rssdodaj RSS
---Prasa - Michał Fura
21 lutego 2010

„Wprost” ma przynieść zysk, ale nie wiadomo kiedy

Sprzedaż nieco powyżej 100 tys. egzemplarzy, zwiększenie wpływów reklamowych i 10 mln zł zysku – to pierwsze plany nowego właściciela „Wprost”. Nie wiadomo tylko, kiedy mają być zrealizowane.

– Mam dokładną wizję tego, jak powinien wyglądać „Wprost”. Ale nie możemy opierać się tylko na niej. Najpierw musimy zrobić dokładne badania i analizy – mówi DGP Michał M. Lisiecki, prezes i założyciel Platformy Mediowej Point Group. Michał Lisiecki przejął „Wprost” niewiele ponad miesiąc temu od jego założycieli, rodziny Królów.

Pracami nad nową strategią kieruje Jacek Rakowiecki, szef należącego do PMPG miesięcznika „Film”, a wcześniej naczelny m.in. „Vivy” i „Przekroju”. W piątek PMPG poinformowała, że rozpoczęła rekrutację osoby na stanowisko dyrektora marketingu i strategii „Wprost”. Ale kiedy rynek ujrzy nowe oblicze tygodnika, na razie nie wiadomo. – Chciałbym, żebyśmy zdążyli jeszcze przed wakacjami. Ale to nie jest pewny termin – przyznaje szef PMPG.

zef PMPG nie ujawnia sytuacji finansowej „Wprost”. Z danych firmy Expert Monitor wynika, że po trzech kwartałach zeszłego roku cennikowe przychody reklamowe tygodnika wyniosły 49 mln zł. Według Presserwisu strata netto AWR Wprost, spółki wydającej tygodnik, na koniec lipca sięgnęła 4,5 mln zł. Nad wydawcą wiszą też wyroki – choćby 5 mln dol. w przegranym procesie z córką byłego premiera Włodzimierza Cimoszewicza. Michał Lisiecki negocjuje właśnie ugodę w tej sprawie. Mówi, że w nieodległej, średniookresowej perspektywie spółka jest w stanie przynosić około 10 mln zł zysku rocznie. – A to, stosując klasyczną wycenę, dawałoby około 100 mln zł wartości „Wprost”. To najbardziej realna wartość tytułu, do której będziemy dążyć – twierdzi Michał Lisiecki.

21 lutego 2010

Najwięksi wydawcy chcą sprzedawać e-prasę za pośrednictwem czytnika eClicto

Najwięksi wydawcy prasy w Polsce szykują się do walki o czytelników za pomocą elektronicznych czytników. Agora, Axel Springer Polska, INFOR PL i Murator rozmawiają z Kolporterem, jednym z czołowych firm dystrybucji prasy na polskim rynku, o współpracy przy sprzedaży e-prasy za pośrednictwem czytnika eClicto. Chcą, by ich oferta pojawiła się w kolejnych wersjach urządzenia, które będzie miało dostęp do internetu i pojawi się na rynku w tym roku. – Zainteresowanie jest ogromne, ale nie mogę mówić o szczegółach – mówi Maciej Topolski, rzecznik Kolportera.

Więcej: Najwięksi wydawcy chcą sprzedawać e-prasę za pośrednictwem czytnika eClicto

17 grudnia 2009

Jak Rupert Murdoch walczy z Google

Mój tekst z piątkowego magazynu Dziennika Gazety Prawnej o wojnie Ruperta Murdocha z Googlem:

Niedziela 22 listopada tego roku nie była dniem dobrych wiadomości dla prezesa Google’a Erica Schmidta i dwóch twórców internetowej wyszukiwarki – Larry’ego Page’a i Siergieja Brina. O godzinie 15 czasu kalifornijskiego na swoich stronach internetowych dziennik Financial Times opublikował informację zapowiadającą groźny dla Google’a sojusz. Tytuł brzmiał: „Microsoft namawia News Corp. do wycofania swoich treści z wyszukiwarki Google”.
Reporterzy dziennika dowiedzieli się o tajnych rozmowach między kierowanym przez Steve’a Ballmera Microsoftem a jednym z największych koncernów medialnych świata, News Corp., kontrolowanym przez Ruperta Murdocha. W efekcie miałby on przenieść wszystkie linki do artykułów ze swoich gazet z Google’a do należącej do Microsoftu wyszukiwarki Bing. A Steve Ballmer, by mu jeszcze za to zapłacił. Mógłby powstać sojusz zdolny zachwiać nienaruszoną pozycją Google’a w świecie internetu. Dla świata biznesu, zwłaszcza mediów i technologii, to informacja tej wagi, jakby w czasach zimnej wojny wyszło na jaw, że Związek Radziecki namawia Wspólnotę Europejską do paktu przeciwko USA.

