Co wynika z tego, że Komisją, EBC i MFW będą rządziły kobiety

| Aktualizacja:
Bartek Godusławski / Dziennik Gazeta Prawna / Wojtek Gorski

Kobiety zarabiają mniej, mniej powierza się im kierowniczych stanowisk i miejsc na listach wyborczych. W biznesie i polityce wciąż traktuje się je stereotypowo. Dużo się mówi o zmianie podejścia. Zasypywaniu luki płacowej. Stosuje się parytety, ale niewiele to zmienia. Pew Research Center od lat publikuje raport pod tytułem „Kobiety i przywództwo”.

Badanie przeprowadzane jest w Stanach Zjednoczonych. Ubiegłoroczna edycja ukazała się dwa lata po tym, jak Hillary Clinton uzyskała nominację demokratów na prezydenta USA i przy rekordowej liczbie kobiet kandydujących w 2018 r. do Kongresu. Tradycyjnie już więcej Amerykanów twierdzi, że chciałoby zobaczyć więcej kobiet na najwyższych stanowiskach w polityce i korporacjach. Nie zaskakuje to, że większość jest przekonana, że to mężczyźni kroczą łatwiejszą ścieżką kariery, a panie muszą się mozolnie wspinać i na każdym kroku udowadniać, że są wartościowymi pracownikami. Zero zdziwienia niesie też to, że amerykańskie społeczeństwo jest sceptycznie nastawione do tezy o możliwości osiągnięcia parytetu płci w polityce i biznesie. To samo słychać od lat i niewiele się w tym obszarze zmienia.

Z ankiety przeprowadzonej przez PRC wynika, że siedem na dziesięć kobiet uważa, że za mało z nich jest liderami politycznymi i zajmuje kierownicze stanowiska w korporacjach. W przypadku mężczyzn tylko połowa uważa tak samo i to panowie dostrzegają mniej barier strukturalnych i nierówności w podejściu do kobiet w świecie polityczno-biznesowym.

Badani Amerykanie w świecie korporacyjnym bardziej doceniają talenty przywódcze kobiet – 43 proc. twierdzi, że są lepsze w tworzeniu bezpiecznego i pełnego szacunku miejsca pracy; 52 proc. twierdzi, że nie ma różnicy, a tylko 5 proc., że mężczyźni są w tym lepsi. I choć większość twierdzi, że nie ma różnicy między liderami płci męskiej i żeńskiej, to jeśli już ktoś te różnice dostrzega, wówczas szala pozytywów jest na korzyść pań.

Nic wielkiego z tego jednak nie wynika. Co pokazuje nieco starszy raport ONZ – na 193 państwa na świecie według stanu na 1 stycznia 2017 r. tylko 16 kobiet mogło się pochwalić kluczową rolą w polityce. Gdy ONZ robił swoje zestawienie, na czele tylko dwóch ważnych w skali globu państw stały kobiety – w Niemczech Angela Merkel i w Wielkiej Brytanii Theresa May. Tę pierwszą zastąpi prawdopodobnie inna kobieta. Drugą ze sceny politycznej zmiótł brexit.

Także wpływ kobiet na życie parlamentarne nie jest imponujący, bo zajmują w skali świata średnio mniej niż jedną czwartą miejsc. Chociaż nastąpiła lekka poprawa w tym obszarze, to zmiana liczona jest w dziesiątych procenta.

W Polsce wydawałoby się, że rola kobiet w polityce faktycznie nieco się poprawiła w ostatnich latach. Na czele rządu za czasów koalicji PO-PSL stała Ewa Kopacz, kadencję PiS rozpoczęła Beata Szydło. Ta pierwsza była też marszałkiem Sejmu. Z PO zaszczytu tego dostąpiła także Małgorzata Kidawa-Błońska, a z obecnej ekipy przez najbliższe dwa miesiące będzie to Elżbieta Witek. Tyle że wszystkie panie zawdzięczają swoje awanse decyzjom liderów płci męskiej. W tych konkretnie przypadkach – Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego. Właściwie jedyną kobietą, która sama sobie wywalczyła rolę przywódczą, jest Katarzyna Lubnauer, która zdetronizowała Ryszarda Petru w Nowoczesnej. Satysfakcji jednak zbyt długo nie miała, bo właśnie gros jej formacji zostało wchłonięte do Koalicji Obywatelskiej, a tam lider jest tylko jeden i nikt rozsądny nie będzie pozycji Grzegorza Schetyny deprecjonował.

Hillary Clinton nie wygrała. Nie będzie pierwszą kobietą prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nadzieja, że kobiece przywództwo stanie się czymś ugruntowanym w świecie polityki i finansów, musi więc przyjść z innego miejsca. Wiele wskazuje, że będzie to Europa i trzy panie z kontynentu, które objęły lub za chwilę obejmą kluczowe stanowiska. Ursula von der Leyen będzie kierowała Komisją Europejską, Christine Lagarde najważniejszą unijną instytucją finansową – Europejskim Bankiem Centralnym, a Kristalina Georgiewa stanie na czele najważniejszej międzynarodowej instytucji finansowej, czyli Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Wszystkie trzy nie zawdzięczają wprawdzie nominacji demokratycznemu wyborowi, ale wielopiętrowym negocjacjom politycznym. Jednak faktem jest, że Unia Europejska postawiła na kobiety nie tylko w sferze deklaracji czy pomniejszych stanowisk. Nie ma żadnych podstaw, aby podważać ich kompetencje, przywództwo czy polityczne zdolności. Wszystkie trzy sprawdziły się już w najważniejszych politycznych i finansowych rolach. Mają za sobą wieloletnie doświadczenie. I szanse, aby stać się nową jakością oraz pokazać, że rola kobiet nie musi być jedynie wypadkową taktycznych i strategicznych decyzji mężczyzn. Szklanych sufitów jest jeszcze wiele, ale trio von der Leyen-Lagarde-Georgiewa wiele z nich przebije.