rssdodaj RSS
---Ludzie - Michał Fura
26 grudnia 2010

Rattner: Pracujemy nad tym, by świat wirtualny przeniknął do rzeczywistości

Jeśli są na świecie ludzie, którzy wiedzą, jak wyglądać będą komputery przyszłości, Justin R. Rattner jest jednym z nich. 62—letni wiceprezes i Chief Technology Officer Intela, którego procesory zamontowane są w 80 proc. komputerów na świecie, jest bezpośrednio odpowiedzialny za nowe technologie i badania amerykańskiego giganta.

Pracę u największego producenta procesorów na świecie rozpoczął 37 lat temu. W roku 1996 współtworzył pierwszy superszybki komputer, którego moc obliczeniowa pozwalala na wykonanie tryliona operacji na sekundę.

Dzięki temu osiągnięciu branża zgodnie uznała Rattnera za jednego z 200 inżynierów i naukowców, którzy wywarli największy wpływ na amerykański rynek informatyczny. Sylwetka Rattnera opublikowana została z tej okazji w książce „Wizards and Their Wonders”, obok takich osobistości, jak Alan Kay z Xeroxa czy Steve Wozniak, współtwórca Apple.

Dziś głowę szefa technologii i badań Intela zajmuje sztuczna inteligencja. „Moim celem jest osiągnięcie do roku 2028 Singularity (z ang. Osobliwość), czyli punktu, w którym spotkają się inteligencja maszyn i ludzi” — pisze na swoim profilu w internetowym serwisie dla menedżerów LinkedIn.com. DGP opowiedział, jak świat wirtualny przenika się z realnym:
Witamy. Zapraszamy na wyprzedaż garniturów z naszej zimowej kolekcji. Jesteśmy tuż za rogiem skrzyżowania ulic Hills i św. Patryka. Zespół sklepu The Men’s Core” – otrzymanie SMS-a o takiej treści od sklepu z odzieżą to coraz częściej spotykany sposób marketingu przy wykorzystaniu telefonu komórkowego i geolokalizacji.

Bez względu na to, czy jesteśmy w San Francisco, Chicago, Paryżu czy w Warszawie, sięga po niego coraz więcej firm. Idziemy ulicą i co pewien czas otrzymujemy od pobliskich sklepów informacje o promocjach i specjalnych okazjach. To dopiero początek technologicznej rewolucji.

Więcej: Rattner: Pracujemy nad tym, by świat wirtualny przeniknął do rzeczywistości

07 grudnia 2010

Michael Wolff o rynku medialnym: Ipad nie uratuje dzienników

Dlaczego Rupert Murdoch myśli, że może wygrać z internetem? Michael Wolff: Bo jest stary i nie wie, z czym walczy. Ma 79 lat. Rządzi jednym z największych imperiów medialnych świata, a nie używa nawet powszechnej dziś poczty elektronicznej.

MICHAŁ FURA:W ubiegłym roku amerykańskie dzienniki zwolniły kilka tysięcy dziennikarzy. Nie było praktycznie wydawcy, który nie zmniejszyłby zatrudnienia. Według serwisu Mediafinder.com aż 428 magazynów zniknęło z rynku. To koniec dziennikarstwa?

MICHAEL WOLFF*:

To koniec tego, do czego przywykliśmy. Ale tam, gdzie coś umiera, rodzi się coś nowego. Zapotrzebowanie na informacje nie zmalało. Odwrotnie – jest większe niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie dzięki internetowi i nowym technologiom przywykli do stałego dostępu do newsów, chcą wiedzieć coraz więcej i ktoś musi im to umożliwić. Dlatego uważam, że okazji do pracy w biznesie informacyjnym będzie sporo. Jedyny problem polega na tym, że coraz rzadziej ktoś będzie chciał za tę pracę płacić w ogóle lub przynajmniej tyle, ile dotychczas.

Niezbyt pocieszająca perspektywa dla dziennikarza.

Dziennikarstwo newsowe będzie coraz gorzej płatnym zawodem. Jednak praca w gazetach nigdy nie była lukratywnym zajęciem. Reporterzy zawsze wykonywali najcięższą robotę, a na drugi dzień i tak najwięcej zarabiała na tym telewizja, która mogła przyciągać wielomilionową widownię.

Przyszłość miesięczników, takich jak „Vanity Fair”, moja macierzysta redakcja, rysuje się w jaśniejszych barwach niż przyszłość prasy codziennej. Internet nie zastąpi magazynów, tak jak wypiera dzienniki. Magazyny zaspokajają inne potrzeby, są marką, z którą ludzie chcą obcować. I gotowi są za to zapłacić.

Więcej:

Michael Wolff o rynku medialnym: Ipad nie uratuje dzienników

*Michael Wolff, stały współpracownik miesięcznika „Vanity Fair”, właściciel serwisu Newser.com. Ma na koncie cztery książki. Ostatnia, zatytułowana „The Who Owns the News”, to biografia Ruperta Murdocha, właściciela News Corp.