Krok News Corp. i Microsoftu to efekt toczącej się od wielu miesięcy medialnej wojny, w której Murdoch, popierany przez innych wydawców prasy na świecie, zarzuca serwisom internetowym z Google’em na czele, że okradają spółki prasowe z artykułów i zdjęć. I czerpią z tego kolosalne zyski, często kosztem umierających gazet. Dotychczas kończyło się tylko na słowach. Tym razem News Corp. zyskał potężnego sprzymierzeńca. Microsoft to wielki gracz na rynku technologii, który ma własne porachunki z Google'em. Wykorzystując wojnę wydawców, chciałby ubić własny interes. To kolejna faza jednego z najciekawszych sporów biznesowych XXI wieku, którego efekty obchodzić powinny każdego z nas. Od wyników tej wojny zależy bowiem, w jaki sposób będziemy korzystać w przyszłości z internetu i co w nim w znajdziemy. A wyrażając się precyzyjniej – co użytecznego i wartościowego będziemy mogli w nim znaleźć zupełnie za darmo.

Całość tutaj: Murdoch na wojnie z Google

30 listopada 2009

Podkański: Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć - mówi Wiesław Podkański prezes Izby Wydawców Prasy.

Magnat prasowy Rupert Murdoch namawia wydawców w USA, by wycofywali treści z serwisów Google. Dwóch małych wydawców już tak zrobiło. Co zrobiliby wydawcy w Polsce, gdyby Murdoch zwrócił się z podobną prośbą?


Zapytalibyśmy, co oferuje nam w zamian. Izba mogłaby rekomendować rozwiązania, ale nie może wpływać na decyzje wydawców. Sprawa jest bardzo złożona. Serwis Google News, który linkuje do artykułów wydawców, jest w USA bardzo silny i to głównie w niego wymierzony jest sprzeciw News Corp. W Polsce ma znikomy udział w rynku. Natomiast wyszukiwarka Google generuje sporo ruchu na stronach wydawców. Zrezygnowanie z niej – w sytuacji monopolu Google – mogłoby być wylaniem dziecka z kąpielą. Trzasnąć drzwiami można łatwo, ale co potem? Choć nikt nie wie, jak zakończy się inicjatywa szefa News Corp., jest bardzo cenna, bo wywołała dyskusję na temat jednego z najważniejszych problemów branży, czyli zasad dystrybucji treści. Przyczynia się też do zmiany świadomości branży internetowej. Chciałbym powiedzieć wyraźnie, że wydawcy prasy chcą być w internecie i rozwijać w nim ofertę, ale nie godzą się na to, by być traktowani jak dojne krowy. A tak właśnie jest, jeśli portale i mniejsze serwisy wykorzystują nieodpłatnie treści tworzone przez wydawców i zarabiają dzięki temu masę pieniędzy. Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć. Ich wytworzenie kosztuje, a ciężar spoczywa na wydawcach.

Jakie rozwiązania satysfakcjonowałyby wydawców – opłaty za wykorzystane treści, udział w przychodach reklamowych?

Mogą być i takie, i takie. Właśnie na ten temat chcemy rozmawiać z branżą internetową, ale gdy zwróciliśmy się z tą sprawą do portali, nabrały wody w usta. Umowy portali z wydawcami to też mit. Spośród członków Izby nie ma ich większość wydawców. A w przypadku tych, którzy już je mają, portale często nie zamieszczają odpowiednich linków.

Więcej:Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

25 czerwca 2009

Chris Anderson promuje FREE. Wydawcy prasy powinni brać przykład!

