedy nie mielibyśmy premiera Oleksego czy Millera.

Choć Cimoszewicz i Kwaśniewski

by się uchowali.

Bo nie byli nigdy funkcjonariuszami aparatu partyjnego. Brak takiej ustawy to jedno z wielu zaniechań z początku lat 90., tak jak brak reprywatyzacji.

Wróćmy do roku 1990. Na przejęcie majątku PZPR trzeba było czekać do listopada. Sporo z niego już zdążyło wyparować.

Ale przez swoją arogancję towarzysze stracili najtłustsze kąski. Otóż, gdyby PZPR, która od lat 40. wyrzucała właścicieli z ich nieruchomości, równocześnie wpisywała się do hipotek, to byliby znacznie trudniejsi do ruszenia. Ale okazało się, że zazwyczaj się nie wpisywali, bo i po co, skoro państwo było ich. I dlatego musieli choćby oddać milion dolarów bankowi, który kupił od nich budynek KW w Krakowie.

Resztę utrzymali.

Przede wszystkim pieniądze na kontach i koło 1 tys. samochodów plus sprzęt biurowy czy meble.

Mieli też pieniądze z pożyczki moskiewskiej.

W styczniu 1990 r. Rakowski zorientował się, że brakuje mu kasy i poprosił o pomoc towarzyszy radzieckich. Moskwa się zgodziła i kurierzy KGB przywieźli 1,2 mln dol. w gotówce i równie pokaźną kwotę w złotówkach. Część z tych pieniędzy poszła na odprawy dla pracowników PZPR, reszta na następcę „Trybuny Ludu”, czyli „Trybunę”, i działalność gospodarczą.

Co się stało z majątkiem, który przejęła SdRP?

W większości został rozkradziony. Abyśmy mogli poznać prawdę, musieliby o tym opowiedzieć szczerze Miller i Kwaśniewski. Większość z tego majątku trafiła w niejasny sposób w prywatne ręce. To wszystko jest wciąż owiane mgłą tajemnicy i nikt nie jest w stanie tego odtworzyć.

To wszystko nakłada się na proces uwłaszczenia nomenklatury.

Na którym najbardziej skorzystali nie działacze partyjni, ale dyrektorzy czy prezesi państwowych firm, oczywiście z nadania PZPR. To oni najczęściej stawali się właścicielami spółek pasożytujących na przedsiębiorstwach, którymi kierowali. Jak sprawdzono, na 1,6 tys. firm nomenklaturowych miażdżąca większość z nich przeszła w ręce ludzi z aparatu gospodarczego, drugą grupą byli ludzie ze służb specjalnych, poza tym ludzie z aparatu państwowego, czyli wojewodowie lub ktoś taki, i dopiero na końcu ludzie z aparatu partyjnego.

Nie załapali się?

Nie sprawdzali się w biznesie. To byli politrucy i przesunięci do działalności biznesowej gubili się.

Jak pan ocenia skalę tego zjawiska?

Nie zgodzę się z tezą, że rozkradziono wówczas większość Polski, ale nie da się dokładnie oszacować, ile mogli wypompować. Jak patrzymy na późniejsze fortuny, niewiele jest takich, które wyrastały wprost z kapitału nomenklaturowego. Większość z nich to jednak biznesy prywatne, które często powstawały w oparciu o niepoliczalne ułatwienia – preferencyjne kredyty, kontakty czy znajomości.

Dość powszechne przekonanie jest takie, że nomenklatura i esbecy sobie poradzili.

Ta druga grupa ludzi ze służb specjalnych PRL, którzy przeszli do biznesu, jest rzeczywiście najmniej zbadana. Tu kłania się afera FOZZ, a właściwie jeden jej aspekt – komu dokładnie FOZZ udzielił pożyczek? W jednym z polskich sądów wciąż podobno jest utajniona teczka z informacjami na ten temat.

Przez tyle lat?

Ktoś ją przetrzymuje, bo ma interes w tym, by te nazwiska nie wyszły. Spodziewam się, że są tam ludzie powszechnie znani i tym to tłumaczę. Po prostu oni nie chcą być kojarzeni z tą sprawą, nawet jeśli pożyczki z FOZZ już zwrócili.

Przez te 30 lat przeszliśmy od PZPR do Nowej Lewicy.

Magazyn DGP z 24 stycznia 2020 r. / Dziennik Gazeta Prawna

Takie transformacje dokonały się we wszystkich państwach postkomunistycznych. Tylko w Czechach do dziś funkcjonuje Komunistyczna Partia Czech i Moraw, która dostawała po 20 proc. głosów, ale nigdy nie rządziła i tym się różni od SLD, która rządziła przez lat osiem, a Kwaśniewski był prezydentem przez dekadę.

A dziś jest na nartach w Szwajcarii, a Miller i Cimoszewicz w Parlamencie Europejskim.

Ci ostatni otrzymali ten prezent od Grzegorza Schetyny. Tak, to chichot historii, że działacz Solidarności Walczącej wysłał do Brukseli postkomunistów, ale to już jego osobista decyzja, nie element transformacji lewicy.