Boję się, że zarówno ci popierający dziś protest nauczycieli, jak i ci go krytykujący głęboko zatęsknią za czasami, w których istniały związki zawodowe zdolne upomnieć się o interesy setek tysięcy ludzi - mówi Rafał Chwedoruk profesor politologii na Uniwersytecie Warszawskim.
ikona lupy />
Okładka magazyn DGP 5.04.2019 / DGP
Jaki scenariusz rozwoju protestu nauczycieli wydaje się dziś panu najbardziej prawdopodobny?
Początek przyszłego tygodnia będzie nie tylko początkiem strajku, lecz także sondażem, który zmieni proporcje sił w negocjacjach. Mamy teraz do czynienia z klasyczną sytuacją w proteście społecznym: obie strony deklarują absolutną pewność siebie i determinację. Jedna bada opinię publiczną i różne segmenty wyborców, druga – skalę mobilizacji struktur związkowych. Kluczowy będzie wynik walki w przestrzeni medialnej. Czy wygrają ją ci, którzy powiedzą, że strajk był wielki i będzie się rozszerzał, czy też ci, którzy stwierdzą, że tak naprawdę protestowała tylko mniejszość próbująca narzucić swoją wolę większości? Na przykład w ubiegłorocznym proteście francuskich nauczycieli, do którego notabene doszło na cztery dni przed wyjściem na ulice „żółtych kamizelek”, wyliczenia związkowców i rządu co do zasięgu akcji były bardzo różne. Mówiąc krótko, przewagę uzyska więc ten, którego siła oddziaływania na opinię publiczną poprzez media będzie większa. Niestety żyjemy w takim świecie, że może to być ważniejsze niż realna skala protestu. Potem nastąpi dalsza część negocjacji, do których strony przystąpią już w nowym układzie sił albo pat będzie trwał, dopóki nie nastąpi – z powodu innego niż egzaminy – jakaś zmiana postaw opinii publicznej. Myślę, że to dość uniwersalny scenariusz, który spełni się i u nas. Pytanie, czy strony sporu okażą się na tyle dojrzałe, aby uznać, że prawdziwym zwycięzcą jest się wtedy, kiedy zostawia się sobie możliwość działania na przyszłość i daje się drugiej stronie wyjść z sytuacji z twarzą. Czy będą potrafiły ukazać finał jako pewnego rodzaju kompromis, nawet jeśli będzie on nierównoprawny i faktycznie tylko jedna strona ugrała to, co chciała ugrać. O to można mieć w obecnej sytuacji politycznej duże obawy.
Wspomniał pan o Francji. Czy tak jak tam protest oświatowy może u nas pociągnąć za sobą kolejne?
Nauczyciele niezbyt mają kogo za sobą pociągnąć. W sektorze przemysłowym na strajki się nie zanosi, bo raz, że jest on dziś dosyć zadowolony z polityki rządu, dwa – pozostaje bardzo podzielony. W prywatnych zakładach związki zawodowe są przecież bardzo rachityczne. Mieliśmy niedawno przykłady protestów dobrze zorganizowanych grup o wysokim poziomie kompetencji, takich jak np. służby mundurowe. Inne, tak jak urzędnicy, też już sygnalizowały swoje problemy, ale nie widać, aby miały zrobić znaczący krok dalej. Mogę sobie wyobrazić protesty innych grup, ale nie sądzę, aby były równie ważne, spektakularne i kłopotliwe dla rządzących jak protest central nauczycielskich.
Jan Guz, szef OPZZ, mówił niedawno w rozmowie z OKO.press, że trwają rozmowy na temat przyłączenia się do strajku nauczycieli kolejnych grup zawodowych. Mowa była m.in. o fizjoterapeutach i innych pracownikach ochrony zdrowia, ale również o branży taksówkarskiej.
