Farmaceutyczna utopia w polskim wydaniu [POLEMIKA]

| Aktualizacja:
Nie ulega wątpliwości, że odpowiednia diagnoza problemu oraz konsekwentne wdrożenie właściwych narzędzi powinny pomóc w stopniowym poprawianiu tego obszaru systemu ochrony zdrowia. Plan jest, czas działać. / ShutterStock

Dostępność leków jest tematem, który pojawia się głównie w mediach branżowych. W zasadzie nikt, kto w danym momencie nie potrzebuje niedostępnego leku lub nie jest związany z szeroko pojętą branżą farmaceutyczną, nie zastanawia się nad tym, jak poważnym problemem są braki. Kłopot z dostępnością nie jest jednak żadną nowością i raz na jakiś czas sytuacja staje się na tyle poważna, że temat ten trafia na jedynki gazet i żółte paski telewizji.

Tak właśnie dzieje się teraz. Niestety, pojawienie się braku często wywołuje reakcję łańcuchową – pacjenci, którym zapisano lek brakujący, otrzymują odpowiednik, którego w pewnym momencie również zaczyna brakować, bo nikt nie przypuszczał, że po latach stabilnego udziału rynkowego w krótkim okresie nastąpi dramatyczny skok popytu. Oczywiście, nie da się zaradzić temu problemowi w prosty i szybki sposób. Dlatego też tak kluczowym jest, aby w tym niezmiernie ważnym obszarze mieć spójny i kompleksowy plan, by podobne sytuacje występowały jak najrzadziej.

Sęk w tym, że plan jest. We wrześniu 2018 r. rząd przyjął swego rodzaju mapę drogową dla wspomnianego obszaru – dokument „Polityka Lekowa Państwa na lata 2018–2022”. Za nami połowa 2019 r., a więc większość projektów, co do których w „Polityce Lekowej” wskazano terminy realizacji, powinna być już w trakcie procesu legislacyjnego. Tymczasem tak się nie dzieje. Z jednej strony słyszymy, że nowe projekty są już na ostatniej prostej i wkrótce zostaną przekazane do konsultacji publicznych, z drugiej zaś pojawiają się głosy, że w tej kadencji nic w tym obszarze robione już nie będzie. A szkoda, bo jak wszyscy w miarę zgodnie stwierdzili – zawartość „Polityki Lekowej” jest dobra. Oby nie okazało się tylko, że jest ona zbyt dobra. Dało się bowiem słyszeć głosy, że to nie jest dokument opisujący plany na najbliższe cztery, ale raczej kilkanaście lat. Taka trochę farmaceutyczna utopia w wydaniu polskim.

Jak słusznie zauważono w przedmowie do „Polityki Lekowej”, działania profilaktyczne mają kluczowy wpływ na stan zdrowia populacji i co do tego jest pełna zgoda. Jednocześnie jednak każdy z nas był, jest lub będzie pacjentem, a wówczas w równym stopniu istotna będzie zarówno jakość samej „interwencji medycznej”, jak i związanej z nią farmakoterapii. Generalnie rzecz ujmując, celem decydentów powinno być zapewnienie sprawnego i efektywnego systemu ochrony zdrowia, który w pierwszej kolejności pomoże zapobiegać chorobom, natomiast w sytuacji, kiedy ta choroba się pojawi, zapewni możliwie najlepszą opiekę i leczenie farmakologiczne. Żeby jednak tak się stało – trzeba działać.

Generalnie rzecz biorąc, działania podejmowane na ul. Miodowej (tam mieści się siedziba resortu zdrowia – red.) w obecnej kadencji są trochę niespójne – na początku byliśmy świadkami legislacyjnej ofensywy bez planu, jednakże mogliśmy oceniać konkretne projekty. W drugiej części obserwujemy wysyp pomysłów na to, jak system ochrony zdrowia wyglądać powinien, ale nie dochodzą one do etapu wykonawczego. Wszelkie pomysły odnośnie do tego, jak wyobrażamy sobie idealny system, są zawsze mile widziane, trzeba jednak pamiętać, żeby w pewnym momencie rozpocząć wdrażanie tych, co do których mamy już konkretny plan działania.

