rssdodaj RSS
---Michał Fura - Blog 3.0: Media, ludzie, zjawiska
17 listopada 2009

Norm Johnston: Internet nie jest wrogiem mediów

Za kilka lat będziemy nawigować w sieci dokładnie tak jak w filmie Raport mniejszości, a pewnie jeszcze wygodniej. I nie będziemy potrzebowali do tego żadnych kontrolerów. Wystarczą nam ręce, a kamera będzie rozpoznawać nasze ruchy - mówi w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną Norm Johnston z firmy Global Digital Leader Mindshare, który gościł na tegorocznej konferencji IAB Forum 2009.
Czy w tym natłoku komunikatów, skaczących banerów czy pop-upów można w ogóle stworzyć w sieci reklamę, która działa?
Oczywiście. Ale trzeba rozumieć, jak zmieniają się media i czego oczekują ludzie. Nawet baner może być bardzo efektywny, pod warunkiem jednak, że będzie odpowiednio przygotowany, wpisany w kontekst, a do tego użyteczny. Oznacza to, że reklama musi dawać konsumentowi jakąś wartość: potrzebną im informację lub rozrywkę w zależności od tego, co chcemy za jej pomocą osiągnąć. Uważam, że użyteczność to przyszłość reklamy. Dzięki niej ludzi można zaangażować, a to dziś jeden z najważniejszych warunków skutecznej kampanii. Gdy ludzie się angażują, nie widzą reklam, tylko jakąś konkretną wartość.
Jak wyobraża pan sobie reklamy przyszłości?
Reklamy zmieniają się wraz z tym, jak zmieniają się media. A te się do siebie upodabniają. Zbliżamy się do ery multimedialności, w której podział na wydawców gazet czy nadawców telewizyjnych będzie coraz mniej istotny, bo dostarczane przez nich treści będą trafiać do nas w różny sposób. Liczyć się będą zdobyte kompetencje. To będzie miało znaczenie także dla reklamy. W świecie mediów ukształtował się już swego rodzaju ekosystem. W tym ekosystemie są media, jakie znamy dziś, tworzone przez nadawców czy wydawców, ale także własne kanały komunikacji z klientami poszczególnych marek oraz media tworzone przez samych użytkowników. Te ostatnie rozwijają się bardzo szybko. Dziś każdego tygodnia przeciętny internauta wrzuca do sieci 3254 osobistych informacji. Wyzwaniem marketingu przyszłości będzie umiejętność łączenia tekstu, gier, wideo, dźwięku i różnego rodzaju aplikacji w ramach jednego spójnego przekazu. W tym wszystkim skuteczne będą komunikaty angażujące ludzi i dające im jakąś wartość, a nie zwykłe reklamy zachwalające produkty.
Podczas swojej prezentacji na Forum IAB 2009 w Warszawie przywołał pan scenę z filmu Raport mniejszości, w której bohater przesuwa różne obrazy rękoma na ekranie. Gdy film wchodził do kin, było to wymysłem scenarzystów, ale podobną technologię zastosowała podczas ostatnich wyborów prezydenckich w USA stacja CNN. Tak będziemy kiedyś korzystać z mediów?
Zdecydowanie. Za kilka lat będziemy nawigować w sieci dokładnie tak jak w filmie Raport mniejszości, a pewnie jeszcze wygodniej. I nie będziemy potrzebowali do tego żadnych kontrolerów. Wystarczą nam ręce, a kamera będzie rozpoznawać nasze ruchy. Zmieniają się oczekiwania użytkowników, a za nimi zmieniają się media. Internet z kolei idzie w kierunku multimedialności i upodabnia się do telewizji. Więcej ludzi obejrzało inaugurację Baracka Obamy w internecie niż w telewizji. Sama telewizja zmierza natomiast w kierunku modelu na żądanie, który będzie pozwalał widzom na oglądanie tego, co chcą i kiedy chcą. W ten sposób telewizja uczy się od internetu, który jako pierwszy dał tę możliwość.
Czy internet jest wrogiem tradycyjnych mediów?
Nie, bo internet to nie medium. To narzędzie pozwalające m. in. na łatwy dostęp do różnego rodzaju treści. Wzrost znaczenia internetu wcale nie zmniejsza na przykład znaczenia telewizji. Wręcz przeciwnie – ludzie potrafią serfować w sieci, oglądając jednocześnie telewizję. Co więcej, reklama w telewizji zwiększa ruch w sieci, bo gdy ktoś zobaczy na przykład reklamę w telewizji, natychmiast chce dowiedzieć się czegoś więcej na temat produktu w sieci.
Co z gazetami? Mają szanse na przetrwanie?
Tak, ale w innej formie niż dziś. Sprzedaż papierowych wydań nie będzie już głównym źródłem przychodów wydawców. Będzie jednym z wielu, bo nie w każdym przypadku będziemy potrzebowali wersji drukowanej. Lubię wziąć do ręki gazetę czy magazyn, szczególnie w niedzielę. Ale nie zawsze mam na to czas. Informacji potrzebuję natomiast zawsze. Dlatego część z nich czytam na telefonie komórkowym. Ktoś musi je jednak dostarczać i na tym zarabiać. Wszystko będzie więc kwestią znalezienia odpowiedniego modelu biznesowego. Są przecież wydawcy, którzy już dziś zarabiają w erze cyfrowych mediów. Takim przykładem jest Financial Times. Z drugiej strony rośnie sprzedaż niedzielnego Sunday Times – ludzie mają wtedy więcej czasu, by usiąść z gazetą w ręku przy kubku kawy. Wszystko zależy od dopasowania treści do potrzeb. Wydawcy muszą mieć ofertę dostosowaną do wszystkich możliwych kanałów dystrybucji, by być tam, gdzie może być lub już jest ich konsument. Niektórzy wydawcy zauważyli, w jakim kierunku zmienia się rynek, i idą tym śladem. Strona internetowa International Herald Tribune zamiast gazety przypomina raczej CNN. Wydawcy mają kompetencje, dzięki którym są w stanie na wielu polach konkurować np. z nadawcami telewizyjnymi. Muszą jednak zacząć wprowadzać zmiany, a nie czekać z założonymi rękoma.

