Wielka prywatyzacja w Kazachstanie przyciąga także Polaków

| Aktualizacja:
Kazachstan rozkręca karuzelę prywatyzacyjną, bo władze w Astanie odpowiedziały na spadek cen ropy szerokim planem liberalizacji gospodarki. / ShutterStock

Firmy, które zainwestują ponad 20 mln dolarów, otrzymają zwrot do 30 proc. wydatków. Oprócz tego przez 10 lat nie będą musiały płacić podatków.

Szansa dla polskich firm otwiera się w Azji Środkowej. Kazachstan rozkręca karuzelę prywatyzacyjną, bo władze w Astanie odpowiedziały na spadek cen ropy szerokim planem liberalizacji gospodarki. W ubiegłym roku ropa naftowa i produkty ropopochodne odpowiadały za 59 proc. całego eksportu Kazachstanu. Dlatego obserwowany od 2014 r. spadek cen ropy na światowych rynkach nie mógł pozostać bez wpływu na kondycję kazachskiej gospodarki. Dodatkowo uderzyły w nią problemy sąsiedniej Rosji, najważniejszego obok Chin partnera handlowego. To oznaczało kłopoty dla zachodnich eksporterów. Po ubiegłorocznej 50-proc. utracie wartości lokalnej waluty zagraniczne towary wciąż traciły na konkurencyjności. Rykoszetem dostaliśmy również my. Nasz eksport do Kazachstanu maleje od trzech lat. Od stycznia do września tego roku Polska sprzedała tam 118 mln ton towaru o wartości 938 mln zł. To wynik gorszy od ubiegłorocznego o 14,1 proc. pod względem ilości i o 18,9 proc.

Plan liberalizacji gospodarki ma zmniejszyć uzależnienie od eksportu surowców. Częścią programu jest wielka prywatyzacja. Do 2020 r. władze chcą sprzedać 782 firmy, w tym 153 z 216 skupionych w gigantycznym holdingu Samuryk-Kazyna, na którego czele stoi były wicepremier Ömyrzak Szökejew. Wśród nich są rafinerie, firmy energetyczne, uniwersytety, kluby piłkarskie, lotniska i koleje – warte w sumie wiele miliardów dolarów. Jak pisze w swojej analizie warszawski Ośrodek Studiów Wschodnich, Kazachowie szukają inwestorów na Zachodzie i Dalekim Wschodzie, bo usiłują stworzyć z Astany regionalne centrum finansowe. Prezydent Nursułtan Nazarbajew w tym kontekście wzoruje się na Dubaju i obiecuje potencjalnym zainteresowanym, że centrum będzie działało na podstawie prawa brytyjskiego.

Wśród najciekawszych kąsków prywatyzacyjnych są gazowy monopolista KazMunajGaz i 49 proc. akcji Kazpoczty. Przez giełdę mają zostać sprzedane linie lotnicze Qazaq Air oraz wydobywcza spółka Tau-Ken Samuryk. Wymienione firmy mają być notowane nie tylko na giełdzie w Astanie, ale także w Hongkongu i Londynie. – Kazachstan w najbliższych latach będzie się intensywnie rozwijać. Polska obecność na tym rynku jest jak najbardziej wskazana. Szczególnie że to dobry przyczółek w regionie – tłumaczy Radosław Jarema, szef polskiego oddziału instytucji płatniczej Akcenta, realizującej i zabezpieczającej transakcje walutowe firm. Rząd kazachski zapowiada, że firmy, które zainwestują ponad 20 mln dolarów, otrzymają zwrot do 30 proc. wydatków. I przez 10 lat nie będą musiały płacić podatków.

Polskie firmy sygnalizują zainteresowanie inwestycjami w Kazachstanie. Wśród nich Famur, dostawca maszyn dla górnictwa, który w 2012 r. kupił lokalne zakłady Glinik. – To była przepustka, by poważnie zaistnieć na tym rynku. W przemyśle wydobywczym miejscowe firmy cenią sobie sprzęt lokalnej produkcji. Od czasu przejęcia wygraliśmy już dwa przetargi, w sumie na 300 zmechanizowanych obudów ściankowych. Dziś pod naszą i przejętą marką mamy ich już 800 – mówi Gabriela Chruściel z Famuru. W Kazachstanie górnictwo wydobywcze odpowiada za 30 proc. rynku, a pozostałe 70 proc. należy do odkrywkowego. – Planujemy debiut z maszynami do pracy w takich kopalniach – dodaje.

Plany zagranicznego rozwoju ma też Polpharma, która w 2011 r. nabyła połowę akcji największego kazachskiego producenta leków Chimfarmu, który ma fabrykę w Szymkencie. Dotychczas inwestycje w nią pochłonęły równowartość 70 mln dol. i najpewniej zbliżą się do 100 mln dol. Dodatkowymi atutami są świeżo nabyte członkostwo w WTO (od grudnia 2015 r.) oraz korzystne położenie Kazachstanu, z jednej strony członka budowanej Unii Euroazjatyckiej, a z drugiej – sąsiada innych państw Azji Środkowej. – Rozwijamy sprzedaż leków produkowanych w Kazachstanie w Armenii, Kirgistanie, Rosji i Uzbekistanie. Nasz eksport w zeszłym roku wyniósł 1,3 mld tenge (po obecnym kursie 16,6 mld zł – red.). W tym roku spodziewamy się potrojenia tego wyniku – wyjaśnia Małgorzata Maurer z Polpharma Group.