02 grudnia 2010

Mobilna rewolucja w mediach: Wydawcy zaczynają nowe życie w cyfrowym świecie

Papierowa prasa nie umarła. Internet, który jeszcze do niedawna był uważany za głównego winowajcę upadku gazet, teraz może pomóc im odzyskać reklamodawców. Wydawcy wyszli z założenia, że zamiast bać się sieci, trzeba się nauczyć na niej zarabiać

– Marka „Financial Times” ma wzbudzać emocje – tymi słowami Ben Hughes, wiceprezes brytyjskiego wydawcy globalnego dziennika biznesowego „Financial Times”, rozpoczął swoje wystąpienie podczas wtorkowej konferencji zorganizowanej przez wydawcę dziennika „The Guardian” w Londynie.

Do hotelu Hilton Tower Bridge przyszło posłuchać go kilkaset osób z branży, bo FT to dziś punkt odniesienia dla wydawców szukających przychodów w mediach cyfrowych, do których coraz więcej czytelników migruje po darmową i szybką informację.

Więcej: Mobilna rewolucja w mediach: Wydawcy zaczynają nowe życie w cyfrowym świecie
Czytej też: iPad: Wydawcy prasy powinni się uczyć od Steve’a Jobsa, jak sprzedawać gazety w internecie
Drogi czytelniku, jeśli czytasz ten tekst w internecie, robisz to za darmo. Ale wydawcy prasy na całym świecie zadają sobie pytanie: ile byłbyś w stanie zapłacić za niego. Pojawienie się iPada może oznaczać rychły koniec darmowego dostępu do gazet online.
22 listopada 2010

Chris Anderson: prorok internetowego biznesu zapowiada kolejną przemysłową rewolucję

Chris Anderson, redaktor naczelny magazynu „Wired”, nie został jeszcze miliarderem, ale jego teorie mają ogromny wpływ na to, w jaki sposób będziemy mogli zarabiać pieniądze dzięki sieci. Właśnie pisze trzecią książkę, w której zapowiada kolejną przemysłową rewolucję, do której doprowadzi internet.

Chris Anderson, redaktor naczelny magazynu „Wired”, figuruje na liście płac swojego pracodawcy, amerykańskiego wydawcy Conde Nast, obok szefów takich pism, jak „Vogue” i „Vanity Fair”. Nie wyznacza jednak trendów w modzie jak Anna Wintour, szefowa „Vogue”, ani nie kreuje gwiazd niczym Graydon Carter w „Vanity Fair”. 49-letni szef „Wired” opisuje i wyznacza trendy w świecie internetu, nowych technologii i biznesu. W 2007 r. amerykański tygodnik „Time” zaliczył go do grona stu najbardziej wpływowych ludzi świata spośród naukowców i myślicieli. Sam nie zarobił miliardów, ale jego teorie mają ogromny wpływ na biznes i jego przyszłość.

Rozmawiamy w gabinecie Andersona w redakcji „Wired”, którą kieruje od 9 lat. W niedużym, jasnym pomieszczeniu, oprócz archiwalnych wydań magazynu, rzuca się w oczy wisząca na jednej ze ścian ogromna tablica zapisana wzorami i wykresami, jakby przed chwilą odbył się tu wykład z matematyki. Anderson, fizyk z wykształcenia, zanim zaczął karierę w dziennikarstwie, prowadził badania w laboratoriach Los Alamos w Nowym Meksyku. Dziś rozpisuje w akademickim stylu tezy swoich tekstów.

Anderson opowiada o swojej najnowszej książce, która w księgarniach ukaże się dopiero w 2012 r. Jego zdaniem w ciągu najbliższej dekady będziemy świadkami rewolucji w świecie produkcji dóbr. Dzięki temu, że technologie są coraz tańsze i dostępne niemal dla każdego, nastąpi odwrót od masowej produkcji, zdominowanej przez globalnych gigantów i sterowanej przez rządy czy instytucje. Rynek zasili produkcja niszowa. Zamiast kupować najnowszy model forda czy toyoty, dostępny na całym świecie, będzie można zamówić unikatowy, skrojony na miarę samochód. – To całkowicie zmieni świat, bo pozwoli na odejście od globalizacji, która obniżała koszty, lecz unifikowała produkcję, do globalizacji, która obniża koszty, ale wspiera i umacnia różnorodność, unikatowość – tłumaczy Anderson.

Więcej: Chris Anderson: prorok internetowego biznesu

21 lutego 2010

Kul Takanao Wadhwa: "Nowe pomysły dla Wikipedii to zdjęcia z komórki i filmy video"

Nie chcemy ograniczać Wikipedii tylko do słowa pisanego. Uważamy, że znakomitym uzupełnieniem materiałów pisanych w encyklopedii byłyby zdjęcia oraz filmy wideo umieszczane przez użytkowników. Dlatego pracujemy nad koncepcją dużej platformy multimedialnej, która pozwoliłaby im to robić - mówi w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną Kul Takanao Wadhwa, dyrektor zarządzający Wikimedia Foundation, do której należy największa internetowa encyklopedia świata Wikipedia.

MICHAŁ FURA:Nie tak dawno hiszpański naukowiec dr Felipe Ortega ogłosił, że w I kwartale tego roku z Wikipedii odeszło prawie 50 tys. redaktorów wolontariuszy, a jeśli tak dalej pójdzie, to zagrożony będzie dalszy rozwój całej interentowej encyklopedii. Czyżby Wikipedia umierała?