Więcej:Reklama będzie efektywna, jeśli będzie użyteczna
17 listopada 2009

Rynek reklamy spada, ale reklama internetowa kwitnie

W I półroczu 2009 r. firmy wydały na reklamę w internecie 658 mln zł. To 14 proc. więcej niż przed rokiem, mimo że cały rynek pogrążony jest w recesji i spadł o ponad 11 proc. w tym samym okresie.

Tylko rynek reklamy w internecie rośnie – wynika z badania IAB Polska i PricewaterhouseCoopers. – Rośniemy. To najważniejsza wiadomość, biorąc pod uwagę dwucyfrowe spadki w pozostałych segmentach rynku – mówi Piotr Kowalczyk, prezes Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

Cały rynek zanotował w I połowie roku 11,2-proc. spadek, a nakłady na promocję w sieci wzrosły o 14 proc., do 658 mln zł (dane z 31 firm, m.in. Onetu, Wirtualnej Polski, Interii, Naszej-klasy, sieci reklamowych oraz grup medialnych). Liczba firm w tegorocznym badaniu powiększyła się o cztery, dlatego autorzy badania policzyli też, jak wygląda wzrost, gdy pod uwagę weźmie się te same 27 firm, co przed rokiem.

Więcej: Rynek reklamy spada, ale reklama internetowa kwitnie
17 listopada 2009

Właściciel Polsatu przeniesie telewizję do internetu. I twierdzi, że na tym zarobi

Grupa Polsat w ciągu czterech lat chce wejść do czołówki graczy internetowych pod względem przychodów z reklam. Ma to zapewnić strategia rozwoju oferty wideo w sieci.

Za trzy, cztery lata przychody z reklamy internetowej Grupy Polsat, która dziś jako jedyna z największych grupa medialna nie zarabia w sieci praktycznie nic, wynosić mogą już 100–120 mln zł. Taki ma być efekt strategii internetowej przyjętej przez należącą do Zygmunta Solorza-Żaka grupę medialną. Podczas gdy Agora, Grupa ITI czy Grupa Bauer budują swój biznes w sieci wokół posiadanych portali, Zygmunt Solorz-Żak poszedł w zupełnie innym kierunku i skoncentrował się na wideo w internecie.

– Uznaliśmy, że nie ma sensu walczyć na polach, na których wygrać już nie można. A do takich należą portale, które pod wieloma względami złote lata mają już za sobą. Postanowiliśmy wykorzystać nasze przewagi, a są nimi treści multimedialne. I stworzyć dzięki nim ofertę, której jeszcze nikt nie stworzył, czyli przenieść do internetu telewizję w wysokiej jakości, wzbogacając ją o interaktywność – tłumaczy w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną Marcin Pery, prezes Redefine, spółki należącej do Zbigniewa Solorza-Żaka.

Zadaniem Redefine jest przygotowanie Grupy Polsat do rozwoju w internecie. Środkiem, który ma umożliwić pokonanie konkurentów, jest Ipla, aplikacja pozwalająca na oglądanie telewizji w sieci. Dziś z aplikacji korzysta już blisko 1 mln użytkowników miesięcznie. Niemal codziennie oglądać można za jej pośrednictwem relacje z wydarzeń sportowych na żywo. W taki sposób transmitowana była walka Adamek–Gołota.