Najnowsza książka Chrisa Andersona, redaktora naczelnego magazynu WIRED, zatytułowana ZERO: The Future of Radical Price, ma pojawić się na rynku w lipcu. Zgodnie z ideą opisywaną w książce oferta darmowa to sposób na zainteresowanie i przyciągnięcie klientów, by zaoferować im coś extra — za co już będą chcieli zapłacić. 99 proc. oferuj więc za darmo — twierdzi Anderson — by zarobić na tym 1 procencie, który będziesz sprzedawał. W przypadku jego książki za darmo dostępna będzie będzie jej wersja cyfrowa, ale hardcover czy ładnie wydany audiobook będą już kosztować.

Autor zaczął właśnie promować książkę w sieci. To, jak to robi, może być inspiracją dla wszystkich, którzy stale szukają sposobów zarabiania na rynku — powiedzmy — cyfrowego nadmiaru treści.

Już przy The Long Tail, książki która przyniosła Andersonowi sławę, wykorzystywał on skutecznie w tym celu internet. Wówczas 200 egzemplarzy książki — jak przypomina Anderson — wysłano do bloggerów, którzy obiecali, że ją przeczytają i zamieszczą recenzje, tworząc tzw. długi ogon recenzji. Zadziałało świetnie — jak twierdzi autor — ale czasy się zmieniły (Long Tail ukazało się w 2004 roku, czyli w przypadku internetu lata świetlne temu). Dlatego tym razem rozdawnictwo będzie wielokanałowe. Choć egzemplarzy Anderson rozda nie 200, a 150.

Na swoim blogu Anderson wyjaśnia na czym polegać ma nowy sposób:
„We want to give books to people who will spread the word — as with free digital forms, we think that free is the best form of marketing. Convince us that you’ve got megaphone, microphone od at least know people who know people and we’ll send you a singed book, weeks ahead of publication” — zachęca na swoim blogu.
Są więc dwa sposoby, by otrzymać FREE przed premierą. Anderson zachęca:
1)    Impress us with your cool friends (you get four books!)
2)    Impress us with your social media skillz (you get one book).

W pierszym przypadku trzeba np. napisać mejla o takiej treści (wypełniając oczywiście puste pola):
Subject: Four books please!
I’m___ and I actually know___(impressive person 1)__,__ (less impressive person 2)__and__(impressive to me even if you’ve never heard of them person 3)__. In fact, I know them so well that I know where they live! (Or at least I can ask them for their mailing address). Send me four signed books, and I”ll keep one and send the other along with a personal note from me.
My mailling adress is…

Powiedzmy sobie szczerze, że najnowsza książka Andersona już takiej promocji nie potrzebuje. Autor jest tak znany, że tytuł rozejdzie się, jak świeże bułeczki. Anderson testuje więc sobie internet, jako narzędzie do budowania popytu. Ucieszył się na pewno Malcolm Gladwell, widząc, że opisana przez niego grupa osób zwanych mavenami i łącznikami (mavens, connectors) w książkce Tipping Point, została tu wskazana przez Andersona, jako ta, którą trzeba się pochwalić, by dostać FREE przed premierą.

Autor FREE dotyka też problemu, który mają np. wydawcy prasy. Jak w świecie darmowej informacji, czyli w internecie, zbudować popyt na swoje treści? Jak budować markę w internecie, by przyciągać użytkowników do swoich serwisów i przekonać ich, że część treści (przynajmniej część) jest na tyle wartościowa, że trzeba za nie płacić?
21 listopada 2008

Sprytna Jolie i przebiegły Pitt redagują amerykańskie magazyny

Redaktorzy naczelni kolorowych magazynów o gwiazdach wielokrotnie wywoływani do tablicy zastrzegają, że wszystko, co wychodzi spod ich ręki o sławnych, pięknych i bogatych, to prawda, prawda i tylko prawda. To oczywiście nie do końca prawda, bo wiadomo, że kolorową prasą rządzą ustawki lub wywiady redagowane są często nie przez redaktora, lecz sztab pijarowców. Gwiazdy współpracują z magazynami, bo im się to opłaca, a wydawcy z gwiazdami — bo im się to opłaca. Symbioza.

Trudno mieć jednak o to pretensje do polskich magazynów, gdy wiadomo, jak to się robi w Ameryce. Fajny tekst publikuje o tym dzisiejszy THE NEW YORK TIMES, w którym przeczytać można jak o kontakty z kolorową prasą dba Angelina Jolie i Brad Pitt. A w zasadzie — jak Jolie i Pitt redagują kolorowe amerykańskie magazyny, gdy te piszą na ich temat.