Eksperci zwracali uwagę, że faktyczna implementacja rozwiązań zaproponowanych w „Polityce Lekowej” powinna przełożyć się na zwiększenie dostępu pacjentów do nowoczesnych leków. Z dużą nadzieją patrzymy na zadeklarowany stopniowy wzrost publicznych wydatków na ochronę zdrowia, które powinny pozwolić na zapewnienie budżetu na refundację na poziomie 16,5–17 proc. całkowitych środków na świadczenia opieki zdrowotnej. Budżet ten mógłby jeszcze zostać wsparty środkami „reinwestowanymi” z tych wpłacanych przez firmy farmaceutyczne w ramach instrumentów dzielenia ryzyka, jeśli wreszcie jej postanowienia zaczną być wdrażane.

Jak wskazują eksperci, na podstawie trendów demograficznych i epidemiologicznych można przewidywać, że w najbliższych latach zwiększać się będą potrzeby zdrowotne społeczeństwa, a co za tym idzie, państwo powinno dostosowywać się do zmieniającego się otoczenia, nie wspominając już o tym, jak dobrze byłoby, gdyby było o krok do przodu. Musimy jednak pamiętać, że nawet od momentu przekazania projektów wdrażających „Politykę Lekową” do ich uchwalenia upłyną miesiące. Nie są to bowiem regulacje, które mogą być procedowane w trybie ekspresowym. Tym bardziej że minister zdrowia zadeklarował zwiększenie udziału pacjentów i pozostałych interesariuszy systemu w kreowaniu dotyczących ich rozwiązań. Dlatego też im wcześniej rozpoczną się nad nimi prace, tym szybciej pojawią się wynikające z nich korzyści. Niestety, kalendarz „sejmowo-wyborczy” nie pozwala na zbytni optymizm, a to, co nie zostanie uchwalone w tej kadencji, trzeba będzie procedować od nowa. A zatem jeśli do wyborów nic się nie wydarzy, to również nic nie wydarzy się co najmniej do końca pierwszego kwartału 2020 r.

Wracając jednak do początku, z czego wynikają wspomniane braki? Leki refundowane są w Polsce tańsze niż w pozostałych krajach UE, co sprzyja nielegalnemu wywozowi. Minister zdrowia, a ostatnio nawet minister sprawiedliwości, od lat próbuje walczyć z tym procederem, który pomimo tego, z różnych względów, istnieje nadal. Dopóki wywóz będzie opłacalny, to znajdą się chętni do podjęcia ryzyka, nawet kosztem potencjalnych sankcji karnych. Jednym z możliwych mechanizmów jest spowodowanie, że stanie się on nieopłacalny, np. poprzez podniesienie cen urzędowych, ale z jednoczesnym utrzymaniem tych rzeczywiście płaconych przez pacjentów. Do tego znowuż potrzebna jest np. zmiana podejścia do stosowanych instrumentów dzielenia ryzyka. Kolejnym problemem jest obowiązkowa od 9 lutego br. serializacja, wydłużająca proces zwalniania serii do obrotu.

Należy również mieć nadzieję, że minister zdrowia i główny inspektor farmaceutyczny właśnie w takich sytuacjach jak ta, z którą mamy obecnie do czynienia, będą w stanie zrobić użytek z posiadanego przez siebie narzędzia, czyli Zintegrowanego Systemu Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi (ZSMOPL). Dzięki niemu powinno być wiadomo, ile opakowań konkretnych leków znajduje się na rynku, móc zestawiać tę wiedzę z zapotrzebowaniem i, być może, obserwować trendy w celu uniknięcia podobnych problemów w przyszłości. ZSMOPL działa już bowiem od ponad trzech miesięcy, choć trudno dostrzec płynące z niego korzyści.

Nie ulega wątpliwości, że odpowiednia diagnoza problemu oraz konsekwentne wdrożenie właściwych narzędzi powinny pomóc w stopniowym poprawianiu tego obszaru systemu ochrony zdrowia. Plan jest, czas działać.