Według Marcina Perego za kilka lat znacząca część użytkowników sieci korzystać będzie z oferty wideo w sieci. Za nimi zaś pójdą reklamodawcy. – A my chcemy należeć wtedy do czołówki rynkowej w tym segmencie, także pod względem przychodów – podkreśla Marcin Pery. Szacuje on, że za trzy, cztery lata poziom przychodów z Ipli sięgnąć może 100–120 mln zł. To tyle, ile dzisiejsze przychody największych portali. Przy czym część wpływów pochodzić bedzie z abonamentu od użytkowników, umożliwiającego oglądanie programów na żądanie bez reklam, a część z reklam.

Więcej: Polsat zacznie zarabiać na telewizji w sieci w 2010 r.

17 listopada 2009

Kryzys zmusił TVN i Polsat do cięcia kosztów

Przychody reklamowe TVN i Polsatu skurczą się w tym roku o 10–12 proc. Co więcej, koniunktura w 2010 roku jest niepewna, więc stacje ograniczają produkcję programów.

Choć Grupa TVN wyniki za III kwartał tego roku opublikuje 5 listopada, analitycy giełdowi już dziś szacują przychody spółki z reklam i nie mają dobrych wiadomości.

– Zakładam, że przychody spółki z reklam były niższe o kilkanaście procent. Ostatecznie Grupa TVN zakończyła III kwartał wzrostem przychodów, ale głównie dzięki wpływom od abonentów platformy n – uważa Waldemar Stachowiak, analityk sektora mediów domu maklerskiego Ipopema Securities.

Zarówno TVN, jak i Polsat borykają się ze spadkiem wydatków reklamowych od początku roku. Ich tegoroczne przychody z tego tytułu będą niższe o 10–12 proc., czyli o około 400–500 mln zł. Na dodatek nie wiedzą, jakie przychody uzyskają w przyszłym roku, bo szacunki są niepewne. Szukają więc oszczędności. Na przykład przesuwając produkcję nowych programów, do czasu aż rynek reklamy znowu zacznie rosnąć. W takiej sytuacji znalazł się na przykład program na licencji BBC „Wojna chórów” i serial „Elita” w Polsacie, a w TVN serial „Klasa”. W ramówkach przeważać mają kontynuacje.

– Przychody z reklam przy nich są pewniejsze niż przy zupełnie nowych programach – mówi przedstawiciel jednego z nadawców.

Więcej: Kryzys zmusił TVN i Polsat do cięcia kosztów

17 listopada 2009

Przełomowy wyrok dla wydawców prasy w Polsce

Ponad 103,9 tys. zł – takiej wysokości odszkodowanie na rzecz INFOR Biznes, wydawcy Dziennika Gazety Prawnej zasądził 12 października wydział gospodarczy Sądu Okręgowego w Białymstoku od firmy Al Pari Business Centre, wydawcy serwisu Mojeprawo.pl.

Można było w nim znaleźć w całości i (bez żadnej umowy) skopiowane artykuły należące do INFOR Biznes opublikowane w Gazecie Prawnej i serwisach Gazetaprawna.pl i Forsal.pl. między lipcem 2007 r. a marcem 2009 r. Zdaniem INFOR Biznes, wydawca serwisu Mojeprawo.pl działał bezprawnie, a sąd przyznał wydawcy rację.

To pierwsza tak korzystna decyzja sądu, odkąd wydawcy prasy w Polsce postanowili walczyć o ochronę swoich treści wykorzystywanych przez serwisy internetowe bez umów i żadnych opłat. INFOR Biznes i Presspublica, wydawca Rzeczpospolitej, zapowiedzieli dziesiątki takich procesów, a wyceniane przez nich straty z tego tytułu przekraczają 2 mln zł.

Niemal jednocześnie INFOR Biznes podpisał dwie ugody z właścicielami kolejnych serwisów, do których wysłał pozwy z żądaniem odszkodowania. Jednym z nich jest Polska Izba Paliw Płynnych, właściciel serwisu Paliwa.pl, drugim spółka E-financial, wydawca serwisu e-financial.pl.

– To bardzo ważna decyzja – mówi DGP Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy.

– Argumentacja była bardzo przekonująca, skoro sąd wydał tak jednoznaczny wyrok pod nieobecność pozwanego. Podobnie jest w przypadku ugód. Prawnicy obu serwisów doszli do wniosku, że lepiej zgodzić się na odszkodowanie, niż ryzykować przegraną przed sądem. To znaczy, że prawo jest po stronie wydawców – dodaje. 

Więcej: Przełomowy wyrok dla wydawców prasy w Polsce

17 listopada 2009

Axel Springer wejdzie na rynek komórek?

Wydawca prasowy Axel Springer Polska rozważa wejście na rynek wirtualnych operatorów komórkowych.

Projekt może być wzorowany na działającej w Niemczech telefonii wykorzystującej markę najlepiej sprzedającego się na tamtejszym rynku dziennika – tabloidu „Bild”.