Mamy wiosnę podwójnie przedwyborczą, więc takie głosy nie powinny nikogo dziwić. Siła innych organizacji jest jednak mniejsza niż związków nauczycielskich, które nie tylko tworzą najprawdopodobniej największą grupę branżową w Polsce, lecz także są specyficznie usytuowane w życiu publicznym. Świat nauczycieli na niwie związkowej zawsze mieścił się gdzieś w przestrzeni między zwykłymi związkami robotniczo-przemysłowymi a profesjonalnymi organizacjami urzędników. Pracownicy oświaty pod względem politycznym tworzą też prawdopodobnie jedyną wielką grupę wśród pracowników najemnych, której nie jest zdecydowanie bliżej do PiS. Społeczny rezonans protestów innych, bardziej niszowych grup byłby dużo słabszy i często nie wykraczałby poza wydawane przez nie biuletyny, strony internetowe czy lokalną prasę. Wreszcie – ewentualne ustępstwa ze strony rządu na ich rzecz byłyby nieporównywalnie mniej kosztowne. Zupełnie czymś innym jest natomiast kwestia taksówkarzy. Moim zdaniem to bomba zegarowa tykająca pod ministerialnymi gabinetami. W tle jest bowiem problem Ubera i lobbingu na rzecz amerykańskiego biznesu ze strony Waszyngtonu, czego o wiele słabszy kraj sojuszniczy nie może lekceważyć. Rząd jest tu więc między młotem a kowadłem. Nawet biorąc pod uwagę to, że protesty taksówkarzy cieszyłyby się dużo mniejszą sympatią wśród obywateli niż strajk nauczycieli, to dla PiS wybrnięcie z nich mogłoby być bardzo skomplikowane od strony stricte politycznej. Rząd ma w tym przypadku nieporównywalnie bardziej ograniczoną swobodę ruchu niż np. Francuzi z ich potencjałem gospodarczym i siłą polityczną, którzy doprowadzili do poważnych ograniczeń dla zderegulowanych usług. A przyczyniły się do tego właśnie znaczące protesty taksówkarzy.
Mamy się więc raczej spodziewać w przyszłości protestów wokół specyficznych problemów grupowych niż masowych wystąpień na tle płacowym?
Czasy masowych strajków już nie wrócą, bo zmieniła się gospodarka i struktura społeczna. Nie chcę powiedzieć, że to łabędzi śpiew związków zawodowych. Dużo do tego brakuje. Protest nauczycieli jest wręcz symbolem trwania ruchu związkowego, a to w Polsce – neoficie kapitalizmu, kraju, w którym wielu ludzi głosuje na ugrupowania o skrajnie liberalnych poglądach – jest już wielkim sukcesem. Minione 25 lat, mimo historycznych zasług związków zawodowych, to były czasy totalnej demagogii antyzwiązkowej. Deprecjonowano rolę tych organizacji czy wysuwano tak absurdalne tezy jak ta, że powinny być one apolityczne. Jakby gdziekolwiek na świecie istniały apolityczne związki. Jeśli po tych 25 latach bardzo głębokich przemian w gospodarce związki zawodowe w Polsce istnieją i są zdolne uczestniczyć w życiu społecznym, naciskać na polityków, wpływać na procesy decyzyjne, wywołać dobrze zorganizowany protest, to znaczy, że nie jest tak źle z tym ruchem.
Jednocześnie taka ocena nie przeczy temu, że niedługo wszyscy będziemy wielki problem z kolejnymi rocznikami młodego pokolenia wychowanego w duchu skrajnie indywidualistycznym: że każdy ma być self-made manem, niewrażliwym na krzywdę innych i broń Boże nie zajmować się jakimiś interesami grupowymi. Że ważne, abym to ja dostał podwyżkę, a nie abyśmy my dostali podwyżkę. Dla nich związki zawodowe stały się bytem słabo znanym, nieodpowiadającym ich indywidualistycznym strategiom życiowego przetrwania. To będzie w przyszłości olbrzymi problem nie tylko dla samych związków, lecz także partii politycznych i całego państwa. Boję się, że wówczas zarówno ci popierający dziś strajk nauczycieli, jak i ci go krytykujący głęboko zatęsknią za czasami, w których istniały związki zawodowe zdolne upomnieć się o interesy setek tysięcy ludzi. A po drugiej stronie istniały rządy, które były skłonne cierpliwie negocjować.