W Kazachstanie działa dziś 200 firm z polskim kapitałem. – Potencjał na tym rynku widać nie tylko dla eksportu polskich towarów, ale przede wszystkim dla eksportu usług, głównie budowlanych, oraz inwestycji bezpośrednich. Warto o tym pomyśleć szczególnie w kontekście spodziewanego rozwoju strefy znajdującej się na trasie Nowego Jedwabnego Szlaku – zauważa Robert Antczak z BZ WBK. Szlak, o którym mówi Antczak, to chiński pomysł na wzrost znaczenia handlu lądowego, a przez to pozycji Chin w świecie. Pekin chce w ten sposób podkopać pozycję Stanów Zjednoczonych jako gwaranta najtańszego obecnie handlu morskiego. Dla Polski okazją do nawiązania kontaktów na rynku kazachskim będzie Expo 2017 w Astanie. Do kazachskiej stolicy na wystawę światową, której otwarcie planowane jest na 10 czerwca, pojedzie najprawdopodobniej prezydent Andrzej Duda.

OPINIA

Michał Potocki szef działu opinie / Dziennik Gazeta Prawna / Wojtek Gorski

Kazachskie eldorado jest jak medal: ma dwie strony

Kazachstan kusi azjatycką egzotyką i słowiańską fantazją. Obietnicami miliardowych zysków i zwycięstw na geopolitycznej loterii, która każe Chińczykom inwestować w regionie ogromne pieniądze, by podważyć amerykańską dominację na świecie. Z jednej strony nasze firmy rzeczywiście stoją przed szansą na ogromne zyski. Z drugiej jednak warto zachować większą niż zwykle ostrożność.

Zacznijmy od dygresji. W niektórych miastach naszego regionu, gdy chęć pokazania się dominuje nad innymi priorytetami, rekonstrukcja zabytkowych centrów odbywa się po łebkach. Odmalowuje się fasady domów, wymienia okna, robi porządek z reklamami. Ale wystarczy wejść na podwórka, by odkryć zaśmiecone trawniki, odpadające tynki i odstraszające klatki schodowe, w których najpewniejszą perspektywą jest dostanie po głowie. Kazachstan po zbudowaniu monumentalnej stolicy ogłosił kolejną akcję renowacji swoich gospodarczych skarbów. Zacznijmy od rzutu oka na fasady.

Te wyglądają obiecująco. Wielka prywatyzacja przynoszących ogromne zyski aktywów, obietnica stosowania prawa brytyjskiego w astańskim centrum finansowym, liczne ulgi podatkowe dla inwestorów, wciąż niedroga siła robocza (choć średnia pensja w Kazachstanie zrównała się już z analogicznym wskaźnikiem w Rosji). Wreszcie – zwłaszcza dla firm budowlanych – perspektywa pozyskania ogromnych środków z Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych. Kazachstan ma stać się państwem tranzytowym Nowego Jedwabnego Szlaku. Doświadczeni polscy budowlańcy mogliby ten szlak budować. I wszystko wygląda w porządku, dopóki nie wejdziemy ciut głębiej, w podwórko.

A tam jednak straszy parę zdemolowanych i okupowanych przez miejscowy element garaży. Państwa Azji Środkowej są bowiem obarczone sporym, choć na razie głównie potencjalnym, ryzykiem inwestycyjnym. Chodzi o rzecz absolutnie banalną: niestabilność systemu politycznego. Prezydent Nursułtan Nazarbajew, który premierem republiki został w 1984 r., a więc jeszcze w głębokim Sojuzie, ma dziś 76 lat. Kazachski reżim jest znacznie łagodniejszy niż w niedalekim Turkmenistanie czy Uzbekistanie. Nazarbajew stawia na spokój społeczny i gra na hasłach porozumienia międzyreligijnego i międzyetnicznego. Musi, bo Rosjanie stanowią tam jedną czwartą ludności i gdyby tylko odczuli jakieś oznaki dyskryminacji, Astanie groziłaby powtórka z Krymu i Zagłębia Donieckiego.

Ale brak demokracji i system polityczny oparty na silnej władzy jednostki ma określone skutki. Jednym z nich jest kompletny brak procedur przekazania władzy, obecnych w demokracjach i kolegialnych autorytaryzmach typu chińskiego. Gdy prezydent takiego kraju umiera, można się spodziewać wszystkiego. Poszczególne frakcje i klany zaczynają walczyć o wpływy. Nikt nie wie, ile ten chaos potrwa ani kto ostatecznie sięgnie po władzę. Może będzie to dyktator-liberał, Nazarbajew bis, który pozwoli swobodnie działać zachodnim inwestorom. A może tyran kleptokrata, który będzie wolał położyć łapę na wszystkim, w co przez lata zainwestowano miliardy. Sięgając po płynące z Astany oferty, trzeba to ryzyko uwzględnić. Mieć świadomość, że zaniedbane podwórka mogą wygrać z odnowionymi oficynami.