
Krzysztof Urbanowicz kreśli na swoim blogu 5 scenariuszy dla ogólnopolskiej gazety Polskapresse. Generalnie sprowadzają się one do dwóch możliwości.
1. Sukces w dwóch wariantach. Polskapresse dogaduje się z Mecomem, powstaje wielki dziennik, reklamodawcy walą drzwiami i oknami, a Agora i Axel Springer rwą włosy z głowy, bo nie wiedzą, jak walczyć z odpływem reklamodawców. Albo – Mecom sprzedaje dzienniki regionalne Polskapresse i niemiecki wydawca realizuje z sukcesem swoją koncepcję.
3. Porażka w trzech wariantach. W pierwszym, Mecom zgadza się na współprace, ale projekt się nie przyjmuje, więc brytyjski fundusz zrywa umowę. W drugim, Mecom jest gotowy wejść w projekt w przyszłości, więc Polskapresse ryzykuje, wprowadzając tytuł samemu. Nie udaje się i Mecom mówi nie. W trzecim, Mecom mówi nie, podobnie jak inni wydawcy, z którymi rozmawia Polskapresse, więc projekt ostatecznie w ogóle nie wchodzi na rynek.
Autor uważa, że najbardziej prawdopodobny jest na dziś scenariusz czwarty lub piąty, czyli tak czy owak – porażka.
Wszyscy obserwatorzy rynku zgodnie podkreślają, że kluczem do sukcesu projektu jest pokrycie dziennikiem całego kraju. Do tego potrzebna jest współpraca – w jakiejkolwiek formie – współwłaściciela Rzeczpospolitej i Mediów Regionalnych, bo Polskapresse nie wszedzie ma dzienniki regionalne, które mają być w swoich regionach istotną wartością dodaną do gazety ogólnopolskiej. Problem w tym, że właściciele Rzepy postrzegają projekt Polskapresse jako konkurencję dla tytułu kierowanego przez Pawła Lisickiego. W Mediach Regionalnych nie ma natomiast kompletnie zrozumienia dla koncepcji Polskapresse. Z drugiej strony, ekipa Polskapresse wykazuje totalny spokój jeśli chodzi o przyszłość projektu. A sam Tomasz Wróblewski mówi, że współpraca z Mecom jest możliwa.
Albo więc Polskapresse robi dobrą minę do złej gry, albo obie strony – czyli i Polskapresse i Mecom – wiedzą coś, o czym nie wiedzą inni.
Czy Mecom zgodziłby się sprzedać Media Regionalne? Z pewnością, pytanie tylko kiedy. Od kupna polskiej Orkli minął dopiero rok. To chyba za krótko, aby wyprowadzić spółkę do rentowności 15 proc., jaką zakładał David Montgomery albo jeszcze wyższej. Mecom to przecież fundusz. Jego cel to kupić, ściąć koszty i sprzedać z zyskiem. Można więc założyć, że Mecom byłby gotowy sprzedać Media Regionalne nie wcześniej niż w połowie przyszłego roku albo na początku roku 2009. Nie sądzę, aby Polskapresse mogło tyle czekać.
Chyba, że... No właśnie, chyba, że już dziś zapukałby do Montgomerego ktoś, kto gotowy byłby zapłacić za aktywa Mecomu w Polsce premię. Premię, jakiej na dzisiejszym etapie nie wyłoży żaden fundusz ani inwestor branżowy.
Taką osobą jest – tak, tak – Rupert Murdoch we własnej osobie. Niedawno udowodnił to proponując za akcje Dow Jones, właściciela dziennika The Wall Street Journal, o ponad 60 proc. od wartości rynkowej.
Nie sądzę, by kupno aktywów Mecomu w Polsce było dla News Corp. jakimś wyjątkowym wysiłkiem finansowym, za to pozwala magnatowi medialnemu na znaczne przyśpieszenie ekspansji na polskim rynku. I daje mu znacznie większą siłę oddziaływania na opinię publiczną, a przede wszystkim polityków.
Ktoś może powiedzieć, że Murdoch nie zgodziłby się na kupno 11 tytułów regionalnych i udziałów w Rzeczpospolitej, bo z jego punktu widzenia to żaden biznes. Poza tym, podobno sam powiedział, że nie kupuje gazet, których nie może przeczytać po angielsku.
Tyle, że w całej swojej dotychczasowej karierze, Rupert Murdocha wielokrotnie obiecywał, że nie będzie ingerował w pracę redakcji gazet, które przejmował. A potem regularnie łamał te obietnice. Świetny portret magnata nakreślił przed dwoma tygodniami amerykański The New Yorker w artykule „Obietnice, obietnice”. Autor, Ken Auletta, pokazuje, że Murdoch kupuje i utrzymuje gazety nie po to, aby na nich zarabiać. Bo wiele z jego czołowych tytułów nie osiągnęło rentowności od ponad 20 lat. Murdoch kupuje gazety, żeby używać ich, jako środka nacisku i walki; do obrony tych biznesów, które przynoszą mu krociowe zyski. W Polsce zyski ma mu zapewnić w przyszłości telewizja cyfrowa, o którą pewnie będzie chciał powalczyć, rozwijając dziś Telewizję Puls. Kto wie, jaka partia będzie rządzić za cztery, czy pięć lat, a bez wątpienia w rozdziale częstotliwości cyfrowych polityka odgrywać będzie sporą rolę. Konserwatywny w poglądach Rupert Murdoch nie każdemu musi się podobać. Warto więc mieć wiele środków oddziaływania na opinię publiczną, a dziś takim środkiem wciąż jest prasa.
