
Polski telewidz musi zaakceptować zasadę inżyniera Mamonia, który lubi tylko te hity, które już słyszał. Tym bardziej, że telewizyjną ramówką rządzi prosta logika: nie ma pieniędzy z reklam, nie ma nowości. Dlatego świąteczna oferta filmowa największych stacji to odgrzewane kotlety. To samo czeka widzów w przyszłym roku.
Wydaje sie szefowie telewizji kupili maksymę inżyniera Mamonia z Rejsu, który lubi tylko te piosenki, które już słyszał. Dlatego w tegoroczne święta obejrzeliśmy znowu: Kevin sam w domu i Kevin sam w Nowym Jorku, Taxi 3, Cztery wesela i pogrzeb, Polowanie na Czerwony Październik… To tylko niektóre z filmowych, świątecznych propozycji największych telewizji, znanych już widzom doskonale, bo stacje w Polsce pokazywały je już kilkanaście, a w niektórych przypadkach nawet kilkadziesiąt razy z rzędu. Ale logika rządząca telewizyjną ramówką jest prosta: nie ma pieniędzy z reklam, nie ma drogich filmów czy programów.
— Okres świąteczny jest pod względem reklamowym martwy. Ludzie już kupili prezenty, firmy się nie reklamują. Nie możemy więc wydawać pieniędzy na drogie produkcje w tym czasie, bo nie mają szans się sfinansować z reklam — przyznaje w rozmowie z GP przedstawiciel jednej z telewizji. To zasada, którą bez wyjątku wyznają jednak wszystkie telewizje.
Z Forsal.pl: Reklamy uciekają do sieci
Kamil Kieliś prowadzi nieduży pensjonat na wyspie Wolin. Atrakcyjne położenie, ładne pokoje i miła obsługa to — jak podkreśla — połowa sukcesu w tym biznesie. Druga połowa zależy od skutecznej promocji. Pamięta, jak szukał sposobów na reklamę, gdy trzy lata temu startował ze swoim biznesem: — Sprawdzałem kolorowe magazyny poświęcone turystyce, ale reklamy tam były drogie, a po za tym, wszystkie te pisma były nastawione na tych, którzy jeżdżą raczej na Teneryfę, a nie nad polskie morze. Próbowałem też prasy, ale złapałem się na tym, że ja w niej już niczego nie szukam. Dlatego zacząłem się uczyć, jak reklamować się w internecie — mówi.Na reklamę wydaje za to rocznie około 3 tys. zł rocznie. Pieniądze trafią tylko do internetu, a najczęściej — na reklamę wyszukiwarkową i kontekstową. Dzięki temu, jak mówi, do końca pierwszego kwartału każdego roku zawsze ma już zarezerwowane wszystkie miejsca na lato.
To nie jest odosobniony przypadek, ale przykład symbolizujący rewolucję w myśleniu o promocji wzrastajacej liczby małych i średnich przedsiębiorców. Coraz więcej z nich coraz chętniej wydaje pieniądze na reklamę w wyszukiwarkach lub internetowych serwisach ogłoszeniowych...
...czy Jeff Jarvis o tym, co powinni zrobić wydawcy, żeby grać i nie przegrać w internecie!
Ostatnio dzielił się przemyśleniami podczas forum Guardiana. Plik wideo tutaj.

Kryzys, który już wywołuje nerwowe zachowania reklamodawców, najbardziej dotknie prasę regionalną i lokalną. To ona najsilniej odczuje cięcia w budżetach reklamowych - pisze dzisiejszy THE NEW YORK TIMES.
Zdaniem Matthieu Coppeta, analityka UBS, prognozy dla gazet są najgorsze w historii tego medium. Ale z banków płyną ostatnio same złe wiadomości. Natomiast Martin Sorrel, szef WPP, trochę uspokaja, twierdząc, że choć w pierwszej połowie przyszłego roku presja będzie ogromna, to w drugiej połowie przyszłego roku powinno być lepiej.
