
Działania Grupy ITI, Polsatu i TVP pokazują, jak należy rozumieć powtarzaną dziś jak mantrę przez szefów największych spółek medialnych na świecie zasadę „content is king” oraz co dzieje się wtedy, gdy kompletnie nie ma się o niej pojęcia.
Nowości programowe, zaprezentowane podczas ostatniej konferencji najmniejszej platformy satelitarnej w Polsce n, to kolejny przykład budowania oferty programowej, która ma być unikalna i odróżniać się od konkurencji. Kanał religijny, edukacyjny dla dzieci i młodzieży, kanał z talk-showami zagranicznymi i polskimi, radio tworzone przez najbardziej znane osoby polskiej sceny muzycznej. Wszystko to ma stworzyć wrażenie, że „takie rzeczy tylko u nas”. Gwoli ścisłości należy podreślić, że pozostałe platformy - Cyfrowy Polsat i Cyfra+ - także tworzą swoją ofertę w ten sposób.
Jednak najbardziej dobitnym przykładem tej zasady jest przejęcie od TVP przez TVN Jurka Owsiaka, a więc potencjału telewizyjnego jaki ma on oraz wszystkie związane z nim przedsięwzięcia. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy nie będzie więc już w TVP, choć telewizja publiczna jest (przepraszam – nie jest, lecz powinna być) najlepszym i jedynym miejscem pod tego typu wydarzenia. Tymczasem rywal telewizji publicznej, Grupa ITI – bo tu tak naprawdę nie chodzi platformę n – podarowała Owsiakowi własny kanał, podarowała go osobie, która należy do najbardziej wyrazistych, charyzmatycznych i rozpoznawalnych osobowości telewizyjnych.
To nie pierwszy przykład na to, z jaką łatwością telewizja publiczna pozbywa się swoich aktywów. Wcześniej TVN odebrał jej serial Stawka większa niż życie i już przyciąga nim w niedzielę widzów. To samo robi Polsat, który z kolei przejął serial Czterej pancerni i pies.
Obecny prezes TVP pewnie by się oburzył, jeśli wynikałoby z tekstu, że to on dopuścił do utraty tych programów. Stało się to wcześniej. Prezes Andrzej Urbański nie ukrywał wściekłości na samą myśl, że wykorzystają je teraz komercyjnie jego rynkowi rywale, dając do zrozumienia, że gdyby to od niego zależało, nie dopuściłby do ich utraty. Jak będzie w przyszłości - zobaczymy. Nie wiem, kiedy ostatecznie doszło do rozwodu z TVP Jurka Owsiaka, ale jak pamiętam, pogłoski na ten temat i nie zachęcające go do dalszej współpracy komentarze ludzi telewizji i polityków pojawiały się za prezesury Bronisława Wildsteina. Wszystkie komentarze, które miały uzasadniać pozbycie się Stawki i Pancernych były żałosnym politycznym bełkotem, niestety. Nie chce mi się wchodzić w dyskusję o zgubnym wpływie polityków na media publiczne, traktowane przez nich jak łup, bo to zbyt oczywiste. Dziś znowu pojawiają się informacje, że kandydaci LPR mają zostać szefami kilku ośrodków TVP.
Ktoś może powiedzieć – to tylko dwa seriale, nic wielkiego się nie stało, a TVP jakoś sobie da radę. Jasne, ale pod warunkiem, że nie będzie już pozbywać się swojej oferty, nie będzie tracić produkcji, które mają potencjał i które będzie można wykorzystywać w przyszłości w różnych kanałach dystrybucji. Antena ogólnopolska to dziś nie wszystko, bo jej czas – także czas, jaki będą oglądać ją widzowie – będzie coraz krótszy. Walkę o rynek wygra ten, kogo oferta będzie najszersza i najciekawsza, a nie ten, kto będzie ją uszczuplał, zamiast rozszerzać. W tym pierwszym przypadku będzie to działanie na szkodę spółki. Politycy mają to gdzieś, a będą nawet się z tego cieszyć w myśl zasady „im gorzej, tym lepiej dla nas” – będzie to bowiem kolejny powód do wprowadzania zmian, które mają "uzdrowić telewizję publiczną". Jak dotąd uzdrawiano ją jednak nie tam gdzie trzeba.
