rssdodaj RSS
---Michał Fura - Wpisy z Czerwiec 2009
25 czerwca 2009

Chris Anderson promuje FREE. Wydawcy prasy powinni brać przykład!

Najnowsza książka Chrisa Andersona, redaktora naczelnego magazynu WIRED, zatytułowana ZERO: The Future of Radical Price, ma pojawić się na rynku w lipcu. Zgodnie z ideą opisywaną w książce oferta darmowa to sposób na zainteresowanie i przyciągnięcie klientów, by zaoferować im coś extra — za co już będą chcieli zapłacić. 99 proc. oferuj więc za darmo — twierdzi Anderson — by zarobić na tym 1 procencie, który będziesz sprzedawał. W przypadku jego książki za darmo dostępna będzie będzie jej wersja cyfrowa, ale hardcover czy ładnie wydany audiobook będą już kosztować.

Autor zaczął właśnie promować książkę w sieci. To, jak to robi, może być inspiracją dla wszystkich, którzy stale szukają sposobów zarabiania na rynku — powiedzmy — cyfrowego nadmiaru treści.

Już przy The Long Tail, książki która przyniosła Andersonowi sławę, wykorzystywał on skutecznie w tym celu internet. Wówczas 200 egzemplarzy książki — jak przypomina Anderson — wysłano do bloggerów, którzy obiecali, że ją przeczytają i zamieszczą recenzje, tworząc tzw. długi ogon recenzji. Zadziałało świetnie — jak twierdzi autor — ale czasy się zmieniły (Long Tail ukazało się w 2004 roku, czyli w przypadku internetu lata świetlne temu). Dlatego tym razem rozdawnictwo będzie wielokanałowe. Choć egzemplarzy Anderson rozda nie 200, a 150.

Na swoim blogu Anderson wyjaśnia na czym polegać ma nowy sposób:
„We want to give books to people who will spread the word — as with free digital forms, we think that free is the best form of marketing. Convince us that you’ve got megaphone, microphone od at least know people who know people and we’ll send you a singed book, weeks ahead of publication” — zachęca na swoim blogu.
Są więc dwa sposoby, by otrzymać FREE przed premierą. Anderson zachęca:
1)    Impress us with your cool friends (you get four books!)
2)    Impress us with your social media skillz (you get one book).

W pierszym przypadku trzeba np. napisać mejla o takiej treści (wypełniając oczywiście puste pola):
Subject: Four books please!
I’m___ and I actually know___(impressive person 1)__,__ (less impressive person 2)__and__(impressive to me even if you’ve never heard of them person 3)__. In fact, I know them so well that I know where they live! (Or at least I can ask them for their mailing address). Send me four signed books, and I”ll keep one and send the other along with a personal note from me.
My mailling adress is…

Powiedzmy sobie szczerze, że najnowsza książka Andersona już takiej promocji nie potrzebuje. Autor jest tak znany, że tytuł rozejdzie się, jak świeże bułeczki. Anderson testuje więc sobie internet, jako narzędzie do budowania popytu. Ucieszył się na pewno Malcolm Gladwell, widząc, że opisana przez niego grupa osób zwanych mavenami i łącznikami (mavens, connectors) w książkce Tipping Point, została tu wskazana przez Andersona, jako ta, którą trzeba się pochwalić, by dostać FREE przed premierą.

Autor FREE dotyka też problemu, który mają np. wydawcy prasy. Jak w świecie darmowej informacji, czyli w internecie, zbudować popyt na swoje treści? Jak budować markę w internecie, by przyciągać użytkowników do swoich serwisów i przekonać ich, że część treści (przynajmniej część) jest na tyle wartościowa, że trzeba za nie płacić?
25 czerwca 2009

Kolejni wydawcy rozwijają w Polsce self-publishing, czyli drukowanie na życzenie

Homo Polonicus, opowiadająca o księciu Stanisławczyku książka autorstwa Krystiana Piwowarskiego, najciekawsza zdaniem pisarza Janusza Andermana propozycja prozatorska od lat, to świetny przykład sukcesu self-publishingu (publikowania książek na własną rękę) po polsku.

Autor najpierw opublikował ją bowiem w internecie, a gdy zaczęła cieszyć się uznaniem, kontrakt zaproponowało mu tradycyjne wydawnictwo. To nic innego, jak polski odpowiednik historii Lisy Genovy czy Davida Suareza z USA, którzy najpierw opublikowali na własną rękę swoje książki w sieci (za pośrednictwem specjalnych serwisów self-publishingowych) i dopiero po zdobyciu zainteresowania czytelników, prawa do tytułów kupiły od nich tradycyjne wydawnictwa. Wcześniej — co ważne — zarówno agenci, jak i wydawcy nie widzieli w ich utworach jakiegokolwiek potencjału.