To, że aktorzy zgarnęli 14 mln dol. od magazynu People za eksluzywną sesję z nowonarodzonym dzieckiem, to w zasadzie nic wielkiego. To, co naprawdę ciekawe, to kulisy tej transakcji i wielu poprzednich.

Jolie bardzo skrupulatnie dba o swój wizerunek. Chcecie extra materiał, proszę bardzo. Ale na moich warunkach — mówi wydawcom. A ci się zgadzają. Jednak ingerencja aktorki nie ogranicza się tylko do charakteru sesji, ale także wydźwięku tekstu, który opublikuje magazyn, tematów, o które pytać nie wolno, a nawet zwrotów, których używać nie można (para nie lubi określenia Brangelina, więc w People podobno ani razu słowo nie pada). Magazyn chce mieć wyłączność, więc się zgadza (sprzedaż People z sesją za 14 mln dol., była największa w ciągu ostatnich 7 lat). Ale w zasadzie nie może się nie zgodzić, jeśli chce się być w grze. Inaczej materiał dostanie konkurencja, która przyjmie wszystkie warunki. Dzięki temu, gwiazdy z taką pozycją jak Jolie i Pitt (dla których nie istnienie czynnik ekonomicznego przymusu do czegokolwiek), mogą dokładnie kontrolować swój wizerunek.

Według NYT poziom uwielbienia dla Angeliny Jolie, badany przez Marketing Evaluations, wzrósł w ciągu ostnich ośmiu lat z 13 proc. do 24 proc., podczas gdy średnia dla aktorek t0 18.

— She’s scary smart,” mówi Bonnie Fuller, były wydawca magazynów Us Weekly i Star. — But smart only takes you so far. She also has an amazing knack, perhaps more than any other star, for knowing how to shape a public image.
20 marca 2008

Jak archiwa mogą pomóc wydawcom w walce o internautów

Podczas gdy wydawcy zawracają sobie dziś głowę, jak najlepiej wykorzystywać narzędzia Web 2.0, powinni najpierw sięgnąć po to, czego nie ma nikt poza nimi. Czyli bogate archiwa. I ponownie zrobić z tego atut.

NEW YORK TIMES napisał ciekawy tekst o tym, jak wydawcy magazynów i gazet zauważyli, że odpowiedź na to jak rozkwitnąć w Internecie, znaleźć można sięgając w przeszłości. A dokładniej - po to, czego oprócz prasy nie ma nikt inny, czyli bogate archiwa. „Stare materiały mogą tchnąć nowego ducha w wydawców próbujących rozwijać się w sieci, jako tani sposób na zainteresowanie czytelników, a za nimi — reklamodawców i ich pieniądze.” — piszę NYT.

Choćby Sport Illustrated, sportowe pismo z historią, które konkuruje z ESPN, Yahoo Sports czy innymi graczami w internecie, ale — w odróżnieniu od nich — ma coś unikalnego: liczące 53 lata archiwum tekstów i zdjęć, większość z okresu, w którym to magazyny dominowały w sportowym dziennikarstwie. Do prezentacji swojego pokaźnego archiwum, wydawca uruchomił specjalny serwis Vault, korzystanie z którego jest bezpłatne. Kierownictwo liczy, że wprowadzenie archiwum przyciągnie 5 mln nowych użytkowników — obecnie jest ich 6 mln.

Dziennik przypomina, że wielu wydawców wciąż oferuje bardzo ograniczony dostęp do swoich archiwum, a ci którzy to robią — każą sobie za to płacić. Na przykład WASHINGTON POST czy THE ATLANTIC MONTLY.