Usługa Bildmobil ruszyła pod koniec 2007 roku. Oferuje karty pre-paid do telefonów komórkowych i dostęp do internetu. Jednocześnie powstał serwis, oferujący m.in. artykuły i zdjęcia przygotowywane przez redakcję gazety. Użytkownicy telefonii Bildmobil mają do niego darmowy dostęp. W Polsce Axel Springer Polska może wykorzystać w podobny sposób tabloid „Fakt”. Jego średnia sprzedaż w tym roku wynosi 471,2 tys. egzemplarzy Koncern wydaje też m.in. „Przegląd Sportowy” i takie magazyny jak „Forbes”, „Newsweek Polska” i „Auto Świat”. Ma też 49 proc. udziałów w spółce Infor Biznes, wydawcy Dziennika Gazety Prawnej.

Więcej: Axel Springer Polska wchodzi w rynek telekomunikacyjny

17 listopada 2009

Zyski branży reklamowej spadną nawet o połowę. Końca recesji nie widać

Przychody agencji reklamowych będą w tym roku o 10-20 proc. mniejsze niż przed rokiem, domów mediowych – nawet o 40-50 proc. – wynika z szacunków przedstawicieli branży.

To efekt spowolnienia w gospodarce, które spowodowało sięgającą 15 proc. recesję na rynku reklamy. Firmy szukają więc oszczędności, ale bronią się przed masowymi zwolnieniami i bankructwami.

– Odkąd wszyscy zaczęli używać słowa kryzys, klienci coraz częściej zaczęli to wykorzystywać i domagać się niższych cen. To jest problem całej branży reklamowej – mówi DGP Marek Gargała, dyrektor zarządzający Publicis, jednej z największych agencji na rynku, pracującej m.in. dla takich firm, jak Axa i Orange.

Firmy domagają się, by agencje obniżały swoje stawki o 10-20 proc. Najczęściej kończy się na kilkunastoprocentowych upustach.

– Spadek wydatków na reklamę musiał przełożyć się także na przychody agencji. To problem, tym większy, że od poprzedniego kryzysu w latach 2001-2003 stawki specjalnie nie wzrosły – mówi Paweł Tyszkiewicz, dyrektor generalny Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, zrzeszającego kilkadziesiąt największych agencji i domów mediowych na polskim rynku.

Szacunki domów mediowych nie wróżą szybkiego wyjścia z recesji. Według Zenith- Optimedia Polska w całym 2009 roku wydatki reklamowe firm będą niższe o 6 proc. Starlink przewiduje, że skurczą się one o 9,4 proc. Największy spadek – o prawie 15 proc. – zapowiada CR Media Consulting.

Więcej: Zyski branży reklamowej spadną nawet o połowę

23 września 2009

Stworzony przez Polaków serwis ShareTheMusic.com chce konkurować z MySpace, YouTube i Last.fm

W drugiej połowie września w internecie rusza serwis ShareTheMusic.com, który chce walczyć o globalny rynek dystrybucji muzyki w internecie. Stworzyli go Polacy.

Mamy ambicje światowe i chcemy grać w tej samej lidze, co takie serwisy jak YouTube, MySpace czy Last.fm. Ale dziś nie mogę jeszcze powiedzieć, na jakiej zasadzie ma działać nasz serwis. Jest jeszcze na to za wcześnie — mówi DGP Tomasz Szladowski, prezes ShareTheMusic.com.com, który wcześniej założył działający na polskim rynku internetowy w sklep z muzyką Iplay.pl. Jak podkreśla, był to pierwszy w Europie Centralnej e-sklep z legalną muzyką.

Szczegóły ShareTheMusic — jak zapewnił — spółka ujawni już niebawem, bo w drugiej połowie września serwis ma wystartować. Na razie trwają końcowe testy wśród wybranych użytkowników. Już na samym początku serwis dostępny będzie w siedmiu wersjach językowych, ale ich liczba będzie coraz większa.

Oprócz Tomasza Szladowskiego w projekt zainwestowało jeszcze kilka prywatnych osób. Prace nad jego uruchomieniem trwały blisko 1,5 roku.

Jak wskazuje sama nazwa serwisu „Sharethemusic” — serwis może pozwalać użytkownikom na dzielenie się muzyką. Nie wiadomo jednak, na jakich zasadach. Tomasz Szladowski mówi dziś tylko, że ShareTheMusic.com nie ma swojego odpowiednika na świecie.

— Jestem przeciwnikiem kopiowania serwisów już istniejących. ShareTheMusic.com jest unikatowy w skali światowej. Nasza propozycja nie ma na razie bezpośredniej konkurencji. Zdecydowaliśmy, że będziemy działać globalnie, by osiągnąć rentowność. Sam polski rynek jest na to za mały — podkreśla.

Dystrybucja muzyki w internecie to coraz poważniejsze źródło przychodów przemysłu muzycznego na całym świecie. W ubiegłym na całym świecie wydano na muzykę około 3,7 mld dol., w tym 20 proc. pochodziła ze sprzedaży muzyki w sieci. Wśród najbardziej znanych e—sklepów są należący do Apple iTunes Music Store, ale swoich sił próbują też konkurenci — na przykład Nokia Music Store.