O Homo Polonicus dowiedziałem się od Marka Niedostatkiewicza, właściciel serwisu Eczytelnia.pl, który — jak się okazuje — rozwija biznes self—publishingowy w Polsce równie prężnie, co wydawnictwo Złote Myśli opisane w tekście "Jak stworzyć serwis, który będzie zarabiał na nieodkrytych pisarzach". W komentarzu do niego Marek Niedostatkiewicz pisze:
„Jest w nim kilka trafnych spostrzeżeń, z którymi trzeba się zgodzić. Niemniej zapewne łatwiej się przebić z poradnikiem niż z poezją czy powieścią - stąd m.in. taki sukces „Złotych myśli”. Ale jest też druga strona medalu: kwestia promocji, której narzędziem dla książki jest recenzja. Bez niej nawet dobra książka ma raczej nikłe szanse na zauważenie przez czytelników. Inną formą promocji są fragmenty książek dostępne za darmo. I tutaj przykład naszego pomysłu na promocję, który w jakimś stopniu się sprawdza. Jest nim serwis e-czytelnia [http://www.eczytelnia.pl], w którym autorzy, zanim wydadzą własną książkę z naszą pomocą, mogą bezpłatnie opublikować jej fragmenty. Ten model działa już od 2001 roku - z różnym skutkiem. Najsławniejszym "przypadkiem" był „Homo Polonicus”, który zanim został wydany w formie książki, był publikowany właśnie u nas. Niedawno ukazało się II wydanie tej powieści, ale to już historia na inną opowieść.

Rzeczywiście, możliwość bezpłatnego opublikowania chociażby fragmentu książki to dobry sposób z kilku powodów. Wydawcy pozwala, choćby częściowo, zweryfikować jakość książki i określić potencjalne nią zainteresowanie. Autorowi daje możliwość — w wielu przypadkach po raz pierwszy — na kontakt z potencjalnymi czytelnikami. Może to też działać jako dodatkowa zachęta dla innych przyszłych autorów.

PS. Co ciekawe e—czytelnia ma już nawet wersję mobilną: http://eczytelnia.mobi
08 czerwca 2009

W wojnie wydawców o treści w internecie Google odcina się od portali internetowych

Widać wyraźnie, że coraz ostrzejsza krucjata wydawców prasy przeciwko kradzieżom ich treści w internecie przynosi pierwsze efekty. Choćby w sferze świadomości oraz podejścia do sprawy samych graczy internetowych. Na przykład — co jest jednym z pierwszych, najciekawszych efektów tej batalii — wyraźne odcięcie się Google od portali.

Sięgając jeszcze raz do mojego wywiadu z Arturem Waliszewski, szefem Google w Polsce, na temat żądań wydawców - Google: nie krzywdzimy wydawców, tylko im pomagamy - dwa razy padło z jego ust stwierdzenie, które pokazuje, że wyszukiwarka wcale nie zamierza bronić ramię w ramię z portalami dotychczasowego modelu korzystania z treści wydawców w sieci.

Najpierw Artur Waliszewski mówi:
„Proszę zwrócić uwagę, jak diametralnie różną mamy filozofię działania od portali internetowych. Google News nie zależy, tak jak portalom, na zatrzymaniu u siebie użytkowników, tylko na ułatwianiu im życia i kierowaniu ich do wiarygodnych źródeł informacji.

A potem, w części wywiadu, na którą już w GP nie było miejsca, ale przeklejam ją w całości poniżej, wyraźne odcięcie się od portali pada ponownie.
Pana zdaniem wydawcy sobie poradzą w nowej rzeczywistości? Znajdą model biznesowy, który pozwoli im przetrwać? Niektórzy, jak Rupert Murdoch, mówią o płaceniu za coraz więcej treści.
— Jedni przetrwają, inni pewnie nie. Jak na każdym rynku i w każdym biznesie. Mam nadzieję, że rynek wypracuje jakiś model biznesowy korzystny także dla wydawców, to przecież doświadczone i silne przedsiębiorstwa. Co do płacenia za treści, osobiście nie wierzę, by ten model się upowszechnił i był lekarstwem na problemy wydawców. Nie sądzę, by ktoś chciał płacić za informacje polityczne czy sportowe. Ten model może się sprawdzić tylko w przypadku informacji bardzo specjalistycznej, o dużej wartości dla wąskich grup odbiorców. Ale to nisza. W sieci potrzebnych jest wiele modeli biznesowych, ale moim zdaniem dominującym będzie model reklamowy.
Przyznaję, że nie zazdroszczę wydawcom, bo stoją przed potężnym wyzwaniem i niektórzy są rzeczywiście w trudnym położeniu. Ale to nie jest wina Google’a, to po prostu skutek rewolucji, jaką internet wprowadza na rynek mediów. Wydawcy w pewnym sensie przespali czas, kiedy kształtował się układ sił w internecie. Dzisiaj mobliby być zupełnie gdzie indziej. Od 13 lat jestem w branży internetowej i obserwowałem ten sen. Teraz jest oczywiście trudniej, bo nie da się ukryć, że firmy internetowe, np. portale, wykorzystały swoją szansę i zajęły sporą część internetowej przestrzenii. Ale właśnie dlatego wydawcom powinno zależeć na sukcesie takiego serwisu jak Google News, bo on daje im szanse na zwiększenie udziału swoich serwisów w sieci. Portale im tego nie dadzą, bo im zależy na przyciąganiu użytkowników i jak najdłuższym zatrzymaniu u siebie.

