
Witamy. Zapraszamy na wyprzedaż garniturów z naszej zimowej kolekcji. Jesteśmy tuż za rogiem skrzyżowania ulic Hills i św. Patryka. Zespół sklepu The Men’s Core” – otrzymanie SMS-a o takiej treści od sklepu z odzieżą to coraz częściej spotykany sposób marketingu przy wykorzystaniu telefonu komórkowego i geolokalizacji.
Bez względu na to, czy jesteśmy w San Francisco, Chicago, Paryżu czy w Warszawie, sięga po niego coraz więcej firm. Idziemy ulicą i co pewien czas otrzymujemy od pobliskich sklepów informacje o promocjach i specjalnych okazjach. To dopiero początek technologicznej rewolucji.
Więcej: Rattner: Pracujemy nad tym, by świat wirtualny przeniknął do rzeczywistości
Więcej:
Michael Wolff o rynku medialnym: Ipad nie uratuje dzienników*Michael Wolff, stały współpracownik miesięcznika „Vanity Fair”, właściciel serwisu Newser.com. Ma na koncie cztery książki. Ostatnia, zatytułowana „The Who Owns the News”, to biografia Ruperta Murdocha, właściciela News Corp.
Anderson opowiada o swojej najnowszej książce, która w księgarniach ukaże się dopiero w 2012 r. Jego zdaniem w ciągu najbliższej dekady będziemy świadkami rewolucji w świecie produkcji dóbr. Dzięki temu, że technologie są coraz tańsze i dostępne niemal dla każdego, nastąpi odwrót od masowej produkcji, zdominowanej przez globalnych gigantów i sterowanej przez rządy czy instytucje. Rynek zasili produkcja niszowa. Zamiast kupować najnowszy model forda czy toyoty, dostępny na całym świecie, będzie można zamówić unikatowy, skrojony na miarę samochód. – To całkowicie zmieni świat, bo pozwoli na odejście od globalizacji, która obniżała koszty, lecz unifikowała produkcję, do globalizacji, która obniża koszty, ale wspiera i umacnia różnorodność, unikatowość – tłumaczy Anderson.
MICHAŁ FURA:Nie tak dawno hiszpański naukowiec dr Felipe Ortega ogłosił, że w I kwartale tego roku z Wikipedii odeszło prawie 50 tys. redaktorów wolontariuszy, a jeśli tak dalej pójdzie, to zagrożony będzie dalszy rozwój całej interentowej encyklopedii. Czyżby Wikipedia umierała?
Tego dokładnie nie wie nikt, ale wiemy, w jakim kierunku chcemy iść. Nasz cel – zebranie całej wiedzy na świecie w jednym miejscu – się nie zmienił. Zmieniły się natomiast sposoby, w jaki ludzie tę wiedzę przekazują i z niej korzystają. Gdy ruszała Wikipedia, korzystaliśmy z internetu głównie za pomocą komputera, dziś wiemy, że przyszłość to internet mobilny, z którego korzystać będziemy nie tylko za pomocą telefonów komórkowych, ale także innych przenośnych urządzeń. Strategia naszego rozwoju brzmi więc tak: jakkolwiek ludzie chcieliby w przyszłości korzystać z Wikipedi, jako czytelnicy i twórcy, musimy im dać taką możliwości. Zastanawiamy się więc, jakie aplikacje stworzyć, by pozwalały w różny sposób wykorzystywać zasoby Wikipedii. Nie chcemy też ograniczać Wikipedii tylko do słowa pisanego. Uważamy, że znakomitym uzupełnieniem materiałów pisanych w encyklopedii byłyby zdjęcia oraz filmy wideo umieszczane przez użytkowników. Dlatego pracujemy nad koncepcją dużej platformy multimedialnej, która pozwoliłaby im to robić.
*dyrektor zarządzający Wikimedia Foundation, do której należy największa internetowa encyklopedia świata Wikipedia.
