rssdodaj RSS
---Microsoft i Yahoo, czyli era garażu minęła - Michał Fura
04 lutego 2008

Microsoft i Yahoo, czyli era garażu minęła

Jeszcze nie opadł kurz po ofercie Microsoftu dla Yahoo – wezwanie na 44,6 mld dol. – a już zareagował największy rywal tych dwóch koncernów, inny internetowy koncern – Google. Jego kierownictwo uznało, że oferta przejęcia największego portalu na świecie przez Microsoft narusza przepisy antymonopolowe. Bez względu na to, jak zakończy się ta sprawa, będzie to najszerzej komentowane wydarzenie na rynku internetowym w 2008 roku.

Wczoraj THE WALL STREET JOURNAL doniósł jeszcze, że Eric Schmidt, dyrektor generalny Google, zaproponował Jerry’emu Yangowi z Yahoo! pomoc i współpracę przy projektach internetowych. Wszystko, aby tylko nie oddać pola Microsoftowi.

O co ta walka? Yahoo to największy portal internetowy świata, który jednak stale traci udziały w rynku, musi już zwalniać pracowników, a jego akcje tracą na wartości. Microsotf to największy producent oprogramowania na świecie, który z kolei kompletnie nie radzi sobie w internecie. Jeden i drugi przespał internetową rewolucję, jaką było umasowienie linków sponsorowanych, które wyniosło Google na szczyt.

Microsoft, którego internetowa dywizja w ostatnim kwartale straciła 245 mln dol., robi wszystko, aby zatrzymać rozwój Google. Spółka kupiła więc zaledwie 1,6 proc. udziałów w serwisie społecznościowym Facebook, za 240 mln dol.!, przebijąjąc ofertę Google. THE ECONOMIST tekst opisujący tę transakcję opatrzył niezwykle trafnym podtytułem: „Microsoft zapłaci każde pieniądze, aby nic wcześniej nie trafiło w ręce Google”. Wcześniej koncern z Redmont wydał też 6 mld dol. na spółkę AQuantive, zajmującą się reklamą internetową, a konkurencyjną wobec DoubleClick, którą kupił... Google.

Wszystko, oczywiście po to, aby zająć jak najlepszą pozycję w walce o rosnący dynamicznie tort reklamowy w internecie. eMarketer szacuje, że w 2008 roku amerykański rynek reklamy internetowej wart będzie 27,5 mld dol., z czego 37 proc. to reklama wyświetlana w wyszukiwarkach. Na całym świecie natomiast firmy przeznaczą już na reklamę w sieci około 80 mld dol.

Abstrahując na razie od rozważań, czy Yahoo przyjmie ofertę, czy nie, THE GUARDIAN skoncentrował się na tym, co może przeszkodzić w sukcesie fuzji obu gigantów.

„Połączenie dwóch spółek niemal zawsze prowadzi do łez, spadku wartości, oczywiście, zwolnień, a efekt nigdy nie jest tak dobry, jak wcześniej” – zachęca brytyjski dziennik.

I wymienia problemy, jakie mogą pogrążyć tę fuzję:

Po pierwsze - serwery Yahoo używają systemu zwanego PHP. Ale Microsotf nie lubi PHP, bo jest on darmowy i posiada licencję, która zmusza użytkowników do ujawniania problemami. Microsoft kocha swój system, zwany ASP, do budowania stron internetowych i używa go w Windows Live, obecnym konkurencie Yahoo. Integracja obu koncernów wymagałaby więc albo zastąpieniem PHP systemem ASP, co byłoby drogie i nie przyniosłoby żadnych korzyści dla użytkowników, albo zaakceptowaniem przez Microsoft produktu open source, jakim jest PHP. Co wybierze Bill?

Po drugie – darmowa poczta. Yahoo używa dla niej, oczywiście, systemu open source zwanego FreeBSD. Poczta Microsoftu chodzi na Windowsie. Jeśli Yahoo zrezygnuje z FreeBSD na rzecz Windowsa, koszty licencji będą ogromne. Oczywiście, Microsoft znajdzie sposób, aby to obejść, ale przejście z jednego systemu na drugi będzie spędzać sen z powiek wszystkim menadżerom grupy i może też denerwować użytkowników. Microsoft zrobił podobną rzecz, gdy kupił Hotmaila, ale – znowu – wszystko rozbija się o niezawodność i to, jak wyjdą na tym użytkownicy.

Po trzecie – ludzie. Microsoft nie jest zbyt popularnym miejscem do pracy, firma dawno straciła blask. I choć Yahoo też nie ma opinii zachwycającego pracodawcy, dającego zarobić kokosy, to po połączeniu z Microsoftem wiele osób może zacząć rozsyłać zakurzone dotychczas CV.

Na marginesie, czy oferta M dla Y nie jest ostatecznym końcem historii spółek internetowych, które rozwijały się zgodnie z amerykańskim snem „od garażu do hegemonii”? Od czasu Google, nie powstał już żaden duży gracz tej miary, co spółka Brina i Paga. Oczywiście, był MySpace, YouTube, oraz Facebook, ale czy – mimo zasięgu i liczby użytkowników – to są gracze tej miary i tej siły co Google? Na bazie ich pomysłu powstały potem setki mniejszych serwisów, przyciągajac swoich użytkowników - nie powstały natomiast mniejsze Google. Być częścią jakichś internetowych społeczności możemy, wyszukiwać musimy.

— Kilka lat temu wydawało się, że porządek na tym rynku jest ustalony. Ale pojawiło się dwóch facetów, notabene z dyplomami Stanforda, którzy w garażu stworzyli lepszą wyszukiwarkę. Kto wie, czy dziś w jakimś garażu ktoś nie pisze właśnie lepszego rozwiązania — zastanawiał się w wywiadzie dla GP Artur Waliszewski, szef polskiego oddziału Google.

Czy dziś można jeszcze napisać coś lepszego w garażu...

---