Przyjaciele na paczki

Jest się więc o co starać. Jak wyliczyła działająca na polu mediów społecznościowych firma marketingowa Vitrue, przeciętny facebookowy fan jest wart 3,6 dol., czyli blisko 12 zł. Niższy koszt fanów na Facebooku wyliczyli cyberprzestępcy, którzy kilka tygodni temu wykradli bazę liczącą 1,5 mln osób. Ceny kont wystawionych na sprzedaż zaczynały się od 25 dolarów za 1000 kont.

Najciekawsze wyniki przyniósł jednak raport firm Syncapse oraz Hotspex przygotowany na bazie około 4 tysięcy ankiet wypełnionych przez internautów ze Stanów Zjednoczonych, a przeprowadzony w czerwcu tego roku. Badanie skupiło się na analizie zachowań wobec 20 znanych marek różnego rodzaju produktów: od Nokii poprzez BlackBerry, Gillette, Victoria’s Secret, McDonald’s i Coca-Colę. Okazało się, że średnio w ciągu roku internauta będący fanem danej marki wydaje na jej produkty 157 dol., podczas gdy niebędący fanem – 85 dol. Wirtualni fani okazali się też o jedną czwartą bardziej lojalni od niefanów. Blisko co siódmy fan stwierdził, że poleciłby dane produkty swoim znajomym lub rodzinie. Wśród osób niebędących fanami tylko co trzeci zdecydowałby się na taki gest. – Czyli i wydają więcej, i są bardziej lojalni, i jeszcze do tego robią darmową reklamę. Klienci wprost idealni – podsumowuje Cieślak.

– Zbudowanie dużego i aktywnego grona internetowych wielbicieli wcale nie jest proste. Pojawia się więc pokusa obejścia tego problemu. A tam, gdzie jest popyt, pojawia się zawsze podaż. Świat wirtualny niczym w tym wypadku nie różni się od tego realnego – tłumaczy profesor Kazimierz Krzysztofek, socjolog nowych mediów z SWPS.

Nic dziwnego, że pojawiły się przedsiębiorstwa oferujące swoim klientom fanów i to zgodnie z zasadą, że w hurcie jest taniej. Jedna z wyspecjalizowanych w tym biznesie firm, amerykańska Viralee, chwali się, że sprzedała już 7 mln internautów. Fanów można u niej kupić w paczkach: najmniejsza to 1000 dodatkowych osób (cena: 150 dol., ale płatności można dokonać nawet złotówkami), największa – okrągły milion, którym można ekspresowo zasilić społeczność (i jednocześnie uszczuplić konto bankowe o blisko 300 tys. zł). Fani to jedno. Można też sprzedawać całe zrzeszające ich strony (na sprzedaż jest między innymi „RIP Michael Jackson”). Na Viralee nabyć można także osoby, które będą nas śledzić na Twitterze. Pakiet 100 osób wyceniono na około 250 zł, za 100 tys. dodatkowych followersów zapłacimy prawie 10 tys. zł.

Podobne usługi oferują też firmy uSocial oraz Subvert and Profit. Nasz klient, nasz pan – można więc zadecydować, jaka konkretna grupa ludzi nas interesuje (np. w konkretnym przedziale wiekowym, z danego miejsca). Mechanizm jest prosty: najpierw wyszukuje się użytkowników, używając m.in. takich kryteriów, jak: wiek, miejsce zamieszkania oraz zainteresowania. Wybiera spośród nich grupę docelową, a następnie poleca ich firmom, które już bezpośrednio się z nimi kontaktują. Zainteresowani kupnem użytkowników muszą zapłacić uSocial 727 dol. za 5 tys. użytkowników, którzy zgodzą się być znajomymi firmy. Pojedynczy znajomy kosztuje 15 centów. Im facebookowy lajkers aktywniejszy, tym droższy. Jednak – jak uważają eksperci – tacy masowi fani to już nawet nie indywidualnie sterowane avatary, a najprawdopodobniej albo prowadzone przez boty, albo wręcz zhakowane konta niczego nieświadomych zwykłych użytkowników. Oczywiście działania takich firm ostro krytykuje Facebook. Wielokrotnie też zapowiadał ich blokowanie, ale na razie biznes kwitnie w najlepsze.

Ekonomiczna rewolucja

Wirtualny handel ludźmi nie jest bynajmniej krótkotrwałym trendem. Eksperci traktują go jako przejaw większego zjawiska. U podstaw tego biznesu leży czysta ekonomia, a raczej „socjalnomia”. W Stanach Zjednoczonych od kilku miesięcy furorę robi termin „socialnomics” (nie mylić z „socionomics”, czyli teorią, że najważniejsze w gospodarce są zmiany nastroju społeczeństwa), będący połączeniem wyrażeń „social media” i „economics”. Pojęcie ukuł Erik Qualman, specjalista od szeroko pojętego e-biznesu. Według teorii Qualmana portale społecznościowe z Facebookiem na czele to ekonomiczna rewolucja. – Już dawno temu przestały być miejscem odnajdywania szkolnych miłostek. Dziś to przestrzeń, w której aktywny użytkownik dzieli się tym, co ogląda, czego słucha, co lubi. I coraz częściej setki czy nawet tysiące osób są skłonne bardziej uwierzyć jego wyborom niż recenzjom nieznanych dziennikarzy. Z punktu widzenia biznesowego jest to niewyobrażalne wręcz źródło informacji – tłumaczy Qualman.

Współcześni klienci nie wierzą reklamom, ale chętnie polegają na radzie znajomego. W ten sposób internauci sami zaczęli dostarczać informacje, za które kilka lat temu koncerny oddałyby fortunę. Robią to za darmo, bez żadnego przymusu, bez namawiania, bez niechęci. Polecamy koleżance kosmetyk, piszemy, czy podobał nam się film, lub psioczymy na niesprawny serwis producenta aparatów fotograficznych, a informacja rozchodzi się w internecie momentalnie. Plotka trafia od razu do zainteresowanych. To warte zachodu. Więcej: to warte nawet handlu przyjaciółmi.