WIĘCEJ: Kul Takanao Wadhwa: "Nowe pomysły dla Wikipedii to zdjęcia z komórki i filmy video"
W grę wchodzić będzie i jedno, i drugie. Trzeba zdawać sobie sprawę, jak bardzo różni są dziś użytkownicy obu serwisów. Z Facebooka korzystają przede wszystkim mieszkańcy miast, osoby lepiej wykształcone, znające języki, bardziej świadome, jeśli chodzi o korzystanie z internetu, przeważnie młode. Z kolei w Naszej-Klasie mamy prawdziwy przekrój polskiego społeczeństwa. Mówiąc językiem reklamy, jest tam praktycznie każdy target, można więc zrobić niemal każdą kampanię. Sporą grupę stanowią osoby, które dzięki Naszej-Klasie w ogóle odkryły internet, ale też poza ten serwis praktycznie nie wyszły. Są tacy, którzy nie wiedzą nawet, że można wysyłać do siebie wiadomości inaczej niż za pośrednictwem Naszej-Klasy. Są też oczywiście tacy, którzy są bardziej otwarci, poszukują nowych rozwiązań i serwisów. Na ich przejęcie może liczyć Facebook, który z czasem będzie też stawał się bardziej polski i popularny. Jednak pewnych grup użytkowników z pewnością nigdy od Naszej-Klasy nie przejmie. Dlatego innym sposobem na rozwój będzie przyciąganie młodych osób, które zaczynają korzystać z internetu, lub takich, które już w nim są, ale jeszcze nie przekonały się do serwisów społecznościowych.
Więcej: Facebook może przegonić Naszą-klasę już za trzy lata
http://forsal.pl/artykuly/394475,facebook_moze_przegonic_nasza_klase_juz_za_trzy_lata.html
Mój tekst z piątkowego magazynu Dziennika Gazety Prawnej o wojnie Ruperta Murdocha z Googlem:
Niedziela 22 listopada tego roku nie była dniem dobrych wiadomości dla prezesa Google’a Erica Schmidta i dwóch twórców internetowej wyszukiwarki – Larry’ego Page’a i Siergieja Brina. O godzinie 15 czasu kalifornijskiego na swoich stronach internetowych dziennik Financial Times opublikował informację zapowiadającą groźny dla Google’a sojusz. Tytuł brzmiał: „Microsoft namawia News Corp. do wycofania swoich treści z wyszukiwarki Google”.
Reporterzy dziennika dowiedzieli się o tajnych rozmowach między kierowanym przez Steve’a Ballmera Microsoftem a jednym z największych koncernów medialnych świata, News Corp., kontrolowanym przez Ruperta Murdocha. W efekcie miałby on przenieść wszystkie linki do artykułów ze swoich gazet z Google’a do należącej do Microsoftu wyszukiwarki Bing. A Steve Ballmer, by mu jeszcze za to zapłacił. Mógłby powstać sojusz zdolny zachwiać nienaruszoną pozycją Google’a w świecie internetu. Dla świata biznesu, zwłaszcza mediów i technologii, to informacja tej wagi, jakby w czasach zimnej wojny wyszło na jaw, że Związek Radziecki namawia Wspólnotę Europejską do paktu przeciwko USA.
Krok News Corp. i Microsoftu to efekt toczącej się od wielu miesięcy medialnej wojny, w której Murdoch, popierany przez innych wydawców prasy na świecie, zarzuca serwisom internetowym z Google’em na czele, że okradają spółki prasowe z artykułów i zdjęć. I czerpią z tego kolosalne zyski, często kosztem umierających gazet. Dotychczas kończyło się tylko na słowach. Tym razem News Corp. zyskał potężnego sprzymierzeńca. Microsoft to wielki gracz na rynku technologii, który ma własne porachunki z Google'em. Wykorzystując wojnę wydawców, chciałby ubić własny interes. To kolejna faza jednego z najciekawszych sporów biznesowych XXI wieku, którego efekty obchodzić powinny każdego z nas. Od wyników tej wojny zależy bowiem, w jaki sposób będziemy korzystać w przyszłości z internetu i co w nim w znajdziemy. A wyrażając się precyzyjniej – co użytecznego i wartościowego będziemy mogli w nim znaleźć zupełnie za darmo.
Całość tutaj: Murdoch na wojnie z Google
Rozmowa z CHRISTOPHEREM BILLICHEM, analitykiem japońskiej firmy Infinita, specjalizującej się w analizie rynku mobilnego.
W Japonii internet w komórkach jest tak dostępny, jak woda w kranie. Z pana prezentacji podczas niedawnego IAB Forum w Warszawie wynika, że używa go 9 na 10 użytkowników telefonów komórkowych. W Polsce jest odwrotnie. Co powinniśmy zrobić, by być drugą Japonią?