“The real world won’t change for the better till 2010,” he added, “when greed has overcome fear yet again.”
Mariusz, 32-letni pracownik jednej z dużych agencji public relations, jeszcze na początku tego roku mógł przebierać w ofertach pracy. Telefon z propozycjami przejścia do konkurencji dzwonił kilka razy w miesiącu. – Można było rozmawiać niemal o każdych pieniądzach – wspomina.
Dziś telefon z ofertami milczy jak zaklęty. Dzwonią za to jego znajomi z innych agencji, przerażeni wizją utraty pracy, jeśli korytarzowe plotki okażą się prawdą i niektórzy klienci nie przedłużą kontraktów.
To pierwsze oznaki tego, że rynek pracownika – ogromnej liczby ofert i negocjowania wysokich pensji – już się kończy. Nie tylko we wrażliwej na koniunkturę, choć niewielkiej, branży public relations i marketingu, ale w znacznie większych i zatrudniających więcej osób – branży motoryzacyjnej, produkcji, nieruchomościach.
Zaczyna się rynek pracodawcy — możliwość przebierania w aplikacjach najlepszych kandydatów do pracy i koniec problemu ze spełnieniem niebotycznych żądań płacowych kandydatów.
Więcej: Gospodarka zwolni - będą redukcje. Popatrz kto pierwszy straci pracę...
Pobawmy się w futurologów: czy Google wprowadzi w przyszłości opłaty za usługi, a my będziemy musieli się na nie zgodzić, bo nie będzie innego wyjścia?:)
Ponad połowa internautów w USA przyznała, że byłaby skłonna
zapłacić miesięcznie dwa dolary za korzystanie z bezpłatnej dziś wyszukiwarki
Google. Jest jednak mało prawdopodobne, że zapłaciliby nawet tak niską kwotę,
gdyby dziś pojawił się taki wymóg. Co innego, jeśli nie będą mieli innej
możliwości przeszukiwania sieci.
Eksperci i obserwatorzy rynku nie od dziś porównują Google do
monopolisty na rynku oprogramowania - amerykańskiego koncernu Microsoft. Od lat
należy do niego przeszło 90 proc. rynku - większość firm i osób prywatnych
korzysta z systemu Windows i opramowania Microsoft Office. Google natomiast na
większości rynków jest najczęściej odwiedzanym serwisem (posiada ponad 90-proc.
zasięg wśród internautów). Już nawet coraz częściej mówi się, że można coś
znaleźć w Google, a nie poszukać czegoś w wyszukiwarce internetowej.
Amerykańska spółka - podobnie jak Microsoft - oferuje coraz więcej usług do
pracy w biurze i w domu: pocztę e-mail, aplikacje biurowe czy przeglądarkę
internetową.
- Na razie wszystko jest za darmo, ale co się stanie, jeśli nie
będzie alternatywy i jedyną dostępną ofertą na rynku będzie oferta Google? -
zastanawiają się niektórzy eksperci.
Wyniki badań wykonanych przez Rubicon Consulting musiały dać
twórcom Google dużo do myślenia. Aż 52 proc. spośród 5 tys. internautów
ankietowanych w USA i Unii Europejskiej przyznało, że byłoby skłonnych zapłacić
miesięcznie 2 dolary, aby korzystać z wyszukiwarki Google. Zaledwie 22 proc.
przyznało, że płaciłoby za korzystanie z portalu Yahoo, 19 proc. z serwisu
YouTube, a 18 proc. - z Wikipedii. Jeszcze mniej (17 proc.) zapłaciłoby za
korzystanie z serwisu społecznościowego Facebook, 16 proc. z platformy
aukcyjnej eBay, a tylko 12 proc. - z innego serwisu grupującego społeczności
MySpace.
Wniosek? Odsetek internautów gotowych płacić za usługę jest tym
większy, im bardziej jest ona niezbędna. Wielu osobom trudno wyobrazić sobie
funkcjonowanie w sieci bez Google. Bez odwiedzania portali czy serwisów wideo
można się obejść. Dlatego nie wszyscy właściciele e-biznesów mogą liczyć na to,
że kiedyś wprowadzą opłaty za dostęp.