Egzotyczne? W gabinetach największych graczy medialnego rynku taki scenariusz był już analizowany:)))
Okazuje się, że dziennikarstwo obywatelskie nie powstało wcale w erze internetu. Jego początki na ziemiach polskich sięgają czasów, gdy nikomu jeszcze nie śniło się coś takiego jak komputer. Wszystko działo się w kilka lat po wojnie, na nowo odzyskanych ziemiach zachodnich, w mieście Szczecinie na rzeką Odrą, w roku 1951, w redakcji Głosu Szczecińskiego, ówczesnego organu KW (komitetu wojewódzkiego) PZPR, czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kto by pomyślał:)
W poniedziałkowym wydaniu 15 stycznia, na prawej szpalcie na pierwszej stronie, Głos zamieścił relacje pod zachęcająco brzmiącym tytułem:
„Każdy przodownik pracy, racjonalizator i agitator partyjny korespondentem Głosu Szczecińskiego. Narada Redakcji Głosu Szczecińskiego z korespondentami i przodownikami pracy ZPS (Zarząd Portu Szczecin – przyp.)”.
Tekst jest tak cudowny, że – co tam – zacytuje prawie w całości, choć muszę całość przepisać.
„Na naradę przybyli robotnicy, trymerzy, sztauerzy i dźwigowi ze wszystkich nabrzeży w naszym porcie. Tematem narady, która zgromadziła szeroki aktyw ZPS, było zagadnienie dalszego usprawnienia pracy w porcie szczecińskim i wynikających stąd aktualnych zadań korespondentów portowych naszej gazety” – relacjonuje redakcja.
O tym, jak poważna i odpowiedzialna jest rola korespondenta w obronie którego parta i rząd wydały ostatnio specjalne uchwały – mówił redaktor naczelny Głosu Szczecińskiego tow. ADAM PERŁOWSKI.
Niezwykle ożywiona dyskusja, jaka wywiązała się po referacie kierownika działu morskiego Głosu Szczecińskiego tow. BŁAHIJA o dotychczasowej pracy korespondentów portowych, wskazała korespondentom całe bogactwo tematyki, o której winni pamiętać, pisząc do swojej gazety”.
Teraz mój ulubiony fragment:
„Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR tow. KAPR, zabierając głos w dyskusji, podkreślił szczególnie doniosłą rolę korespondenta portowego w kształtowaniu i wychowywaniu nowego robotnika, nowego dźwigowego i ekspedienta naszego portu – nowego portowca, człowieka oddanego sprawie portu szczecińskiego, sprawie Planu 6- letniego.
- Umiera stare, rośnie nowe – powiedział tow. Karp do korespondentów – i trzeba ażebyście to pokazywali w swoich korespondencjach.
- Walka o odpowiedni poziom etyczny robotnika, o uczciwość i stały wzrost polityczny – oto co również winno znaleźć w waszych korespondencjach wyraźne odbicie”.
Potem wyliczanka nazwisk towarzyszy, korespondentów i przodowników pracy, którzy ochoczo zabierali głos w dyskusji. Tekst kończy się, jakże doniosłą i miłą konkluzją:
„Narada przyniosła wiele korzyści zarówno aktywowi gospodarczemu i administracyjnemu ZPS, jak i korespondentom portowym, których praca niewątpliwie jeszcze bardziej się ożywi i przyczyni się do dalszego usprawniania i podniesienia na wyższy poziom obsługi statków w naszym porcie.”
Eureka! A więc wszystko po to, żeby wzrósł poziom obsługi statków w naszym porcie!
Wydanie sprzed ponad 50 lat wpadło mi w ręce dzięki uprzejmości redakcji Głosu Szczecińskiego, gazety, w której m.in. zdobywałem zawodowe szlify. Z okazji rocznicy redakcja zrobiła kapitalną rzecz – wypuściła wydanie okolicznościowe, które składało się z wybranych pierwszych stron GS, począwszy od roku 1947 do dziś. Jeden taki ezgemplarz mam przyjemność czytać. GS życzę natomiast kolejnych – co najmniej – 60 lat.
Styl większości relacji jest koszmarny, ale – co ciekawe – tylko relacji z zakładów pracy, czy partyjnych narad. Depesze, nawet papowskie, z zagranicy, pisane są normalnie, czyli od razu wiadomo o co chodzi, bez mowy trawy.
Można natomiast powiedzieć, że moja była redakcja dała mi nowy impuls do zwiększenia aktywności na blogu:)) Utworzę chyba cykl "Z archiwum GS" i będę co jakiś czas wyciągał jakieś ciekawe kawałki z ostatniego pięćdziesięciolecia.