Można zrobić bardzo wiele. Kształt japońskiego rynku wynika z panujących na nim regulacji oraz polityki operatorów. Oczywiście, są pewne wyjątkowe rozwiązania, które trudno było przenieść do innych krajów. Jednym z nich jest ogromny i wyjątkowy w skali światowej wpływ japońskich operatorów na producentów telefonów komórkowych. Operatorzy w dużym zakresie decydują o tym, jakie funkcje mają telefony, jak duże są przyciski itp. Wszystko po to, by łatwo było korzystać z internetu. Inne rozwiązania są jednak absolutnie do przeniesienia.
Na przykład jakie?
Jest kilka rozwiązań, które mogą być zastosowane wszędzie. Po pierwsze, trzeba obniżyć ceny dostępu do mobilnego internetu oraz maksymalnie uprościć taryfy. Klienci zawsze chętniej korzystają z internetu w komórkach, jeśli dokładnie wiedzą, ile za niego płacą. W Europie takie podejście nie jest jeszcze standardem, choć trzeba przyznać, że wiele zmienia się na korzyść. Spore zmiany w podejściu do konstrukcji ofert i wprowadzenia stałych planów wymusiło na operatorach wprowadzenie na rynek iPhone’ów. Jednak jest jeszcze wiele do zrobienia.
Co musi się zmienić, by wydatki na marketing mobilny się zwiększyły? Nie tylko w Japonii, ale także innych krajach, w tym w Polsce?
Jest wiele rzeczy, które trzeba zrobić. Operatorzy, twórcy serwisów i agencje powinny pomyśleć, jak uprościć proces kupowania kampanii w kanałach mobilnych. Jeśli na rynku działa kilku operatorów, jest on skomplikowany i kosztowny.
Wciąż wiele musi się zmienić, jeśli chodzi o podejście do reklamy w komórkach osób decydujących w firmach o tym, gdzie trafiają pieniądze na reklamę. W Japonii na przykład wiele osób na takich stanowiskach jest w starszym wieku. O kanale mobilnym wiedzą niewiele i traktują go jako mało istotny lub mało użyteczny. Z drugiej strony, wśród użytkowników internetu w komórkach najsilniejszą grupą jest młodzież, a to niekoniecznie dobry target dla producentów drogich samochodów. Rozwinąć trzeba też technologie pozwalające na bardziej precyzyjne wyświetlanie reklam, dla klientów, którzy są nimi zainteresowani. Ostatnim wyzwaniem dla branży na całym świecie jest brak solidnych badań skuteczności kampanii w komórkach, dzięki którym można zachęcać kolejnych reklamodawców. Wskaźniki i badania, którymi posługuje się branża reklamy internetowej, niestety w komórkach absolutnie się nie sprawdza, bo korzystanie z internetu za pomocą komputera to coś całkowicie innego, niż korzystanie z internetu w komórce.
Więcej: Internet mobilny. Polska może być drugą Japonią (http://biznes.gazetaprawna.pl/wywiady/373922,internet_mobilny_polska_moze_byc_druga_japonia.html)
W Polsce sprzedaż muzyki w sieci, według branży i ZPAV sięgać może około 4 proc. całego rynku, który w ubiegłym roku szacowany był na 270,3 mln zł. Utwory cyfrowe oferuje też coraz więcej sklepów, wśród których jest Iplay.pl, Soho.pl, należąca do Polkomtela sklep Muzodajnia.pl, czy także działająca od niedawna Nokia Music Store. Inny sposób zarabiania w tym biznesie przyjął natomiast serwis społecznościowy MySpace, należący do News Corp. Ruperta Murdocha, który przyciąga głównie fanów muzyki. Swoje profile ma w nim wiele zespołów, które często udostępniają tam swoją muzykę, a przychody serwisu pochodzą z reklam.
