rssdodaj RSS
---Michał Fura - Wpisy z Luty 2008
21 lutego 2008

Electric Marek, czyli prezes Agory w oczach zagranicznych analityków

Polscy analitycy mają poczucie humoru, niektórzy nawet ogromne, ale w przygotowywanych raportach ograniczają się do faktów i analiz, bez upiększeń. Co innego analitycy zagraniczni.


David Kadarauch, analityk Wood&Company w Pradze, który zajmuje się – co w języku analityków giełdowych nazywa się pięknie „coverowaniem” – Agorą, wydawcą m.in. Gazety Wyborczej i portalu Gazeta.pl, w opublikowanym dziś raporcie omawiającym nową strategię spółki, nazywa prezesa Marka Sowę – Electric Marek. Electric Marek said; Electric Marek promised; itd. To oczywiście nawiązanie do poprzednich obszarów działania obecnego prezesa Agory, czyli szeroko rozumianych mediów elektronicznych, ale także – do kierunku, jaki ma obrać Agora, czyli wejścia w media elektroniczne.

Jednak raport analityka giełdowego to nie newsletter z dowcipami, lecz poważna publikacja z wynikami i formułowanymi na ich podstawie prognozami, trafiający codziennie na biurka inwestorów i poważnych instytucji finansowych, które potem podejmują m.in. na ich podstawie poważne decyzje biznesowe. Wczorajszy raport Kadaraucha wywował salwy śmiechu nie tylko w wielu biurach maklerskich, redakcjach, a nawet w siedzibie Agory, ale także zdziwienie. Żaden analityk czegoś takiego jeszcze nie zrobił! Ja przynajmniej nie słyszałem:) Electric Marek to bowiem nie wszystko. Kadarauch ocenę wyników i strategii Agory ubrał w słowa piosenki słowa piosenki Eddy’ego Granta.

Żeby nie psuć efektu nieudolnym tłumaczeniem, przeklejam tytuł raportu w oryginale.

Agora: Electric Avenue
Good God** we gonna rock down to Electric Avenue, and then we'll take it [higher?]*

Prawdziwą perełką jest jednak legenda, którą napisał poniżej. Oto ona:

* internet valuations, possibly; Agora's share price, possibly not; ** some praying might be helpful too

Tekst tej piosenki nieźle zresztą pasuje do sytuacji Agory. Przeklejam fragment, pozwalając sobie na zupełnie dowolne tłumaczenie na język realiów polskiego rynku:

Down in the street there is violence (konkurencja na rynku wyrzyna się bezlitośnie)
And a lots of work to be done (trzeba więc w coś inwestować, bo inaczej kaplica)
No place to hang out our washing (Nie można wiecznie trzymać w kieszeni 1 mld zł gotówki, rozpamiętując, że nie udało się kupić Polsatu, gdy jeszcze był tani)
And I can't blame all on the sun, oh no (Ha, na szczęście Springerowi też się nie udało)

Tu wchodzi znany już refren - We gonna rock down to Electric Avenue, And then we'll take it higher - w tłumaczeniu Kadaraucha. I kolejna zwrotka:)

Workin' so hard like a soldier (trzeba ostro wziąć się za internet i zapomnieć o analogowej telewizji, przynoszącej dziś kokosy)
Can't afford a thing on TV (ok, nie stać nas na nią, ale za kilka lat nie będzie już przynosić takich kokosów, jak dziś – Good God, please, oby stało się to jak najszybciej – a wtedy zobaczymy, he, he)
Deep in my heart I'm a warrior (codziennie rano wszyscy powtarzamy: content is king)
Can't get food for them kid, good God (a internet to żyła złota, przynajmniej się o to modlimy)

Ot, taka pieśń wydawców...

Update: dla ścisłości, cały raport analityka Wood'a, poza upiększeniami w stylu Electric Marek, rzeczowo analizował strategię Agory. Rekomendacja Kadaraucha na koniec: NEGATIVE.
13 lutego 2008

Gdy spada poparcie dla Busha, spada oglądalność "24"

W USA skończył się właśnie strajk scenarzystów, więc wszyscy zacięrają ręce. Fani, bo wreszcie wyjaśni się, kiedy pojawią się kolejne serie ich ulubionych seriali. Sieci telewizyjne, bo na antenę wrócą produckje przyciągające reklamodawców.

Jednym z takich tytułów jest serial 24, którego kolejny sezon pojawić się ma jesienią 2008 lub wiosną 2009 roku. Te przesunięcia, w przeciwieństwie jednak od innych produkcji, wcale nie są spowodowane strajkiem scenarzystów, lecz... coraz większą niechęcią do administracji obecnego prezydenta Georga W. Busha.

Producenci “24” - jak pisze dziennik THE WALL STREET JOURNAL - mają problem, bo wraz z rosnącą wśród Amerykanów dezaprobatą dla stosującej tortury administracji Georga W. Busha, na łeb na szyję lecą też słupki oglądalności serialu z Jackiem Bauerem. Grany przez Kiefera Sutherlanda agent tajnej amerykańskiej jednostki do walki z terroryzmem, którego priorytetem jest zawsze bezpieczeństwo narodowe, zrobi wszystko, aby zdobyć cenne informach. Wszystko, czyli także zastosuje tortury.