KUL TAKANAO WADHWA* Absolutnie nie. Wyliczenia, o których pan mówi, oparte zostały na błędnej analizie danych. Liczba redaktorów jest tak naprawdę stabilna od wielu lat i wynosi około 40 tys. osób w przypadku wersji anglojęzycznej. Z tej strony nie ma niebezpieczeństwa. Cały czas się rozwijamy: przybywa użytkowników, których jest już ponad 340 mln na całym świecie. Pogłoski o naszej śmierci są całkowicie przesadzone.

Ale nie zaprzeczy pan, że kiedyś o Wikipedii było głośno, a od jakiegoś czasu przestaliście być na ustach wszystkich? Dostaliście zadyszki?

Cóż – Wikipedia cały czas się rozwija, choć – i przyznajemy to otwarcie – nie rozwijamy się już tak dynamicznie, jak kiedyś.

Z czego to wynika? Ludziom znudziło się pisanie haseł do Wikipedii?

Powodów jest tak naprawdę kilka. Proszę sobie wyobrazić, że w Wikipedii jest już ponad 14 mln haseł, a ich liczba ciągle rośnie w tempie kilku tysięcy dziennie. Jednak wiele zagadnień zostało już po prostu dokładnie opisanych i wyczerpanych, co może wpływać na wolniejsze tempo rozwoju. Z drugiej strony trzeba też spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że pewnym hamulcem mogą być czynniki techniczne. Strona internetowa Wikipedii oraz cały system redagowania i tworzenia informacji powinien być prostszy i bardziej przyjazny dla ludzi. To mogłoby przyciągnąć nowe osoby do Wikipedii. Przy tak dużej skali i liczbie współpracowników na całym świecie wciąż gorącym tematem są kwestie związane z zasadami redagowania czy usuwania niektórych wpisów.

Jaką przyszłość widzi pan dla Wikipedii? Jak największa internetowa encyklopedia świata będzie wyglądać za pięć czy dziesięć lat?

Tego dokładnie nie wie nikt, ale wiemy, w jakim kierunku chcemy iść. Nasz cel – zebranie całej wiedzy na świecie w jednym miejscu – się nie zmienił. Zmieniły się natomiast sposoby, w jaki ludzie tę wiedzę przekazują i z niej korzystają. Gdy ruszała Wikipedia, korzystaliśmy z internetu głównie za pomocą komputera, dziś wiemy, że przyszłość to internet mobilny, z którego korzystać będziemy nie tylko za pomocą telefonów komórkowych, ale także innych przenośnych urządzeń. Strategia naszego rozwoju brzmi więc tak: jakkolwiek ludzie chcieliby w przyszłości korzystać z Wikipedi, jako czytelnicy i twórcy, musimy im dać taką możliwości. Zastanawiamy się więc, jakie aplikacje stworzyć, by pozwalały w różny sposób wykorzystywać zasoby Wikipedii. Nie chcemy też ograniczać Wikipedii tylko do słowa pisanego. Uważamy, że znakomitym uzupełnieniem materiałów pisanych w encyklopedii byłyby zdjęcia oraz filmy wideo umieszczane przez użytkowników. Dlatego pracujemy nad koncepcją dużej platformy multimedialnej, która pozwoliłaby im to robić.

*dyrektor zarządzający Wikimedia Foundation, do której należy największa internetowa encyklopedia świata Wikipedia.

WIĘCEJ: Kul Takanao Wadhwa: "Nowe pomysły dla Wikipedii to zdjęcia z komórki i filmy video"

21 lutego 2010

„Wprost” ma przynieść zysk, ale nie wiadomo kiedy

Sprzedaż nieco powyżej 100 tys. egzemplarzy, zwiększenie wpływów reklamowych i 10 mln zł zysku – to pierwsze plany nowego właściciela „Wprost”. Nie wiadomo tylko, kiedy mają być zrealizowane.

– Mam dokładną wizję tego, jak powinien wyglądać „Wprost”. Ale nie możemy opierać się tylko na niej. Najpierw musimy zrobić dokładne badania i analizy – mówi DGP Michał M. Lisiecki, prezes i założyciel Platformy Mediowej Point Group. Michał Lisiecki przejął „Wprost” niewiele ponad miesiąc temu od jego założycieli, rodziny Królów.