Więcej o tym, jak działać ma ShareTheMusic.com: Polska spółka wchodzi na światowy rynek muzyki w sieci
W dzisiejszej GW świetna rozmowa Agnieszki Kublik z byłą przewodniczącą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a dziś posłanką PiS, Elżbietą Kruk. Krótka, ale za to, jakże dużo mówiąca! Nie ma to jak właściwy człowiek na właściwym miejscu. Na wszelki wypadek przeklejam:
Agnieszka Kublik: PO chce w ustawie medialnej zapisać, że kandydaci do KRRiT muszą mieć co najmniej dwie rekomendacje ogólnopolskich stowarzyszeń twórczych, dziennikarskich lub uczelni akademickich. To dobry pomysł?
Elżbieta Kruk: To nic nowego. Kiedy powoływaliśmy rady nadzorcze, też wymagaliśmy takich rekomendacji i takie osoby weszły w skład rad.
Pamięta pani, ile osób z takimi rekomendacjami weszło np. do rady nadzorczej TVP?
- Nie.
Dwie. Janusz Niedziela z rekomendacją Amerykańsko-Polsko-Żydowskiej Fundacji "Szalom" i Zbigniew Cieślak ze Stowarzyszenia na rzecz Swobód Obywatelskich.
- Aha. Nie wybraliśmy osób rekomendowanych przez stowarzyszenia twórcze, bo nie miały uprawnień do zasiadania w radach nadzorczych, to by było łamanie prawa.
Ależ powiedziała pani, że wybraliście i dlatego pomysł PO oceniała pani jako "nic nowego".
- To może chcieliśmy powołać osoby z rekomendacjami, ale nam się nie udało. Chce pani, by Krajowa Rada łamała prawo. Ustawa wymaga od kandydatów dyplomu ukończenia kursu dla członków rad nadzorczych.
A konkretnie która ustawa?
- Teraz dokładnie nie pamiętam. Chyba ustawa o Krajowej Radzie.
Nie.
- To nie wiem, jaka.
Żadna. Pewnie się pani pomyliło z ustawą o przedsiębiorstwach państwowych przeznaczonych do komercjalizacji lub prywatyzacji. Dyplom ukończenia kursu dla członków rad nadzorczych muszą mieć jedynie członkowie rad takich właśnie przedsiębiorstw państwowych. Nie dotyczy to spółek skarbu państwa. Do tej pory praktyka była taka, że członkowie kończyli ten kurs po wejściu do rady.
- Nie rozumiem, czego pani ode mnie chce?
Komentarza do pomysłu PO.
- No to go nie mam. (Kruk się rozłącza).
„Zopa.com to taki społecznościowy bank on—line. To taki rodzaj eBaya z pieniędzmi, który łączy pożyczkodawców z pożyczkobiorcami. Jeśli chcesz pożyczyć pieniądze na jakiś projekt, po prostu to ogłaszasz. Podobnie, jeśli masz pieniądze, które możesz komuś pożyczyć. Pożyczyłem trochę pieniędzy w ten sposób. Jak dotąd wszystko jest w porządku. Nie było przypadku, żeby ktoś nie oddał długu.”
Zaledwie w osiem dni po starcie do twórców pierwszej polskiej linkowarki internetowej Elefanta.pl zwrocił się już pierwszy chętny reklamodawca.
Serwis to klon m.in. amerykańskiego stumbleupon.com. Pozwala na zapisywanie ciekawych stron, dzielenie się nimi z innymi, rekomendując przy tym użytkownikowi inne nienzane linki o interesującej go tematyce. Serwis otworzył Piotr Krawiec, były PR-owiec m.in. portalu Onet, wraz z grupą znajomych, działających w branży IT. Więcej na ten temat można znaleźć tutaj.
W pierwszym tygodniu od startu Elefanta.pl odwiedziło 5 tys. unikalnych użytkowników. W tym miesiącu ma ich być ponad 20 tys.
Jaka jest najbardziej popularna strona wśród e—seniorów, czyli użytkowników Internetu po 55 roku życia?
Otóż, to Clavin.pl, poświęcona lekowi dla mężczyzn cierpiących na zaburzenia erekcji. Korzysta z niej 33,6 proc. internautów w tym wieku — wynika z danych Gemiusa z czerwca tego roku.
Bo przeważająca grupa e—seniorów (70,69 proc.!) to panowie, najczęściej z dużych aglomeracji miejskich, z wykształceniem wyższym, deklarujący miesięczny dochód między 1 tys. a 2 tys. zł. Z zasobów sieci korzystają codziennie lub prawie codziennie. Miesięcznie poświęcają na to średnio 20 godzin.