Brzmi może zbyt radykalnie. Argumenty przeciwników takiego ruchu są świetnie znane z dyskusji wokół przepisów, na mocy których tworzona ma być lista największych firm – płatników podatku dochodowego: piętnowanie tych, którzy akurat zapłaciliby tego podatku mniej, czy po prostu ujawnianie danych finansowych tych firm, które sobie tego nie życzą.

Ale nie brak argumentów za jawnością. MF prezentowało je, publikując projekt listy płatników CIT, mówiąc o wzmacnianiu „społecznej odpowiedzialności biznesu”.

Jest jednak dodatkowy aspekt. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że nawet ci, którzy nie chcą szeroko ogłaszać swoich sprawozdań finansowych, muszą je publikować. Robią to, składając je w swoim sądzie rejestrowym. Od tego momentu są już dostępne dla każdego, tyle że zdobycie tych danych wymaga sporo zachodu. Do sądu trzeba zadzwonić, zamówić akta, poczekać kilka dni i dopiero wtedy można je sobie obejrzeć. I kluczowa komplikacja – jeśli osoba z Rzeszowa chce sprawdzić, jak wygląda sytuacja spółki ze Szczecina, musi wybrać się do sądu na Pomorzu.

Oczywiście sprawę można przyśpieszyć, korzystając np. z danych, jakimi dysponują wywiadownie gospodarcze czy firmy, których biznes polega głównie na przerzucaniu informacji z KRS do swoich baz danych.

A przecież to samo mogłoby zrobić państwo. Być może wydatnie podnosząc poziom bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym. Chodzi nie tylko o to, że wyślę towar firmie, która będzie w stanie za niego zapłacić. Również o to, by nie wpaść np. w karuzelę VAT. Skoro fiskus chce od firm „należytej staranności”, to dlaczego nie miałby dać narzędzia, które poziom tej staranności mogłoby podnieść?