Pracami nad nową strategią kieruje Jacek Rakowiecki, szef należącego do PMPG miesięcznika „Film”, a wcześniej naczelny m.in. „Vivy” i „Przekroju”. W piątek PMPG poinformowała, że rozpoczęła rekrutację osoby na stanowisko dyrektora marketingu i strategii „Wprost”. Ale kiedy rynek ujrzy nowe oblicze tygodnika, na razie nie wiadomo. – Chciałbym, żebyśmy zdążyli jeszcze przed wakacjami. Ale to nie jest pewny termin – przyznaje szef PMPG.

zef PMPG nie ujawnia sytuacji finansowej „Wprost”. Z danych firmy Expert Monitor wynika, że po trzech kwartałach zeszłego roku cennikowe przychody reklamowe tygodnika wyniosły 49 mln zł. Według Presserwisu strata netto AWR Wprost, spółki wydającej tygodnik, na koniec lipca sięgnęła 4,5 mln zł. Nad wydawcą wiszą też wyroki – choćby 5 mln dol. w przegranym procesie z córką byłego premiera Włodzimierza Cimoszewicza. Michał Lisiecki negocjuje właśnie ugodę w tej sprawie. Mówi, że w nieodległej, średniookresowej perspektywie spółka jest w stanie przynosić około 10 mln zł zysku rocznie. – A to, stosując klasyczną wycenę, dawałoby około 100 mln zł wartości „Wprost”. To najbardziej realna wartość tytułu, do której będziemy dążyć – twierdzi Michał Lisiecki.

21 lutego 2010

Najwięksi wydawcy chcą sprzedawać e-prasę za pośrednictwem czytnika eClicto

Najwięksi wydawcy prasy w Polsce szykują się do walki o czytelników za pomocą elektronicznych czytników. Agora, Axel Springer Polska, INFOR PL i Murator rozmawiają z Kolporterem, jednym z czołowych firm dystrybucji prasy na polskim rynku, o współpracy przy sprzedaży e-prasy za pośrednictwem czytnika eClicto. Chcą, by ich oferta pojawiła się w kolejnych wersjach urządzenia, które będzie miało dostęp do internetu i pojawi się na rynku w tym roku. – Zainteresowanie jest ogromne, ale nie mogę mówić o szczegółach – mówi Maciej Topolski, rzecznik Kolportera.

Więcej: Najwięksi wydawcy chcą sprzedawać e-prasę za pośrednictwem czytnika eClicto

21 lutego 2010

Facebook może przegonić Naszą - klasę już za trzy lata

Reklamy irytują aż 68 proc. użytkowników serwisów społecznościowych - mówi w wywiadze dla Dziennika Gazety Prawnej, Tomasz Rzepniewski, szef MEC Interaction

Facebook, największy serwis społecznościowy na świecie, ma coraz więcej użytkowników w Polsce, a niektórzy twierdzą, że wkrótce pokona Naszą-Klasę. Jakie jest pana zdanie?

TOMASZ RZEPNIEWSKI: To możliwe, ale wcale nie jest takie oczywiste. Dziś Face- book ma w Polsce ponad 3 mln użytkowników, a Nasza-Klasa – ponad 11 mln. To ogromna różnica, której nie da się tak szybko zmniejszyć. Wprawdzie Facebook zakłada, że w tym roku zdobędzie 8–10 mln użytkowników w Polsce, ale nie wydaje mi się to realne. Bardzo dobrym wynikiem będzie 6 mln. W dłuższej perspektywie uważam natomiast, że ta proporcja będzie zmieniać się na korzyść Facebooka. Nie przegoni on jednak Naszej-Klasy pod względem liczby użytkowników ani w tym, ani w przyszłym roku. Obstawiam, że najbardziej realna perspektywa to ok. 3–5 lat.

Dlaczego miałoby to mu zająć aż tyle czasu? I jak Facebook będzie zdobywał polski rynek – odbierając użytkowników Naszej-Klasie czy raczej przyciągając nowe osoby?

W grę wchodzić będzie i jedno, i drugie. Trzeba zdawać sobie sprawę, jak bardzo różni są dziś użytkownicy obu serwisów. Z Facebooka korzystają przede wszystkim mieszkańcy miast, osoby lepiej wykształcone, znające języki, bardziej świadome, jeśli chodzi o korzystanie z internetu, przeważnie młode. Z kolei w Naszej-Klasie mamy prawdziwy przekrój polskiego społeczeństwa. Mówiąc językiem reklamy, jest tam praktycznie każdy target, można więc zrobić niemal każdą kampanię. Sporą grupę stanowią osoby, które dzięki Naszej-Klasie w ogóle odkryły internet, ale też poza ten serwis praktycznie nie wyszły. Są tacy, którzy nie wiedzą nawet, że można wysyłać do siebie wiadomości inaczej niż za pośrednictwem Naszej-Klasy. Są też oczywiście tacy, którzy są bardziej otwarci, poszukują nowych rozwiązań i serwisów. Na ich przejęcie może liczyć Facebook, który z czasem będzie też stawał się bardziej polski i popularny. Jednak pewnych grup użytkowników z pewnością nigdy od Naszej-Klasy nie przejmie. Dlatego innym sposobem na rozwój będzie przyciąganie młodych osób, które zaczynają korzystać z internetu, lub takich, które już w nim są, ale jeszcze nie przekonały się do serwisów społecznościowych. 