Nie trzeba było długo czekać, by historia się powtórzyła - kolejna spółka zwinęła przyczółek zagraniczny, by okopać się na głównych pozycjach. Tym razem zrobiła to Agora na Ukrainie, zachowując się w zasadzie podobnie do Grupy Spiegel, która zamknęła Manager Magazin. Presserwis podaje, że Agora przedwczoraj wypowiedziała umowy o pracę ponad dwudziestu osobom zatrudnionym w jej ukraińskiej spółce wydawniczej". Zwolniła więc większość kadry. Jedyna różnica polega na tym, że Agora nie zamknęła ukraińskiej spółki, podczas gdy Spiegel zamknął polską.
Urszula Strych-Szwed, rzecznik prasowy Agory, skomentowała tę informację w Presserwisie w taki sposób: "Jak w każdym obszarze, model biznesowy naszej działalności na Ukrainie dostosowujemy do bieżącej sytuacji rynkowej. To dla nas inspirujący rynek, na którym chcemy się sukcesywnie rozwijać".
A bieżąca sytuacja rynkowa, to - oczywiście - kryzys. Presserwis podaje, że Agora pracowała równolegle nad trzema pismami, których pewnie teraz nie wyda.
Inni wydawcy przyjęli ruch Agory ze zrozumieniem:
"Sytuacja
ekonomiczna na Ukrainie bardzo się pogorszyła. Kryzys tam już jest i
ciężko w tym momencie inwestować w tytuły, które opierają się na
przychodach z reklam" - powiedziała Presserwisowi Agnieszka Anielska, prezes wydawnictwa
Murator .
"To jest bardzo rozsądna decyzja w kontekście działalności wydawniczej w obecnym kryzysie finansowym. Rozpoczynanie projektu w czasie turbulencji ekonomicznych nie miałoby teraz sensu. Nic nie wyklucza, że Agora może powrócić tam za rok czy dwa" – dodała Ewa Redel-Bydłowska, wiceprezes zarządu Edipresse Polska.
Cały tekst Presserwisu: Agora zwalnia pracowników na Ukrainie
Seria fatalnych wiadomości tylko z dwóch ostatnich dni i tylko z jednego źródła - dziennika THE NEW YORK TIMES:
1. Publishers announces stuff cuts: In a day of especially grim news for the book business, Random House, the world’s largest publisher of consumer books, announced a sweeping reorganization aimed at trimming costs, while Simon & Schuster laid off 35 people.
2. Jobs slashed at Viacom and NBC Universal: The downturn in the media industry got even deeper Thursday, as more than 1,300 people who work at Viacom and NBC Universal lost their jobs.
3. CNN science coverage imploding: CNN is eliminating its seven-person unit covering science, the environment, and technology, saying its “Planet in Peril” programs do the trick. Curtis Brainard, who assesses environmental coverage for the Columbia Journalism Review online, in a comprehensive piece on the move, said: “[T]he decision to eliminate the positions seems particularly misguided at a time when world events would seem to warrant expanding science and environmental staff.
Nieudolność kolejnych prezesów, złe zarządzanie, exodus top managementu, ogromne inwestycje i brak rentowności - to przyczyny zamknięcia Manager Magazin zdaniem Krzysztofa Urbanowicza, o których pisze na swoim blogu. Nie do końca się zgodzę.
"Myślę, że nadchodzący kryzys nie jest główną przyczyną tej decyzji. To tylko pretekst do zlikwidowania nierentownego i coraz mniej perspektywicznego pisma. Prawdziwym powodem były zbyt niskie przychody pisma oraz nieudolne zarządzanie dwóch kolejnych prezesów magazynu, którzy nie potrafili stworzyć sensownej strategii rozwoju."