W Polsce sprzedaż muzyki w sieci, według branży i ZPAV sięgać może około 4 proc. całego rynku, który w ubiegłym roku szacowany był na 270,3 mln zł. Utwory cyfrowe oferuje też coraz więcej sklepów, wśród których jest Iplay.pl, Soho.pl, należąca do Polkomtela sklep Muzodajnia.pl, czy także działająca od niedawna Nokia Music Store. Inny sposób zarabiania w tym biznesie przyjął natomiast serwis społecznościowy MySpace, należący do News Corp. Ruperta Murdocha, który przyciąga głównie fanów muzyki. Swoje profile ma w nim wiele zespołów, które często udostępniają tam swoją muzykę, a przychody serwisu pochodzą z reklam.

Więcej o tym, jak działać ma ShareTheMusic.com: Polska spółka wchodzi na światowy rynek muzyki w sieci

10 września 2009

Dlaczego wydawcy mają problemy ze sprzedażą e-wydań

Elektroniczne wydania gazet są niewielkim źródłem przychodów większości wydawców. Jedną z przyczyn jest to, że sami wydawcy przykładają zbyt małą uwagę do tego kanału dystrybucji.
Marek Nowak, 35-letni mieszkaniec Warszawy, w pracy czyta kilka dzienników i przegląda informacje w internecie. Co tydzień kupuje tygodnik Polityka oraz – na zmianę – Wprost albo News-week. Wszystkie tygodniki prenumeruje też w formie e-wydań. Podobnie postępuje z kilkoma magazynami hobbystycznymi.

– Lubię mieć własne archiwum. Poza tym wersje elektroniczne są zazwyczaj o połowę tańsze od papierowych – mówi nasz rozmówca.

Taki czytelnik to marzenie wydawców prasy: nie dość, że płaci za gazety w kiosku, to jeszcze zapewnia stały dochód z internetu. Gdyby było ich więcej, może spadająca sprzedaż egzemplarzowa mniej martwiłaby niektórych wydawców. Elektroniczne wydania gazet są jednak nadal niewielkim źródłem przychodów większości wydawców. Po części dlatego, że niektórzy wydawcy wciąż nie przykładają zbyt dużej uwagi do oferty elektronicznej, po części – z powodu wciąż kiepskich rozwiązań technologicznych.

– Jestem coraz bardziej niezadowolony. Zastanawiam się nad rezygnacją z prenumeraty Wprost, bo tygodnik ukazuje się w kiosku w poniedziałek, a ja dostaję jego wersję elektroniczną dopiero w środę. Poza tym dystrybutor zmienił format gazet na zwykły pdf., a to już nie to samo co poprzedni czytnik Zinio. Denerwuje mnie to, że ograniczona jest możliwość korzystania z e-wydań na komputerach Apple’a – mówi.

Więcej na ten temat tutaj: Dlaczego wydawcy mają problemy ze sprzedażą e-wydań

I ciekawy głos Czytelnika:
Janusz Tyle

"fakt. inwestycje po stronie wydawcy są nieuchronne jeśli chce się przyciągnąć czytelnika dobrą jakością elektronicznego wydania. to czego brakuje mi na polskiej scenie e-wydań to czytnik jaki swoim klientom oferuje NYT (Times Reader). to jest po prostu dobrze zrobiony kawałek softu z pięknym wyglądem i dobrą funkcjonalnością. artykuły czyta się w nim wprost wyśmienicie i osobiście preferuję tę formę niż artykuły na stronie www. gdyby któryś z dystrybutorów poszedł w tym kierunku i w jednym miejscu (programie) dał możliwość czytania gazet/czasopism + łatwe dokupywanie kolejnych tytułów + archiwizowanie już zakupionych + natychmiastowe zasysanie nowych numerów w modelu (łatwa i dostępna) jednorazowa opłata albo abonament to osobiście przestawiłbym się na e-wydania.
zmieniłbym też ceny. oczywiście w dół. już tłumaczę dlaczego i posłużę się tu przykładem. Kurier Szczeciński - wersja papierowa, którą trzeba wydrukować, rozwieść do kiosków, odebrać zwroty itd. kosztuje 1,5 pln. natomiast wersja elektroniczna (którą i tak trzeba wytworzyć bo przecież teksty w dzisiejszych czasach składa się komputerowo) w płatności SMSem kosztuje 2,44 pln. coś tu chyba jest nie tak. podobna sytuacja jest z magazynami. jeśli mam już kupić jakieś e-wydanie to niech to będzie naprawdę atrakcyjna cena, która zrekompensuje niedogodności - z laptopem do wanny nie pójdę. koszt dystrybucji e-wydania jest naprawdę niewielki w porównaniu z wersją "analogową" więc cena o 25% niższa w stosunku do "analogowej" nie robi na mnie wrażenia i nie sprawia, że czuję, że zrobiłem dobry interes kupując plik zamiast papieru.
na koniec. zasubskrybowałem NYT w Times Reader chociaż te same artykuły są dostępne za darmo na ich stronie. przekonał mnie dobry soft. ładny, wygodny, prosty w obsłudze.

w artykule są wymienione 3 firmy - która pierwsza zrobi naprawdę dobry soft może da rade przeskoczyć ten magiczny 1%. czego im jak i sobie, jako czytelnikowi, życzę z całego serca."