Ok, Google wciąż nie przyznało racji wydawcom w sprawie Google News i będzie bronić obecnego modelu jak niepodległości. Ale — i to pierwszy sukces wydawców prasy — nie staje w obronie modelu portali.

Odmienne interesy portali i Google - z powodu nacisku wydawców prasy - zaczynają się coraz wyraźniej uwidoczniać. To dobrze dla wydawców, bo zrobili pierwszy wyłom w murze, który wydawał się jak do tej pory całkowicie nie do sforsowania.

Teraz pora na ruch portali. Na razie tylko Onet przyznał oficjalnie, że wydawcy powinni więcej zarabiać na treściach i że szykuje nowy model współpracy. Na razie go nie zaprezentował. Inne portale jak na razie nabrały w usta i czekają, licząc, że sprawa przycichnie. Moim zdaniem nie ma na to szans. Będzie ciekawie.
01 czerwca 2009

Wydawcy prasy kontra Google: kto komu więcej zawdzięcza

Komentarz z dzisiejszej Gazety Prawnej: W sporze między wydawcami prasy na świecie a Google jest sporo emocji oraz niejasności. Uściślijmy więc fakty. Wydawcy chcą, aby Google nadal pokazywał ich materiały, ale na innych warunkach.

Niewątpliwie Google News ułatwia ludziom życie. Wchodzisz na jedną stronę i wiesz, co w trawie piszczy. Jeśli zainteresuje cię fragment tekstu, klikasz i lądujesz na stronie wydawcy. Google mówi: ludzie tego chcą, więc im to daliśmy, a wydawcy, jak nigdy dotąd, mogą teraz docierać wszędzie. To prawda.

Ale przecież bez treści wydawców jego serwis byłby dla ludzi bezużyteczny (do pewnego stopnia tyczy się to wszystkich serwisów czy portali). A wydawcy mają przekonanie, że mogliby mieć większe korzyści z tego, że ktoś wykorzystuje ich treści. I to też prawda.

Problem polega na tym, by określić, kto ile komu zawdzięcza. Wydawcy prasy powinni być wdzięczni Google, czy wręcz odwrotnie - to Google powinien być bardziej wdzięczny wydawcom prasy?

Google, oczywiście, broni się przed tym, by przyznać, że zawdzięcza wydawcom więcej. Automatycznie oznaczałoby to bowiem, że musiałby dać im więcej pieniędzy. Ale prędzej czy później będzie musiał wyjść z jakąś nową ofertą współpracy. To samo czeka inne serwisy. Wydawcy już bowiem nie odpuszczą.

Ciekaw jestem, co by było, gdyby wydawcy zagrali va banque. Żeby zrezygnować z obecności w Google News, wystarczy jeden e-mail. Dosłownie. Gdyby takiego e-maila wysłali równocześnie wszyscy wydawcy na świecie, Google News stałby się bezużyteczny.Ale nic takiego, oczywiście, się nie wydarzy.

Zamieścił Michał Fura o 10:07 | Komentarz (1)
01 czerwca 2009

Wydawcy prasy negocjują z Google, ale nie wykluczają przeciwko niemu pozwów

Wydawcy prasy w Polsce nie odpuszczają walki o pieniądze za wykorzystywanie ich materiałów przez portale i serwisy internetowe.

W piątek Izba Wydawców Prasy, która zrzesza firmy z branży, zaprosiła na specjalne spotkanie Artura Waliszewskiego, szefa polskiego oddziału firmy Google. Właściciel największej wyszukiwarki w sieci i serwisu Google News znalazł się na celowniku wydawców na całym świecie w związku z wykorzystywaniem w internecie – za darmo – materiałów prasowych. Serwis pozwala wyszukiwać informacje pochodzące głównie z prasy, gromadząc ich fragmenty i linki. Po kliknięciu internauta trafia do witryny gazety.