Więcej: Facebook może przegonić Naszą-klasę już za trzy lata

http://forsal.pl/artykuly/394475,facebook_moze_przegonic_nasza_klase_juz_za_trzy_lata.html

17 grudnia 2009

Jak Rupert Murdoch walczy z Google

Mój tekst z piątkowego magazynu Dziennika Gazety Prawnej o wojnie Ruperta Murdocha z Googlem:

Niedziela 22 listopada tego roku nie była dniem dobrych wiadomości dla prezesa Google’a Erica Schmidta i dwóch twórców internetowej wyszukiwarki – Larry’ego Page’a i Siergieja Brina. O godzinie 15 czasu kalifornijskiego na swoich stronach internetowych dziennik Financial Times opublikował informację zapowiadającą groźny dla Google’a sojusz. Tytuł brzmiał: „Microsoft namawia News Corp. do wycofania swoich treści z wyszukiwarki Google”.
Reporterzy dziennika dowiedzieli się o tajnych rozmowach między kierowanym przez Steve’a Ballmera Microsoftem a jednym z największych koncernów medialnych świata, News Corp., kontrolowanym przez Ruperta Murdocha. W efekcie miałby on przenieść wszystkie linki do artykułów ze swoich gazet z Google’a do należącej do Microsoftu wyszukiwarki Bing. A Steve Ballmer, by mu jeszcze za to zapłacił. Mógłby powstać sojusz zdolny zachwiać nienaruszoną pozycją Google’a w świecie internetu. Dla świata biznesu, zwłaszcza mediów i technologii, to informacja tej wagi, jakby w czasach zimnej wojny wyszło na jaw, że Związek Radziecki namawia Wspólnotę Europejską do paktu przeciwko USA.

Krok News Corp. i Microsoftu to efekt toczącej się od wielu miesięcy medialnej wojny, w której Murdoch, popierany przez innych wydawców prasy na świecie, zarzuca serwisom internetowym z Google’em na czele, że okradają spółki prasowe z artykułów i zdjęć. I czerpią z tego kolosalne zyski, często kosztem umierających gazet. Dotychczas kończyło się tylko na słowach. Tym razem News Corp. zyskał potężnego sprzymierzeńca. Microsoft to wielki gracz na rynku technologii, który ma własne porachunki z Google'em. Wykorzystując wojnę wydawców, chciałby ubić własny interes. To kolejna faza jednego z najciekawszych sporów biznesowych XXI wieku, którego efekty obchodzić powinny każdego z nas. Od wyników tej wojny zależy bowiem, w jaki sposób będziemy korzystać w przyszłości z internetu i co w nim w znajdziemy. A wyrażając się precyzyjniej – co użytecznego i wartościowego będziemy mogli w nim znaleźć zupełnie za darmo.

Całość tutaj: Murdoch na wojnie z Google

30 listopada 2009

Podkański: Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć - mówi Wiesław Podkański prezes Izby Wydawców Prasy.

Magnat prasowy Rupert Murdoch namawia wydawców w USA, by wycofywali treści z serwisów Google. Dwóch małych wydawców już tak zrobiło. Co zrobiliby wydawcy w Polsce, gdyby Murdoch zwrócił się z podobną prośbą?


Zapytalibyśmy, co oferuje nam w zamian. Izba mogłaby rekomendować rozwiązania, ale nie może wpływać na decyzje wydawców. Sprawa jest bardzo złożona. Serwis Google News, który linkuje do artykułów wydawców, jest w USA bardzo silny i to głównie w niego wymierzony jest sprzeciw News Corp. W Polsce ma znikomy udział w rynku. Natomiast wyszukiwarka Google generuje sporo ruchu na stronach wydawców. Zrezygnowanie z niej – w sytuacji monopolu Google – mogłoby być wylaniem dziecka z kąpielą. Trzasnąć drzwiami można łatwo, ale co potem? Choć nikt nie wie, jak zakończy się inicjatywa szefa News Corp., jest bardzo cenna, bo wywołała dyskusję na temat jednego z najważniejszych problemów branży, czyli zasad dystrybucji treści. Przyczynia się też do zmiany świadomości branży internetowej. Chciałbym powiedzieć wyraźnie, że wydawcy prasy chcą być w internecie i rozwijać w nim ofertę, ale nie godzą się na to, by być traktowani jak dojne krowy. A tak właśnie jest, jeśli portale i mniejsze serwisy wykorzystują nieodpłatnie treści tworzone przez wydawców i zarabiają dzięki temu masę pieniędzy. Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć. Ich wytworzenie kosztuje, a ciężar spoczywa na wydawcach.

Jakie rozwiązania satysfakcjonowałyby wydawców – opłaty za wykorzystane treści, udział w przychodach reklamowych?

Mogą być i takie, i takie. Właśnie na ten temat chcemy rozmawiać z branżą internetową, ale gdy zwróciliśmy się z tą sprawą do portali, nabrały wody w usta. Umowy portali z wydawcami to też mit. Spośród członków Izby nie ma ich większość wydawców. A w przypadku tych, którzy już je mają, portale często nie zamieszczają odpowiednich linków.

Więcej:Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

30 listopada 2009

Internet mobilny: Polska może być drugą Japonią

Rozmowa z CHRISTOPHEREM BILLICHEM, analitykiem japońskiej firmy Infinita, specjalizującej się w analizie rynku mobilnego.