10 września 2009

Internauci chcą płacić za porady

Wydawcy prasy mają za sobą kiepskie I półrocze i część trzeciego kwartału, a przed sobą równie trudną końcówkę roku. Sprzedaż egzemplarzowa dzienników spada z miesiąca na miesiąc niemal wszystkim tytułom. A z powodu recesji o 20-30 proc. skurczyły się też wydatki reklamowe w gazetach.

Dlatego wszyscy wydawcy stawiają dziś na internet. Inwestują w nowe serwisy, ale jednocześnie mocno postawili na ochronę ich praw autorskich w sieci. Stowarzyszenie Repropol, powołane przez wydawców prasy, by pobierać pieniądze za wykorzystywanie tekstów w sieci, pracuje właśnie nad tzw. tabelą opłat. Będzie ona precyzować wysokość stawek, jakie płacić będą serwisy internetowe za wykorzystywanie konkretnych treści wydawców.

– Pracujemy nad sposobem rozliczania, ale na razie za wcześnie na szczegóły. Będziemy mogli zaprezentować je Ministerstwu Kultury w ciągu najbliższych kilku miesięcy – przyznaje tylko Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy i prezes Repropolu.

Innym pytaniem, które sobie zadają, brzmi: za jakie treści internauci będą chcieli w przyszłości płacić, a za jakie absolutnie nie. Więcej na ten temat: Internauci są gotowi płacić za serwisy tematyczne

10 września 2009

Reklamy w sieci będą większe

Wkrótce reklamy w portalach i serwisach internetowych będą jeszcze większe niż dziś. W ten sposób branża internetowa chce skuteczniej walczyć o budżety reklamowe z telewizją. Już udaje się to w USA, gdzie większe formaty stosowane są coraz częściej, a reklamodawcom się to podoba. Jednym z nich jest np. reklama zwana half page ad (czyli reklama półstronnicowa), która zajmuje mniej więcej pół ekranu monitora, zazwyczaj z jego prawej strony. W Polsce nie pojawia się często, choć jest już w ofercie niektórych portali.

Więcej: Reklamy w sieci będą miały jeszcze większe formaty

24 lipca 2009

Jak Zygmunt Solorz-Żak radzi sobie z kryzysem i dlaczego w internecie nie opłaca się na razie inwestować

Kryzys nie omija imperium Zygmunta Solorza-Żaka. Ale właściciel m.in. Grupy Polsat, Cyfrowego Polsatu, udziałów w Sferii i Biotonie, klubu piłkarskiego Śląsk Wrocław, choć szuka oszczędności, nie rezygnuje z inwestycji w rozwój kluczowych biznesów: Sferię i Polsat. Nie planuje przejęć, w trudnych czasach stawia na rozwój organiczny. I nie zamierza na razie inwestować w internecie... Więcej w mojej rozmowie z jednym z najbogatszych Polaków: Inwestujemy w spółki, nie będzie przejęć". Oto fragmenty:


● Firmy w kryzysie oszczędzają, miliarderom topnieją majątki, a pan – w opinii obserwatorów rynku – kupuje i zwiększa stan posiadania. Gazety piszą, że rozbudowuje pan imperium, korzystając z tego, że wszystko dookoła tanieje. Rzeczywiście założył pan sobie taki cel?

– Rozbudowę imperium? Słysząc coś takiego, można sobie pomyśleć, że wstaję codziennie rano i pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi: co też by tu dzisiaj zrobić, by rozbudować swoje imperium. Nie przesadzajmy. To jakaś megalomania, a ja – na szczęście – nie mam takich skłonności. Jest wiele ciekawszych rzeczy na świecie, niż myślenie o pieniądzach i biznesie. A tak na poważnie to nie jest tak, że kryzys mnie omija. Ja też niestety tracę, bo w kryzysie mniej lub więcej, ale każdy traci. Choć – przyznaję – może w obecnej sytuacji gospodarczej radzę sobie nieco lepiej niż inni.

● Wciąż nie ma pana na rynku internetowym. Dlaczego niczego pan dotychczas na nim nie kupił?
– Nie zgadzam się, że nie ma nas na rynku internetowym. Tworzymy własne rozwiązania, jak na przykład projekt spółki Redefine, czyli platformę Ipla, która miała już ponad 1 mln 200 tys. pobrań. A że nic nie kupiliśmy? Na przykład portalu? A ile można na tym zarobić? Na razie nie jest to bardzo dochodowy rynek. Wiele spółek wciąż jest znacząco przeszacowanych. Nie oznacza to jednak, że internet lekceważymy. Wręcz przeciwnie. Znaczenie internetu rośnie i zdajemy sobie doskonale sprawę z jego potencjału. Dlatego bacznie obserwujemy rynek i trzymamy rękę na pulsie.