Nie dziwi pana to, że przez ostatnie 25 lat protesty na tle płacowym w Polsce były zawsze rachityczne, nieproporcjonalne do skali i głębokości przemian gospodarczych?
Związki, które w naturalny sposób istnieją po to, aby bronić pracowników, miały w latach 90. skrupuły natury politycznej. Bo w pewnym sensie, pośrednio, wygenerowały rządy po 1989 r. Długo siedziały okrakiem na barykadzie, wahając się między totalnym odrzuceniem a zrozumieniem konieczności przemian. Solidarność na pewno zapłaciła dużą cenę za parasol ochronny nad procesem transformacji po 1989 r. Później uwikłała się w rządzenie poprzez AWS, w tym przeprowadzanie neoliberalnych reform, takich jak wprowadzenie gimnazjów. OPZZ, mające zupełnie inną genealogię, w olbrzymim stopniu odziedziczyło strukturę z lat 80. Często należeli do niego ludzie będący kadrą zarządzającą w zakładach pracy albo będący młodymi pracownikami, którzy dopiero przyjechali do dużych miast. OPZZ zdołało jednak przetrwać trudne lata. Był też co najmniej jeden protest wywołany przez miejscową komórkę OPZZ, dziś już zapomniany, za który organizatorom powinno się postawić pomnik przed Ministerstwem Finansów. W 1992 r. doszło mianowicie do skandalicznej próby prywatyzacji KGHM i sprzedaży przedsiębiorstwa amerykańskiemu koncernowi za niewiarygodnie niską sumę. Na marginesie, koncern ten później zbankrutował. Dzięki miesięcznemu strajkowi KGHM został uratowany. Nie jest przypadkiem, że dzisiaj w regionie zagłębia miedziowego partie liberalne mają się dużo gorzej niż w pozostałej części regionu dolnośląskiego. Pamięć 1992 r. jest tam bardzo silna. OPZZ też miało swoje polityczne ograniczenia. Niespodziewanie szybko do władzy doszedł SLD i związek znalazł się między młotem a kowadłem. Sojusz, choć postrzegany przez większość obywateli jako siła kontestatorska, chciał być traktowany jako pełnoprawny uczestnik transformacji, a to pośrednio rzutowało na samo OPZZ.
Czy związki uwolnią się od tego bagażu lat 90.?
Od momentu rozpadu AWS Solidarność próbuje to zrobić. Poszła swoją drogą, biegnącą między aprobatą dla PiS jako konserwatywnej, chadeckiej, nieliberalnej gospodarczo prawicy a samodzielnością. Paradoksalnie Piotr Duda został wybrany jako antyteza Janusza Śniadka i koncepcji ściślejszych relacji związku z PiS. Trzeba też pamiętać, że słabnące znaczenie związków zawodowych to tendencja występująca w skali globalnej, związana z postępującą deindustrializacją. Do nas dotarła ona po 1989 r., na Zachodzie zaczęła się pojawiać mniej więcej dekadę wcześniej. Związki częściowo wyszły z kryzysu, ale ich siła jest już niewątpliwie mniejsza.
Czy rządzący mają w ogóle jakieś dobre narzędzia, aby ograniczyć ewentualne protesty kolejnych grup zawodowych lub przynajmniej je skutecznie neutralizować?
Cierpliwość i merytoryczne przygotowanie to najlepszy oręż dla relacji z ruchem związkowym. Polska na szczęście przejęła trochę z niemieckiego czy nordyckich modeli uwzględniających zinstytucjonalizowany dialog społeczny. Natomiast modele funkcjonujące np. w Wielkiej Brytanii, USA czy także we Francji można określić mianem konfliktowych. W czasach Margaret Thatcher w walce z górnikami wykorzystywano choćby służby specjalne. Każdy dialog jest lepszy dla państwa i demokracji aniżeli polityczna nagonka i stygmatyzowanie całych grup zawodowych i ich związkowej reprezentacji.
Protest nauczycieli jest symbolem trwania ruchu związkowego, a to w Polsce – neoficie kapitalizmu, kraju, w którym wielu ludzi głosuje na ugrupowania o skrajnie liberalnych poglądach – jest wielkim sukcesem