W Japonii internet w komórkach jest tak dostępny, jak woda w kranie. Z pana prezentacji podczas niedawnego IAB Forum w Warszawie wynika, że używa go 9 na 10 użytkowników telefonów komórkowych. W Polsce jest odwrotnie. Co powinniśmy zrobić, by być drugą Japonią?
Można zrobić bardzo wiele. Kształt japońskiego rynku wynika z panujących na nim regulacji oraz polityki operatorów. Oczywiście, są pewne wyjątkowe rozwiązania, które trudno było przenieść do innych krajów. Jednym z nich jest ogromny i wyjątkowy w skali światowej wpływ japońskich operatorów na producentów telefonów komórkowych. Operatorzy w dużym zakresie decydują o tym, jakie funkcje mają telefony, jak duże są przyciski itp. Wszystko po to, by łatwo było korzystać z internetu. Inne rozwiązania są jednak absolutnie do przeniesienia.

Na przykład jakie?

Jest kilka rozwiązań, które mogą być zastosowane wszędzie. Po pierwsze, trzeba obniżyć ceny dostępu do mobilnego internetu oraz maksymalnie uprościć taryfy. Klienci zawsze chętniej korzystają z internetu w komórkach, jeśli dokładnie wiedzą, ile za niego płacą. W Europie takie podejście nie jest jeszcze standardem, choć trzeba przyznać, że wiele zmienia się na korzyść. Spore zmiany w podejściu do konstrukcji ofert i wprowadzenia stałych planów wymusiło na operatorach wprowadzenie na rynek iPhone’ów. Jednak jest jeszcze wiele do zrobienia.

Co musi się zmienić, by wydatki na marketing mobilny się zwiększyły? Nie tylko w Japonii, ale także innych krajach, w tym w Polsce?

Jest wiele rzeczy, które trzeba zrobić. Operatorzy, twórcy serwisów i agencje powinny pomyśleć, jak uprościć proces kupowania kampanii w kanałach mobilnych. Jeśli na rynku działa kilku operatorów, jest on skomplikowany i kosztowny.

Wciąż wiele musi się zmienić, jeśli chodzi o podejście do reklamy w komórkach osób decydujących w firmach o tym, gdzie trafiają pieniądze na reklamę. W Japonii na przykład wiele osób na takich stanowiskach jest w starszym wieku. O kanale mobilnym wiedzą niewiele i traktują go jako mało istotny lub mało użyteczny. Z drugiej strony, wśród użytkowników internetu w komórkach najsilniejszą grupą jest młodzież, a to niekoniecznie dobry target dla producentów drogich samochodów. Rozwinąć trzeba też technologie pozwalające na bardziej precyzyjne wyświetlanie reklam, dla klientów, którzy są nimi zainteresowani. Ostatnim wyzwaniem dla branży na całym świecie jest brak solidnych badań skuteczności kampanii w komórkach, dzięki którym można zachęcać kolejnych reklamodawców. Wskaźniki i badania, którymi posługuje się branża reklamy internetowej, niestety w komórkach absolutnie się nie sprawdza, bo korzystanie z internetu za pomocą komputera to coś całkowicie innego, niż korzystanie z internetu w komórce.

Więcej: Internet mobilny. Polska może być drugą Japonią (http://biznes.gazetaprawna.pl/wywiady/373922,internet_mobilny_polska_moze_byc_druga_japonia.html)

23 września 2009

Stworzony przez Polaków serwis ShareTheMusic.com chce konkurować z MySpace, YouTube i Last.fm

W drugiej połowie września w internecie rusza serwis ShareTheMusic.com, który chce walczyć o globalny rynek dystrybucji muzyki w internecie. Stworzyli go Polacy.

Mamy ambicje światowe i chcemy grać w tej samej lidze, co takie serwisy jak YouTube, MySpace czy Last.fm. Ale dziś nie mogę jeszcze powiedzieć, na jakiej zasadzie ma działać nasz serwis. Jest jeszcze na to za wcześnie — mówi DGP Tomasz Szladowski, prezes ShareTheMusic.com.com, który wcześniej założył działający na polskim rynku internetowy w sklep z muzyką Iplay.pl. Jak podkreśla, był to pierwszy w Europie Centralnej e-sklep z legalną muzyką.

Szczegóły ShareTheMusic — jak zapewnił — spółka ujawni już niebawem, bo w drugiej połowie września serwis ma wystartować. Na razie trwają końcowe testy wśród wybranych użytkowników. Już na samym początku serwis dostępny będzie w siedmiu wersjach językowych, ale ich liczba będzie coraz większa.

Oprócz Tomasza Szladowskiego w projekt zainwestowało jeszcze kilka prywatnych osób. Prace nad jego uruchomieniem trwały blisko 1,5 roku.

Jak wskazuje sama nazwa serwisu „Sharethemusic” — serwis może pozwalać użytkownikom na dzielenie się muzyką. Nie wiadomo jednak, na jakich zasadach. Tomasz Szladowski mówi dziś tylko, że ShareTheMusic.com nie ma swojego odpowiednika na świecie.

— Jestem przeciwnikiem kopiowania serwisów już istniejących. ShareTheMusic.com jest unikatowy w skali światowej. Nasza propozycja nie ma na razie bezpośredniej konkurencji. Zdecydowaliśmy, że będziemy działać globalnie, by osiągnąć rentowność. Sam polski rynek jest na to za mały — podkreśla.