Menedżerowie SI prognozują, że platforma Vault będzie przynosić 5 proc. przychodów on—line w pierwszym roku działalności. Szefowie należącego do wydawnictwa Hearst magazynu Popular Mechanics przyznali, że około 35 proc. jego czytelników internetowych odwiedza serwis przez darmowe archiwum. Jak skuteczne w przyciąganiu internautów mogą być archiwa dobitnie pokazał przykład amerykańskiego Newsweeka — gdy wydawca otworzył je tylko dla tych, którzy prenumerują wydanie papierowe, czytelników było niewielu; gdy natomiast zdecydował się jednak na pełne otwarcie dla wszystkich, liczba odwiedzających urosła czterokrotnie.
21 stycznia 2008

Pierwsza ofara Polski

Jest pierwsza ofiara wejścia na rynek Polski, ogólnopolskiego dziennika Polskapresse, opartego na sześciu tytułach regionalnych wydawcy. To Mediatak, dom mediowy prasy regionalnej, który zajmował się sprzedażą reklam dla tytułów Polskapresse, Mediów Regionalnych oraz Rhenische — Bergische. Wczoraj udziałowcy poinformowali, że Mediatak zniknie z rynku w drodze likwidacji.

O tym, że tak będzie, spekulowano odkąd Polskapresse zdecydowało się na wydanie ogólnopolskiego dziennika Polska bez udziału Mediów Regionalnych. Spółka należąca do brytyjskiego Mecomu (ma 51 proc. udziałów w Rzeczpospolitej) odmówiła współpracy, bo uznała, że projekt Polski nie ma szans i może zagrozić jej tytułom w regionach. Polskapresse odpowiedziała wówczas, że jej dziennik będzie też alternatywą dla tytułów Mediów Regionalnych. Czy w takie atmosferze obaj wydawcy mogli zgodnie współpracować w spółce zajmującej się zdobywaniem pieniędzy od reklamodawców? Likwidacji niemal do ostatniej chwili oczywiście zaprzeczano. W dzisiejszym komunikacie Tomasz Wróblewski, wiceprezes Polskapresse ubolewa, że pozostali udziałowcy nie chcieli iść z nimi wspólnie ramię w ramię przez świat.

— Mediatak odegrał znaczącą rolę w budowaniu silnej pozycji prasy regionalnej w Polsce. Od początku partnerzy zakładali, że konieczne będzie dalsze wzmacnianie struktur i lepsze wykorzystywanie synergii. W kierunku dynamicznych zmian wykorzystujących koniunkturę na rynku reklamy szły propozycje Polskapresse. Żałuję, że pozostali wydawcy nie byli gotowi przyjąć wyzwania — powiedział.

Teraz sprzedażą reklam dla tytułów Polskapresse i Mediów Regionalnych zajmują się biura reklamy tych spółek.

Więcej na ten temat można znaleźć tutaj

17 listopada 2007

Dziennik Polska nie jest żadną konkurencją dla prasy regionalnej w Zachodniopomorskiem

Poza dopiskiem "Szczecin" (zresztą bardzo małą czcionką) pod logiem Polska The Times nic więcej nie wiąże dziennika Polskapresse z regionem zachodniopomorskim.

Sprawdziłem to właśnie w moim rodzinnym Wolinie, gdzie w piątek - dniu największej sprzedaży wszystkich dzienników, w tym regionalnych, ze względu m.in. na program telewizyjny; dzień, w którym ludzie po prostu zatrzymują się przed kioskiem lub w ogóle zerkają na półkę z gazetami - w dzienniku Polska nie było nic, co mogłoby przekonać czytelników zainteresowanych informacjami lokalnymi do stałego kupowania tej gazety. Nie było nawet jednej strony z paginą "Region". Zero. Null. Nada.

W taki sposób Polska nigdy nie wygra ani z Gazetą Wyborczą (która ma lokalny oddział w Szczecinie i jest tam silna), ani z Kurierem Szczecińskim (który ma lokalnych korespondentów, ale jego siłą też jest Szczecin), ani tym bardziej z Głosem Dziennikiem Pomorza, który dzieli się terytorialnie na trzy tytuły: Głos Szczeciński, Głos Pomorza i Głos Koszaliński (Głos Szczeciński np. to tytuł najmocniej osadzony w regionie dzięki oddziałom terenowym, stronom lokalnym oraz rozbudowanym tygodnikom lokalnym, walczący jednocześnie o czytelników ze Szczecina bezpłatnymi tygodnikami tak lokalnymi, że aż dedykowanymi poszczególnym dzielnicom).

Zbudowanie alternatywy dla takiej oferty, to - mówiąc delikatnie - karkołomne przedsięwzięcie.