● To prawda, że tworzycie własny portal?

– Naszymi projektami internetowymi zajmuje się spółka Redefine. Trudno mi powiedzieć, czy ma w planach, poza już funkcjonującą Iplą, uruchomienie jakiegoś portalu czy też nie.

● Kiedy zatem internet będzie rynkiem, którym pan zacznie się interesować pod kątem inwestycyjnym?

– Najpierw chcielibyśmy zapewnić ludziom dostęp do internetu, a wtedy będziemy myśleć także o oferowaniu im treści, które tak naprawdę już mamy. Ale dziś – moim zdaniem – dostępność internetu i jego jakość są niewystarczające, by można było na tym znacząco zarabiać. Przyjęliśmy trochę odwrotną filozofię – czyli najpierw zapewnimy dostęp, potem treści – ale wierzymy, że będzie skuteczna. Dlatego myślę, że za rok, dwa, jeśli wszystko potoczy się po naszej myśli, będziemy mogli zacząć rozmawiać o inwestowaniu w programową stronę internetu.
13 lipca 2009

Zrób sobie telewizję, zostań gwiazdą, zarabiaj krocie

Gary Vaynerchuk, 34-letni Amerykanin białoruskiego pochodzenia, jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych znawców wina w USA. Jego bezpretensjonalność, luz i poczucie humoru, z jakim opowiada o winie — tak odmienne od sztywnego stylu krytyków w tej branży — zjednała mu setki tysięcy, jeśli nie miliony, fanów.

Jego portrety zamieściły takie gazety jak The Wall Street Journal, tygodnik Time czy magazyn dla mężczyzn GQ. Był gościem m.in. tak popularnych amerykańskich wieczornych show jak Late Night with Conan O’Brien.

W marcu 2009 roku podpisał kontrakt z wydawnictwem HarperStudio o wartości 1 mln dolarów na napisanie 10 książek. Pierwsza z nich nosi tytuł „Crush It! Turn Your Passion into Profits in a Digital World” (Przełam się! Przekuj swoją pasję na zyski w cyfrowym świecie).

Gary Vaynerchuk przełamał się w 2006 roku, gdy zachęcony popularnością niektórych osób w serwisie YouTube, sam postawił przed sobą kamerę i zaczął opowiadać o winie. A potem publikował wszystko w uruchomionym w tym celu serwisie Winelibrary.tv w internecie. Dziś jest gwiazdą i uczy innych, jak zrobić to samo. Bo jeśli masz pasję i potrafisz o niej opowiadać, możesz powtórzyć sukces Białorusina z USA. Możliwości jest coraz więcej.

Więcej: Zrób sobie telewizję, zostań gwiazdą, zarabiaj krocie

25 czerwca 2009

Chris Anderson promuje FREE. Wydawcy prasy powinni brać przykład!

Najnowsza książka Chrisa Andersona, redaktora naczelnego magazynu WIRED, zatytułowana ZERO: The Future of Radical Price, ma pojawić się na rynku w lipcu. Zgodnie z ideą opisywaną w książce oferta darmowa to sposób na zainteresowanie i przyciągnięcie klientów, by zaoferować im coś extra — za co już będą chcieli zapłacić. 99 proc. oferuj więc za darmo — twierdzi Anderson — by zarobić na tym 1 procencie, który będziesz sprzedawał. W przypadku jego książki za darmo dostępna będzie będzie jej wersja cyfrowa, ale hardcover czy ładnie wydany audiobook będą już kosztować.

Autor zaczął właśnie promować książkę w sieci. To, jak to robi, może być inspiracją dla wszystkich, którzy stale szukają sposobów zarabiania na rynku — powiedzmy — cyfrowego nadmiaru treści.

Już przy The Long Tail, książki która przyniosła Andersonowi sławę, wykorzystywał on skutecznie w tym celu internet. Wówczas 200 egzemplarzy książki — jak przypomina Anderson — wysłano do bloggerów, którzy obiecali, że ją przeczytają i zamieszczą recenzje, tworząc tzw. długi ogon recenzji. Zadziałało świetnie — jak twierdzi autor — ale czasy się zmieniły (Long Tail ukazało się w 2004 roku, czyli w przypadku internetu lata świetlne temu). Dlatego tym razem rozdawnictwo będzie wielokanałowe. Choć egzemplarzy Anderson rozda nie 200, a 150.