Ja też myślę, że nadchodzący kryzys nie jest główną przyczyną tej decyzji. To tylko pretekst do wycofania się z polskiego rynku w związku - jak słyszałem - zmianą strategii nowego prezesa, który nie chciał już prowadzić biznesu w Polsce. To oczywiście zrozumiałe. Jeden tytuł w Polsce, to niewiele dla takiego wydawnictwa jak Grupa Spiegel. W takiej sytuacji łatwiej zamknąć pismo w Polsce niż nawet sto razy gorzej prosperujące pismo w Niemczech. Szczególnie, gdy zbliża się recesja.
Ale to zupełnie co innego, niż zamknięcie pisma z powodu nierentowności i braku perspektyw. Rentowność się zbliżała, zresztą zgodnie z planem. A perspektywy - uważam - pismo miało bardzo duże. Obok Forbesa, to jedyny liczący się magazyn w tym segmencie i myślę, że na rynku jest miejsce dla obu tytułów. Szkoda, że Spiegel nie dał Managerowi szansy i się poddał. Zamknięcie pisma pomoże wydawnictwu Axel Springer Polska, wydającemu Forbesa, w zwiększeniu przychodów reklamowych. O pieniądze na pewno łatwiej będzie też walczyć Businessman.pl, magazynowi wydawanemu przez Migut Media, a także dziennikom biznesowym.
Niemiecka Grupa Spiegel, właściciel spółki Manager Media, wydawcy miesięcznika Manager Magazin, zdecydowała o zamknięciu polskiej edycji miesięcznika Manager Magazin. Styczniowy numer będzie ostatnim - dowiedziała się GP.
Te informacje przywiózł wczoraj do Polski Michael Voss, dyrektor wydawniczy Manager Magazin w Niemczech.
To decyzja zaskakująca. Miesięcznik zajmuje drugie miejsce na rynku pod względem sprzedaży ze średnim wynikiem 32 tys. egz., ustępując polskiej wersji Forbesa, wydawanej przez Axel Springer Polska. Jak wynika z informacji GP, tytuł był już bardzo bliski osiągnięcia rentowności.
Gdy banki zaostrzają kryteria wobec kredytobiorców, do akcji wchodzą internetowe serwisy pożyczkowe. Wartość mikropożyczek udzielanych za ich pośrednictwem użytkownikom stron www przekroczyła już 8 mln zł i ciągle rośnie.
Internetowe serwisy social lending ruszyły na początku tego roku, a do dziś internauci pożyczyli sobie za ich pośrednictwem ponad 8 mln zł. W porównaniu do pieniędzy jakimi obracają tradycyjne banki, wyniki social lending to wciąż kropla w morzu, jednak tak szybki wzrost liczby pożyczkobiorców jak i kwot, jakie przechodzą przez te serwisy, pokazuje wzrost zaufania do siebie Polaków.
Dla samych serwisów i ich właścicieli to dopiero początek szukania sposobów na zwiększenie liczby użytkowników, poprawienie bezpieczeństwa i wiarygodności, a także wprowadzenia nowych sposobów zwiększania przychodów. Walka o rynek dopiero się zaczęła, a cel najważniejszy to — zacząć wreszcie zarabiać.
Nie wszyscy internauci traktują ten pomysł poważnie
„Chyba kogoś naprawdę nieźle pogięło. A jaki w tym zysk, skoro na lokacie co najmniej taki sam procent, a pewność znacznie większa?!” — to jeden z wielu komentarzy, które pojawiają się na forach internetowych dotyczących pożyczek w Internecie.
Mimo że takich, pełnych wątpliwości, komentarzy na temat społecznościowych serwisów pożyczkowych w Internecie nie brakuje, nie zniechęciło to jak na razie internautów do pożyczania sobie nawzajem pieniędzy za pośrednictwem Kokos.pl, Monetto.pl i Finansowo.pl.
Nie odstrasza ich także bardzo wysokie oprocentowanie zaciągniętych w ten sposób pożyczek, które przekracza średnio 20 proc., a często potrafi sięgnąć nawet 30 proc.