Choć Polska pochwaliła się wzrostem sprzedaży w trzecim tygodniu na rynku do 419 tys. egz., trzeba pamiętać, że był to tydzień darmowych dodatków. Wydawca będzie starał się teraz za ich pomocą maksymalnie wyśrubować wyniki sprzedaży, a potem próbował je utrzymać (czyli robił wszystko, aby sprzedaż spadła jak najmniej, gdy darmowe dodatki się skończą).

Szefowie Polski wszędzie podkreślają, że nie tylko zachowali, ale wręcz wzmocnili lokalność dzienników regionalnych po wprowadzeniu Polski. Dwa tygodnie temu sprawdzałem to w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie ukazuje się Dziennik Łódzki. Jak sprzedaje się Polska spytałem w kiosku w centrum miasta.

- Fatalnie. Same zwroty - powiedziała mi właścicielka.
- Ale dlaczego? Przecież to tak naprawdę cały czas Dziennik Łódzki. Przynajmniej tak wygląda. A chyba Dziennik Łódzki sprzedawał się dobrze? - pytałem.
- Dziennik Łódzki tak. Ale nie teraz. Za mało informacji stąd - dodała kioskarka, a podobą opinię ułyszałem później jeszcze od kilku stałych czytelników.

Gdy porównałem Polskę z jednego dnia z Dziennikiem Łódzkim przed zmianami, wyszło mi, że informacji lokalnych w nowym dzienniku jest mniej więcej tyle samo, co wcześniej. Paradoksalnie, po wzięciu do ręki gazety ma się jednak wrażenie, jakby ich nie było wcale. A winny jest temu - wychwalany przez kierownictwo Polski - układ gazety i nawigacja. Czytelnicy z Piotrkowa, ktorzy wcześniej niemal codziennie mieli swoją, dedykowaną ich miastu, stronę, teraz mają Fakty24 i szeroko pojęty Region. To, niestety, odejście od lokalności. Co z tego, że informacji może być więcej, skoro czytelnikom trudno jest je znaleźć? Dla nich Dziennik Łódzki "po tych zmianach" przestał już o nich pisać. Na szczęście, co trzeba oddać wydawcy, nie zlikwidowano piątkowych tygodników lokalnych.
07 listopada 2007

Średnia sprzedaż Polski: 368 tys. Polskapresse jest zadowolona

Polskapresse opublikowała właśnie wyniki sprzedaży dziennika Polska w pierwszym tygodniu obecności na rynku. Pokrywają się one z szacunkami podanymi przeze mnie wcześniej na blogu.

Oto komunikat:

"Suma sprzedaży ogółem tytułów POLSKA: POLSKA Białystok, POLSKA Dziennik Bałtycki, POLSKA Dziennik Łódzki, POLSKA Dziennik Zachodni, POLSKA Gazeta Krakowska, POLSKA Gazeta Opolska, POLSKA Gazeta Wrocławska, POLSKA Głos Wielkopolski, POLSKA Kielce, POLSKA Koszalin, POLSKA Kujawy, POLSKA Lubuskie, POLSKA Mazowsze, POLSKA Rzeszów, POLSKA Metropolia Warszawska i POLSKA Olsztyn, POLSKA Szczecin i współpracującego z Polskapresse dziennika POLSKA Kurier Lubelski wyniosła w I tygodniu od startu tytułu POLSKA według szacunków wydawcy:

* w poniedziałek – 15 października 295 900 egz.
* we wtorek – 16 października 269 292 egz.
* w środę – 17 października 241 265 egz.
* w czwartek – 18 października 239 033 egz.
* w piątek – 19 października 764 570 egz.
* w sobotę – 20 października 397 707 egz.

Średnia: 367 961 egz.


Wstępne wyniki sprzedażowe za I tydzień są dla nas miłym zaskoczeniem. Spełniają nasze oczekiwania, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę okoliczności, czyli tydzień intensywnej kampanii wyborczej i szumu medialnego gdzie ciężko było przebić się z informacją o nowym tytule” – Tomasz Wróblewski, wiceprezes Polskapresse.
02 listopada 2007

Hearst: cyfrowe nośniki przynoszą 5 proc. przychodów reklamowych


Z dzisiejszego dodatku Financial Times w Gazecie Prawnej:

Rozmowa z Cathie Black, prezes Hearst Magazines (W Polsce na licencji Hearsta Marquard Media wydaje np. Cosmopolitan). Jakby wziąć pierwszy lepszy wywiad, z którymś z polskich wydawców, nie trudno zauważyć pewne podobnieństwa - te same pytania, te same odpowiedzi, te same problemy.