Na swoim blogu Anderson wyjaśnia na czym polegać ma nowy sposób:
„We want to give books to people who will spread the word — as with free digital forms, we think that free is the best form of marketing. Convince us that you’ve got megaphone, microphone od at least know people who know people and we’ll send you a singed book, weeks ahead of publication” — zachęca na swoim blogu.
Są więc dwa sposoby, by otrzymać FREE przed premierą. Anderson zachęca:
1)    Impress us with your cool friends (you get four books!)
2)    Impress us with your social media skillz (you get one book).

W pierszym przypadku trzeba np. napisać mejla o takiej treści (wypełniając oczywiście puste pola):
Subject: Four books please!
I’m___ and I actually know___(impressive person 1)__,__ (less impressive person 2)__and__(impressive to me even if you’ve never heard of them person 3)__. In fact, I know them so well that I know where they live! (Or at least I can ask them for their mailing address). Send me four signed books, and I”ll keep one and send the other along with a personal note from me.
My mailling adress is…

Powiedzmy sobie szczerze, że najnowsza książka Andersona już takiej promocji nie potrzebuje. Autor jest tak znany, że tytuł rozejdzie się, jak świeże bułeczki. Anderson testuje więc sobie internet, jako narzędzie do budowania popytu. Ucieszył się na pewno Malcolm Gladwell, widząc, że opisana przez niego grupa osób zwanych mavenami i łącznikami (mavens, connectors) w książkce Tipping Point, została tu wskazana przez Andersona, jako ta, którą trzeba się pochwalić, by dostać FREE przed premierą.

Autor FREE dotyka też problemu, który mają np. wydawcy prasy. Jak w świecie darmowej informacji, czyli w internecie, zbudować popyt na swoje treści? Jak budować markę w internecie, by przyciągać użytkowników do swoich serwisów i przekonać ich, że część treści (przynajmniej część) jest na tyle wartościowa, że trzeba za nie płacić?
25 czerwca 2009

Kolejni wydawcy rozwijają w Polsce self-publishing, czyli drukowanie na życzenie

Homo Polonicus, opowiadająca o księciu Stanisławczyku książka autorstwa Krystiana Piwowarskiego, najciekawsza zdaniem pisarza Janusza Andermana propozycja prozatorska od lat, to świetny przykład sukcesu self-publishingu (publikowania książek na własną rękę) po polsku.

Autor najpierw opublikował ją bowiem w internecie, a gdy zaczęła cieszyć się uznaniem, kontrakt zaproponowało mu tradycyjne wydawnictwo. To nic innego, jak polski odpowiednik historii Lisy Genovy czy Davida Suareza z USA, którzy najpierw opublikowali na własną rękę swoje książki w sieci (za pośrednictwem specjalnych serwisów self-publishingowych) i dopiero po zdobyciu zainteresowania czytelników, prawa do tytułów kupiły od nich tradycyjne wydawnictwa. Wcześniej — co ważne — zarówno agenci, jak i wydawcy nie widzieli w ich utworach jakiegokolwiek potencjału.

O Homo Polonicus dowiedziałem się od Marka Niedostatkiewicza, właściciel serwisu Eczytelnia.pl, który — jak się okazuje — rozwija biznes self—publishingowy w Polsce równie prężnie, co wydawnictwo Złote Myśli opisane w tekście "Jak stworzyć serwis, który będzie zarabiał na nieodkrytych pisarzach". W komentarzu do niego Marek Niedostatkiewicz pisze:
„Jest w nim kilka trafnych spostrzeżeń, z którymi trzeba się zgodzić. Niemniej zapewne łatwiej się przebić z poradnikiem niż z poezją czy powieścią - stąd m.in. taki sukces „Złotych myśli”. Ale jest też druga strona medalu: kwestia promocji, której narzędziem dla książki jest recenzja. Bez niej nawet dobra książka ma raczej nikłe szanse na zauważenie przez czytelników. Inną formą promocji są fragmenty książek dostępne za darmo. I tutaj przykład naszego pomysłu na promocję, który w jakimś stopniu się sprawdza. Jest nim serwis e-czytelnia [http://www.eczytelnia.pl], w którym autorzy, zanim wydadzą własną książkę z naszą pomocą, mogą bezpłatnie opublikować jej fragmenty. Ten model działa już od 2001 roku - z różnym skutkiem. Najsławniejszym "przypadkiem" był „Homo Polonicus”, który zanim został wydany w formie książki, był publikowany właśnie u nas. Niedawno ukazało się II wydanie tej powieści, ale to już historia na inną opowieść.

Rzeczywiście, możliwość bezpłatnego opublikowania chociażby fragmentu książki to dobry sposób z kilku powodów. Wydawcy pozwala, choćby częściowo, zweryfikować jakość książki i określić potencjalne nią zainteresowanie. Autorowi daje możliwość — w wielu przypadkach po raz pierwszy — na kontakt z potencjalnymi czytelnikami. Może to też działać jako dodatkowa zachęta dla innych przyszłych autorów.

PS. Co ciekawe e—czytelnia ma już nawet wersję mobilną: http://eczytelnia.mobi
---