O ile na początku, zaraz po atakach 11 września, taka postawa nie raziła Amerykanów, o tyle później, w miarę jak media ujawniały informację o torturach w więzieniu Abu Graib, a potem o podtapianiu więźniów, w mediach pojawiały się coraz głośniej krytyczne głosy pod adresem producentów 24. Zarzucano im, że promują, a nawet uzasadniają konieczność stosowania tortur.

To problem i to nie byle jaki. Spadek akceptacji widzów, to spadek oglądalności, a to - spadek wpływów z reklam. Kurze znoszącej złote jaja ktoś podrzyna gardło... W tym przypadku jest to kura Ruperta Murdocha, do którego należy News Corp., a więc FOX Broadcasting Co., właściciel serialu. Nie trzeba przypominać, że Murdoch wspiera administrację Busha, choćby za pośrednictwem swojego całodobowego kanału informacyjnego FOX News.

THE WALL STREET JOURNAL (który od niedawna, niestety, też jest w rękach Murdocha) świetnie pokazuje, jak producenci serialu dwoją się i troją nad dalszym ciągiem historii, tak aby z jednej nie przyznawać wprost, że Jack Bauer to drań, który uznał, że tortury były złe i teraz idzie odkupić swoje winy do klasztoru, a z drugiej - nie odstraszać dalej widzów pochwałą dla tortur. Musieli znaleźć złoty środek, który uratuje show.

Wymyślili więc, że w kolejnym sezonie obok Bauera pojawi się nowa twarzy, tym razem agentka, która przyciągnie do siebie trochę uwagi. W zamyśle jest podobna do Jacka, ale we wcześniejszym etapie jego kariery. Bauer będzie działał dalej, choć najpierw czeka go wizyta w Waszyngtonie, gdzie usłyszy, że robił źle, ale będzie bronił swojej taktyki.

- Zamiast pozbywać się świetnego show, przepraszać i unieważniać cały dorobek, zdecydowaliśmy, że będziemy go bronić – podsumował Howard Gordon, główny scenarzysta serialu.
07 lutego 2008

Google płacze, Murdoch się cieszy

Szum wokół serwisów społecznościowych cichnie w zestawieniu z twardymi danymi na temat ich wyników finansowych. „Serwisy społecznościowe rozczarowują” – pisze w tekście na ten temat dziennik THE WALL STREET JOURNAL.

Szydło wyszło z worka przy okazji publikacji ubiegłorocznych wyników finansowych Google, w tym wyników czwartego kwartału, które kompletnie rozczarowały inwestorów. Kierownictwo Google przyznało przy tej okazji, że zarobiło mniej niż oczekiwało z reklam w tzw. serwisach społecznościowych, a w przypadku Google, chodzi m.in. o serwis video YouTube. Problemem, według spółki, jest cały czas znalezienie optymalnego sposobu sprzedaży i prezentacji reklam.

- Znalezienie właściwej kombinacji zajmie nam więcej czasu niż sądziłem – przyznał Eric Schmidt, prezes Google.

To, co na razie spędza sen z powiek właścicielom największej na świecie wyszukiwarki internetowej, nie martwi natomiast Ruperta Murdocha, kontrolującego koncern News Corp., do którego należy z kolei inny serwis z gatunku społecznościowych – MySpace.com. I to wcale nie dlatego, że u niego reklamy sprzedają się lepiej, bo tak nie jest, ale dlatego, że jego biznesowy spryt po raz kolejny pozwoli mu zarobić, mimo, że inni tracą. Reklamy w MySpace sprzedaje bowiem właśnie Google, a na mocy podpisanego na trzy lata kontraktu, spółka Brina i Page musi zapłacić Murdochowi co najmniej 900 mln dol. I bez względu na to, czy reklamy sprzedają się dobrze, źle albo wcale. Wyniki za IV kwartał oczywiście przeraziły Google, bo choć spółka nie zakładała, że od razu zarobi na rachunek dla Murdocha, to nie sądziła jednak, że będzie musiała dołożyć do niego aż tak dużo. Oto prawdziwy deal na bańce społecznościowej:)

04 lutego 2008

Microsoft i Yahoo, czyli era garażu minęła

Jeszcze nie opadł kurz po ofercie Microsoftu dla Yahoo – wezwanie na 44,6 mld dol. – a już zareagował największy rywal tych dwóch koncernów, inny internetowy koncern – Google. Jego kierownictwo uznało, że oferta przejęcia największego portalu na świecie przez Microsoft narusza przepisy antymonopolowe. Bez względu na to, jak zakończy się ta sprawa, będzie to najszerzej komentowane wydarzenie na rynku internetowym w 2008 roku.

Wczoraj THE WALL STREET JOURNAL doniósł jeszcze, że Eric Schmidt, dyrektor generalny Google, zaproponował Jerry’emu Yangowi z Yahoo! pomoc i współpracę przy projektach internetowych. Wszystko, aby tylko nie oddać pola Microsoftowi.