Niektórzy wydawcy uważają jednak, że to ogranicza ruch na ich stronach, przez co mniej zarabiają na reklamach. Google News na dodatek zaczął właśnie sprzedaż reklam na swoich amerykańskich stronach. Z tego powodu Europejskie Stowarzyszenie Wydawców Gazet (ENPA) wydało w ubiegłym tygodniu oświadczenie, w którym namawia wydawców, by m.in. skarżyli Google do sądu, żeby uświadomić spółce, jakie szkody wyrządza wydawcom. Chcą oni sami decydować, jakie treści trafiają do Google News i na inne strony, i domagają się, by mogli też ustalać cenę lub kompensację za takie użycie ich materiałów. By rozmawiać m.in. na temat takiej możliwości, IWP spotkała się z przedstawicielem Google.

– Sprawa jest trudna, bo problem jest globalny. Google jest dla nas serwisem partnerskim, cieszymy się ze spotkania, ale to dopiero początek drogi. Nasze postulaty sprowadzają się do dwóch rzeczy: by Google News nie wspierał piractwa naszych treści oraz tego, że powinniśmy więcej na tym zarabiać – powiedział GP Wiesław Podkański, prezes Izby Wydawców Prasy, honorowy prezes wydawnictwa Axel Springer Polska.

To kolejny krok wydawców prasy w poszukiwaniu sposobów na ochronę swoich treści i zarabiania w internecie. Do sieci, która udostępnia większość informacji za darmo, ucieka coraz więcej czytelników, a za nimi – reklamodawców.

O konieczności stworzenia nowego modelu współpracy między wydawcami, czyli producentami drogich treści, a portalami, wyszukiwarkami i innymi serwisami internetowymi, które korzystają z treści i przyciągają użytkowników, mówią wszyscy wydawcy na świecie. Niektórzy chcą stworzyć nowy ład w internecie. W sprawie nie brakuje emocji, mocnych słów i nawoływania do ostrych działań.

Czy to oznacza, że wydawcy w Polsce też pójdą na wojnę z Google?
– Wojna dla samej wojny nie ma sensu, bo wówczas straty ponoszą obie strony. Chcemy rozmawiać i współpracować – odpowiada Wiesław Podkański.

Ale inni wydawcy są nastawieni bardziej bojowo.

– Jeśli będzie trzeba, pójdziemy na wojnę nie tylko z Google, ale ze wszystkimi, którzy kradną nasze treści. Analizujemy sytuację. Po ostatnich rozmowach z prawnikami ustaliliśmy, że to, co robi Google nie jest zgodne z prawem – podkreśla Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych, do których należy m.in. Murator, wydający m.in. Super Express.

Więcej: Spór o treści: wydawcy negocjują z Google, ale nie wykluczają pozwów

01 czerwca 2009

Google: nie krzywdzimy wydawców, tylko im pomagamy

Moja rozmowa z ARTUREM WALISZEWSKIM, szefem polskiego oddziału Google, opublikowana w dzisiejszej GP.

Stowarzyszenie branżowe ENPA namawia wydawców prasy, by skarżyli do sądu Google za wykorzystywanie w serwisie Google News ich treści. Jak napisano, by uświadomić Google'owi krzywdy, jakie wyrządza czytelnikom, dziennikarzom i innym pracownikom. Jak na to zareagujecie?

– Jakie krzywdy? Powiem szczerze, że mam problem z tym oświadczeniem, bo trudno znaleźć w nim racjonalne argumenty, do których można by się ustosunkować.

ENPA trwierdzi, że Google obiecywał, iż nie będzie sprzedawał reklam w Google News, a teraz to robi na amerykańskich stronach serwisu. Zdaniem ENPA, Google zarabia więc kosztem wydawców, nie dzieląc się z nimi pieniędzmi.

– Gwoli ścisłości, nie mamy obecnie planów wprowadzania reklam w Google News poza USA. Ale, co w tym złego, że tam są reklamy? Przecież ewentualny udział tego serwisu w rynku reklamowym będzie niezauważalny, a serwis zarobi tylko na swoje utrzymanie.

Co chwilę jednak niektórzy wydawcy na świecie mówią, że Google bogaci się ich kosztem, a oni nic z tego nie mają. Twierdzą, że Google News ogranicza ruch na ich stronach, bo niektórym wystarczają same nagłówki w waszym serwisie.

– W tym, co mówią niektórzy wydawcy, jest dużo uprzedzeń i po prostu brak znajomości tematu. Google News to wyszukiwarka, która zamieszcza tylko fragmenty informacji i linkuje bezpośrednio do ich źródła. Proszę zwrócić uwagę, jak diametralnie różną mamy filozofię działania od portali internetowych. Google News nie zależy, tak jak portalom, na zatrzymaniu u siebie użytkowników, tylko na ułatwianiu im życia i kierowaniu ich do wiarygodnych źródeł informacji.

Więcej: "Google nie krzywdzi wydawców, tylko im pomaga zwiększyć zasięg w internecie"

---