Dystrybucja muzyki w internecie to coraz poważniejsze źródło przychodów przemysłu muzycznego na całym świecie. W ubiegłym na całym świecie wydano na muzykę około 3,7 mld dol., w tym 20 proc. pochodziła ze sprzedaży muzyki w sieci. Wśród najbardziej znanych e—sklepów są należący do Apple iTunes Music Store, ale swoich sił próbują też konkurenci — na przykład Nokia Music Store.

W Polsce sprzedaż muzyki w sieci, według branży i ZPAV sięgać może około 4 proc. całego rynku, który w ubiegłym roku szacowany był na 270,3 mln zł. Utwory cyfrowe oferuje też coraz więcej sklepów, wśród których jest Iplay.pl, Soho.pl, należąca do Polkomtela sklep Muzodajnia.pl, czy także działająca od niedawna Nokia Music Store. Inny sposób zarabiania w tym biznesie przyjął natomiast serwis społecznościowy MySpace, należący do News Corp. Ruperta Murdocha, który przyciąga głównie fanów muzyki. Swoje profile ma w nim wiele zespołów, które często udostępniają tam swoją muzykę, a przychody serwisu pochodzą z reklam.

Więcej o tym, jak działać ma ShareTheMusic.com: Polska spółka wchodzi na światowy rynek muzyki w sieci

25 czerwca 2009

Chris Anderson promuje FREE. Wydawcy prasy powinni brać przykład!

Najnowsza książka Chrisa Andersona, redaktora naczelnego magazynu WIRED, zatytułowana ZERO: The Future of Radical Price, ma pojawić się na rynku w lipcu. Zgodnie z ideą opisywaną w książce oferta darmowa to sposób na zainteresowanie i przyciągnięcie klientów, by zaoferować im coś extra — za co już będą chcieli zapłacić. 99 proc. oferuj więc za darmo — twierdzi Anderson — by zarobić na tym 1 procencie, który będziesz sprzedawał. W przypadku jego książki za darmo dostępna będzie będzie jej wersja cyfrowa, ale hardcover czy ładnie wydany audiobook będą już kosztować.

Autor zaczął właśnie promować książkę w sieci. To, jak to robi, może być inspiracją dla wszystkich, którzy stale szukają sposobów zarabiania na rynku — powiedzmy — cyfrowego nadmiaru treści.

Już przy The Long Tail, książki która przyniosła Andersonowi sławę, wykorzystywał on skutecznie w tym celu internet. Wówczas 200 egzemplarzy książki — jak przypomina Anderson — wysłano do bloggerów, którzy obiecali, że ją przeczytają i zamieszczą recenzje, tworząc tzw. długi ogon recenzji. Zadziałało świetnie — jak twierdzi autor — ale czasy się zmieniły (Long Tail ukazało się w 2004 roku, czyli w przypadku internetu lata świetlne temu). Dlatego tym razem rozdawnictwo będzie wielokanałowe. Choć egzemplarzy Anderson rozda nie 200, a 150.

Na swoim blogu Anderson wyjaśnia na czym polegać ma nowy sposób:
„We want to give books to people who will spread the word — as with free digital forms, we think that free is the best form of marketing. Convince us that you’ve got megaphone, microphone od at least know people who know people and we’ll send you a singed book, weeks ahead of publication” — zachęca na swoim blogu.
Są więc dwa sposoby, by otrzymać FREE przed premierą. Anderson zachęca:
1)    Impress us with your cool friends (you get four books!)
2)    Impress us with your social media skillz (you get one book).

W pierszym przypadku trzeba np. napisać mejla o takiej treści (wypełniając oczywiście puste pola):
Subject: Four books please!
I’m___ and I actually know___(impressive person 1)__,__ (less impressive person 2)__and__(impressive to me even if you’ve never heard of them person 3)__. In fact, I know them so well that I know where they live! (Or at least I can ask them for their mailing address). Send me four signed books, and I”ll keep one and send the other along with a personal note from me.
My mailling adress is…

Powiedzmy sobie szczerze, że najnowsza książka Andersona już takiej promocji nie potrzebuje. Autor jest tak znany, że tytuł rozejdzie się, jak świeże bułeczki. Anderson testuje więc sobie internet, jako narzędzie do budowania popytu. Ucieszył się na pewno Malcolm Gladwell, widząc, że opisana przez niego grupa osób zwanych mavenami i łącznikami (mavens, connectors) w książkce Tipping Point, została tu wskazana przez Andersona, jako ta, którą trzeba się pochwalić, by dostać FREE przed premierą.

Autor FREE dotyka też problemu, który mają np. wydawcy prasy. Jak w świecie darmowej informacji, czyli w internecie, zbudować popyt na swoje treści? Jak budować markę w internecie, by przyciągać użytkowników do swoich serwisów i przekonać ich, że część treści (przynajmniej część) jest na tyle wartościowa, że trzeba za nie płacić?
21 listopada 2008

Sprytna Jolie i przebiegły Pitt redagują amerykańskie magazyny

Redaktorzy naczelni kolorowych magazynów o gwiazdach wielokrotnie wywoływani do tablicy zastrzegają, że wszystko, co wychodzi spod ich ręki o sławnych, pięknych i bogatych, to prawda, prawda i tylko prawda. To oczywiście nie do końca prawda, bo wiadomo, że kolorową prasą rządzą ustawki lub wywiady redagowane są często nie przez redaktora, lecz sztab pijarowców. Gwiazdy współpracują z magazynami, bo im się to opłaca, a wydawcy z gwiazdami — bo im się to opłaca. Symbioza.