O co ta walka? Yahoo to największy portal internetowy świata, który jednak stale traci udziały w rynku, musi już zwalniać pracowników, a jego akcje tracą na wartości. Microsotf to największy producent oprogramowania na świecie, który z kolei kompletnie nie radzi sobie w internecie. Jeden i drugi przespał internetową rewolucję, jaką było umasowienie linków sponsorowanych, które wyniosło Google na szczyt.

Microsoft, którego internetowa dywizja w ostatnim kwartale straciła 245 mln dol., robi wszystko, aby zatrzymać rozwój Google. Spółka kupiła więc zaledwie 1,6 proc. udziałów w serwisie społecznościowym Facebook, za 240 mln dol.!, przebijąjąc ofertę Google. THE ECONOMIST tekst opisujący tę transakcję opatrzył niezwykle trafnym podtytułem: „Microsoft zapłaci każde pieniądze, aby nic wcześniej nie trafiło w ręce Google”. Wcześniej koncern z Redmont wydał też 6 mld dol. na spółkę AQuantive, zajmującą się reklamą internetową, a konkurencyjną wobec DoubleClick, którą kupił... Google.

Wszystko, oczywiście po to, aby zająć jak najlepszą pozycję w walce o rosnący dynamicznie tort reklamowy w internecie. eMarketer szacuje, że w 2008 roku amerykański rynek reklamy internetowej wart będzie 27,5 mld dol., z czego 37 proc. to reklama wyświetlana w wyszukiwarkach. Na całym świecie natomiast firmy przeznaczą już na reklamę w sieci około 80 mld dol.

Abstrahując na razie od rozważań, czy Yahoo przyjmie ofertę, czy nie, THE GUARDIAN skoncentrował się na tym, co może przeszkodzić w sukcesie fuzji obu gigantów.

„Połączenie dwóch spółek niemal zawsze prowadzi do łez, spadku wartości, oczywiście, zwolnień, a efekt nigdy nie jest tak dobry, jak wcześniej” – zachęca brytyjski dziennik.

I wymienia problemy, jakie mogą pogrążyć tę fuzję:

Po pierwsze - serwery Yahoo używają systemu zwanego PHP. Ale Microsotf nie lubi PHP, bo jest on darmowy i posiada licencję, która zmusza użytkowników do ujawniania problemami. Microsoft kocha swój system, zwany ASP, do budowania stron internetowych i używa go w Windows Live, obecnym konkurencie Yahoo. Integracja obu koncernów wymagałaby więc albo zastąpieniem PHP systemem ASP, co byłoby drogie i nie przyniosłoby żadnych korzyści dla użytkowników, albo zaakceptowaniem przez Microsoft produktu open source, jakim jest PHP. Co wybierze Bill?

Po drugie – darmowa poczta. Yahoo używa dla niej, oczywiście, systemu open source zwanego FreeBSD. Poczta Microsoftu chodzi na Windowsie. Jeśli Yahoo zrezygnuje z FreeBSD na rzecz Windowsa, koszty licencji będą ogromne. Oczywiście, Microsoft znajdzie sposób, aby to obejść, ale przejście z jednego systemu na drugi będzie spędzać sen z powiek wszystkim menadżerom grupy i może też denerwować użytkowników. Microsoft zrobił podobną rzecz, gdy kupił Hotmaila, ale – znowu – wszystko rozbija się o niezawodność i to, jak wyjdą na tym użytkownicy.

Po trzecie – ludzie. Microsoft nie jest zbyt popularnym miejscem do pracy, firma dawno straciła blask. I choć Yahoo też nie ma opinii zachwycającego pracodawcy, dającego zarobić kokosy, to po połączeniu z Microsoftem wiele osób może zacząć rozsyłać zakurzone dotychczas CV.

Na marginesie, czy oferta M dla Y nie jest ostatecznym końcem historii spółek internetowych, które rozwijały się zgodnie z amerykańskim snem „od garażu do hegemonii”? Od czasu Google, nie powstał już żaden duży gracz tej miary, co spółka Brina i Paga. Oczywiście, był MySpace, YouTube, oraz Facebook, ale czy – mimo zasięgu i liczby użytkowników – to są gracze tej miary i tej siły co Google? Na bazie ich pomysłu powstały potem setki mniejszych serwisów, przyciągajac swoich użytkowników - nie powstały natomiast mniejsze Google. Być częścią jakichś internetowych społeczności możemy, wyszukiwać musimy.

— Kilka lat temu wydawało się, że porządek na tym rynku jest ustalony. Ale pojawiło się dwóch facetów, notabene z dyplomami Stanforda, którzy w garażu stworzyli lepszą wyszukiwarkę. Kto wie, czy dziś w jakimś garażu ktoś nie pisze właśnie lepszego rozwiązania — zastanawiał się w wywiadzie dla GP Artur Waliszewski, szef polskiego oddziału Google.

Czy dziś można jeszcze napisać coś lepszego w garażu...

---