Czy pisma ilustrowane mają przyszłość w epoce cyfrowej?

- Zdecydowanie tak. Sprawy dotyczące dziedziny cyfrowej zajmują mi od 20 do 30 proc. dnia. Mimo to istnieje bardzo silne przekonanie, że pisma drukowane, zwłaszcza magazyny we wszelkich formach, mają przyszłość.

Czy cyfrowe wydania waszych magazynów wyprą wersje papierowe?

- Nie sądzę, ponieważ pismo, które trzyma się w ręku, daje czytelnikowi inne wrażenia, przemawia do instynktów. Nie wykluczam jednak, że za parę lat wymyślimy równie atrakcyjny format elektroniczny. Jeżeli tak, to świetnie.

Kiedy wpływy z cyfrowych wydań przewyższą przychody z pism drukowanych?

- Tego, oczywiście, nie można wykluczyć, ale mamy ogromną bazę przychodów w postaci 19 magazynów - a cyfrowe nośniki na razie przynoszą około 5 proc. wpływów z reklamy. Dużo prenumerat sprzedaje się przez internet, ale trudno sobie wyobrazić, jak mogłyby dorównać wpływom z dwudziestu kilku kategorii reklam w 19 pismach ilustrowanych. Nie przypuszczam, żeby do tego doszło za moich czasów - ale proszę bardzo, niech próbują!

Czy ultrabogaty segment rynku nie jest już nasycony luksusowymi pismami?

- Może jest, ale i tak każdy chce mieć Town & Country na stoliku.

Czy dział plotek o sławnych ludziach będzie się rozrastał?

- Istnieje nienasycony apetyt na sławy. Uczciwie powiem, że nie mam pojęcia, czy to się utrzyma.

Czy ilustrowane pisma stają się coraz bardziej wścibskie i dokuczliwe?

- To przechodzi wszelkie pojęcie! Ktoś opowiadał mi, nie dalej niż wczoraj, że był na sesji fotograficznej, na której 200 fotografów dosłownie uprawiało polowanie. To była sesja fotograficzna z pewną sławną osobą. To jest szaleństwo, a nie sposób życia - ale tak już jest.

Dlaczego lubimy czytać plotki?
- Bo jesteśmy ludźmi.

Pozwoliła pani, żeby w zagranicznych wydaniach waszych magazynów o kształcie pisma decydowały miejscowe siły. Czy to się sprawdza?

- Hearst prowadzi międzynarodową działalność wydawniczą od ponad 50 lat. Stoimy na stanowisku, że miejscowy rynek zna się lepiej, niż znałby go Amerykanin. Dlatego na całym świecie wchodzimy we wspólne przedsięwzięcia z wiodącymi wydawcami. Cosmopolitan wychodzi w 58 krajach... czyta go około 70 milionów młodych kobiet.

Które części świata są dla was najszybciej rozwijającym się rynkiem?
- Nasza działalność w Rosji to po prostu eksplozja. Wydajemy siedem magazynów w Chinach. Jesteśmy bardzo znani w Australii, gdzie działamy poprzez spółkę joint venture. Jak widać, na całym świecie są miejsca, które kwitną - i chcemy, by nas tam nie zabrakło.

Czy na podstawie wyników finansowych z reklamy uważa pani, że USA wkraczają w recesję?

- Moim zdaniem w pierwszym kwartale będzie dobrze, ale tak naprawdę nie znamy jeszcze budżetów reklamowych.

Jest pani jedną z pierwszych kobiet w biznesie. Czy wypleniono już seksizm?

- Nie sądzę, by kiedykolwiek udało się całkowicie wyplenić seksizm. A czy jako bardzo młoda dziewczyna byłam dyskryminowana? Chyba byłam - ale człowiek po prostu idzie dalej.

Czy nie niepokoi pani fakt, że niektóre wasze pisma utrwalają w kobietach przekonanie, że wygląd jest najważniejszy?

- Nie. Kobiety są piękne. Niektóre są bez reszty pochłonięte tym, jak wyglądają, a inne nie

Rozmawiali Joshua Chaffin, Chrystia Freeland
---