Trudno mieć jednak o to pretensje do polskich magazynów, gdy wiadomo, jak to się robi w Ameryce. Fajny tekst publikuje o tym dzisiejszy THE NEW YORK TIMES, w którym przeczytać można jak o kontakty z kolorową prasą dba Angelina Jolie i Brad Pitt. A w zasadzie — jak Jolie i Pitt redagują kolorowe amerykańskie magazyny, gdy te piszą na ich temat.

To, że aktorzy zgarnęli 14 mln dol. od magazynu People za eksluzywną sesję z nowonarodzonym dzieckiem, to w zasadzie nic wielkiego. To, co naprawdę ciekawe, to kulisy tej transakcji i wielu poprzednich.

Jolie bardzo skrupulatnie dba o swój wizerunek. Chcecie extra materiał, proszę bardzo. Ale na moich warunkach — mówi wydawcom. A ci się zgadzają. Jednak ingerencja aktorki nie ogranicza się tylko do charakteru sesji, ale także wydźwięku tekstu, który opublikuje magazyn, tematów, o które pytać nie wolno, a nawet zwrotów, których używać nie można (para nie lubi określenia Brangelina, więc w People podobno ani razu słowo nie pada). Magazyn chce mieć wyłączność, więc się zgadza (sprzedaż People z sesją za 14 mln dol., była największa w ciągu ostatnich 7 lat). Ale w zasadzie nie może się nie zgodzić, jeśli chce się być w grze. Inaczej materiał dostanie konkurencja, która przyjmie wszystkie warunki. Dzięki temu, gwiazdy z taką pozycją jak Jolie i Pitt (dla których nie istnienie czynnik ekonomicznego przymusu do czegokolwiek), mogą dokładnie kontrolować swój wizerunek.

Według NYT poziom uwielbienia dla Angeliny Jolie, badany przez Marketing Evaluations, wzrósł w ciągu ostnich ośmiu lat z 13 proc. do 24 proc., podczas gdy średnia dla aktorek t0 18.

— She’s scary smart,” mówi Bonnie Fuller, były wydawca magazynów Us Weekly i Star. — But smart only takes you so far. She also has an amazing knack, perhaps more than any other star, for knowing how to shape a public image.
22 stycznia 2008

Wiem, że nic nie wiem, czyli rozmowa z Elżbietą Kruk

W dzisiejszej GW świetna rozmowa Agnieszki Kublik z byłą przewodniczącą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a dziś posłanką PiS, Elżbietą Kruk. Krótka, ale za to, jakże dużo mówiąca! Nie ma to jak właściwy człowiek na właściwym miejscu. Na wszelki wypadek przeklejam:

Agnieszka Kublik: PO chce w ustawie medialnej zapisać, że kandydaci do KRRiT muszą mieć co najmniej dwie rekomendacje ogólnopolskich stowarzyszeń twórczych, dziennikarskich lub uczelni akademickich. To dobry pomysł?
Elżbieta Kruk: To nic nowego. Kiedy powoływaliśmy rady nadzorcze, też wymagaliśmy takich rekomendacji i takie osoby weszły w skład rad.

Pamięta pani, ile osób z takimi rekomendacjami weszło np. do rady nadzorczej TVP?

- Nie.

Dwie. Janusz Niedziela z rekomendacją Amerykańsko-Polsko-Żydowskiej Fundacji "Szalom" i Zbigniew Cieślak ze Stowarzyszenia na rzecz Swobód Obywatelskich.

- Aha. Nie wybraliśmy osób rekomendowanych przez stowarzyszenia twórcze, bo nie miały uprawnień do zasiadania w radach nadzorczych, to by było łamanie prawa.

Ależ powiedziała pani, że wybraliście i dlatego pomysł PO oceniała pani jako "nic nowego".

- To może chcieliśmy powołać osoby z rekomendacjami, ale nam się nie udało. Chce pani, by Krajowa Rada łamała prawo. Ustawa wymaga od kandydatów dyplomu ukończenia kursu dla członków rad nadzorczych.

A konkretnie która ustawa?

- Teraz dokładnie nie pamiętam. Chyba ustawa o Krajowej Radzie.

Nie.

- To nie wiem, jaka.

Żadna. Pewnie się pani pomyliło z ustawą o przedsiębiorstwach państwowych przeznaczonych do komercjalizacji lub prywatyzacji. Dyplom ukończenia kursu dla członków rad nadzorczych muszą mieć jedynie członkowie rad takich właśnie przedsiębiorstw państwowych. Nie dotyczy to spółek skarbu państwa. Do tej pory praktyka była taka, że członkowie kończyli ten kurs po wejściu do rady.

- Nie rozumiem, czego pani ode mnie chce?

Komentarza do pomysłu PO.

- No to go nie mam. (Kruk się rozłącza).

---