
Ten rok upływa pod znakiem boomu na internetowe serwisy wideo i telewizje w polskim internecie. Mają je już wszystkie liczące się portale – od o2.pl po Onet.pl. W tym tygodniu, jako ostatni, dołączy do tego grona Wirtualna Polska, która stara się wyjątkowo dynamicznie zakończyć rok. Wprowadziła już Wideopocztę, dziś zmieniła całkowicie swój layout, a do końca tygodnia uruchomi telewizję internetową z aż czterema kanałami: informacyjnym, biznesowym, rozrywkowym i... erotycznym.
Nic dziwnego, że TVN24, informacyjny kanał należący do Grupy TVN, rozpoczął w tym roku intensywne prace nad swoją wersją internetowego serwisu, o którym piszę w dzisiejszym wydaniu Gazety Prawnej. Według moich informacji, będzie to polski odpowiednik internetowego serwisu amerykańskiej telewizji CNN.com, który ma także dostępną dla abonentów wersję CNN.com/pipeline. Oprócz bieżących informacji, można obejrzeć tam też ponad 2000 archiwalnych materiałów i programów dziennikarzy stacji.
Zresztą CNN bardzo mocno wykorzystuje i promuje swoją wersję on-line. Podczas programu co chwilę pokazuje linki do swojej strony internetowej, a dziennikarze stacji, jak mantrę powtarzają już niemal po każdej zapowiedzi bądź reportażu: „więcej na ten temat w CNN.com”. Można się spodziewać, że tym samym tropem pójdzie TVN24.
Co takiego się stało, że wydawcy i nadawcy tak bardzo inwestują w internet? Cały czas jest to jednak medium niszowe, a pieniądze, w porównaniu z segmentem reklamy w telewizjach czy dziennikach – niewielkie. Odpowiedź: dynamiczny rozwój internetu, z którym do czynienia mamy już także w Polsce. Coraz więcej osób, głównie młodych, szuka w sieci informacji, rozrywki i wiedzy. W ślad za nimi coraz więcej reklamodawców wydaje więc pieniądze na promocję w sieci. Według firmy eMarketer, za cztery lata w USA firmy na samą tylko reklamę w serwisach video wydadzą około 3 mld dol., podczas gdy dziś jest to kwota około 410 mln dolarów. A w Polsce? W porównaniu do USA, jeszcze raczkujemy. Na koniec tego roku wartość całego rynku reklamy wyniesie około 215 mln zł – to za mało, aby wszystkie przedsięwzięcia były rentowne, nie mówiąc już o jakichś pokaźnych zyskach. Polscy wydawcy i nadawcy wychodzą jednak z założenia, że trzeba rozwijać się w internecie dziś – nawet jeśli na razie trzeba do tego dopłacać – aby zdobyć dobrą pozycję, gdy będzie to już coraz bardziej dochodowy biznes.
Zresztą, z tą nierentownością już dziś nie jest wcale tak źle. Michał Brański, szef portalu o2.pl, który jako pierwszy uruchomił rok temu telewizję Lemon TV, przyznaje, że projekt już się bilansuje. Nie tylko dzięki reklamom wideo, których jest jeszcze niewiele, ale dzięki reklamom, nawet tradycyjnym, w serwisach wideo. Uważa on, że już na początku przyszłego roku reklamy w serwisach multimedialnych będą generować co najmniej kilka procent przychodów portali.
- Coraz więcej ludzi ogląda serwisy wideo. Z naszych danych wynika, że miesięcznie korzysta z nich już 4 mln internautów. Znacznie zwiększają więc ruch na portalu, co zachęca reklamodawców do wydawania pieniędzy – dodaje Michał Brański.
Ludzie medialnego magnata Ruperta Murdocha, tak jak inni gracze na rynku mediów, niechętnie dzielą się szczegółami swoich planów, ale - w przeciwieństwie do polskich przedstawicieli tego biznesu - potrafią unikać odpowiedzi na trudne pytania, zagadując dziennikarzy interesującymi historiami. Próbkę takiego stylu zaprezentował wczoraj Marty Pompadur, prezes News Corporation Europe, części koncernu News Corp. kontrolowanego przez Ruperta Murdocha, a zarazem jeden z jego najbliższych współpracowników.
Nie ujawnił finansowych planów koncernu co do katolickiej Telewizji Puls (o których piszę w dzisiejszym wydaniu Gazety Prawnej), ale w zamian raczył dziennikarzy ciekawymi historiami o swoim szefie. Jedna z nich daje odpowiedź na pytanie, czy Murdoch zainwestowałby na rynku prasy w Polsce. Odpowiedź brzmi: nie, a powód może wydawać się śmieszny – bo nie zna języka polskiego.
- Żeby wytłumaczyć dlaczego jest to najważniejszy warunek, opowiem wam zabawną historię sprzed jakichś ośmiu lat – zaczął Marty Pompadur.
Dopiero zaczynał pracę z Murdochem i miał akurat uczestniczyć w spotkaniu z prawnikami i ludźmi odpowiedzialnymi za finanse jednego z potencjalnych kontrahentów.
- Pomyślałem, że będzie tam strasznie nudno, więc nie ma sensu, aby brał w nim udział także Rupert – wspomina.
- No to mu o tym powiedz – zasugerowali inni pracownicy stacji.
Murdoch, gdy to usłyszał, spojrzał na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
- Jakbym widział moją córkę, gdy nie pozwalam jej wejść do sklepu z zabawkami – dodaje Pompadur.
Po namyśle, Murdoch przystał jednak na jego propozycję. – Pod warunkiem, że co godzinę będziesz przychodził do mojego biura i informował mnie jak idą rozmowy - powiedział.
Negocjacje zaczęły się o 9 rano, a skończyły o 6 rano następnego dnia. Po ich zakończeniu Pompadur spotkał na korytarzu jednego z wydawców prasowych odpowiedzialnych za jeden z regionów świata.
- Jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, lepiej żebyś nie spotkał mnie na swojej drodze – zagroził Pompadurowi, który nie potrafił dojść o co chodzi. Po chwili wiedział już jednak wszystko.
- Namówiłeś Ruperta, żeby nie poszedł na spotkanie, więc żeby się nie nudzić przez piętnaście godzin wałkował moje gazety - wydanie po wydaniu z trzech ostatnich miesięcy. Na żadnym nie zostawił suchej nitki, darł, kreślił, wrzeszczał – żalił się wydawca.
Dlaczego Rupert Murdoch nie kupi gazety w Polsce ani w innym kraju, w którym nie wydaje się po angielsku? Bo nie mógłby ich czytać, a więc także krytykować albo jak kto woli - wyżywać się na podległych wydawcach. Traci wówczas bezpośredni wpływ. Bardzo bezpośredni:)
Ta historia to jedna z wielu opisujących Murdocha, jako człowieka zatracającego się w swojej pracy i kochającego swój biznes. Pokazuje też, jak bardzo lubi on prasę.
- To jego ulubiona część biznesu – przyznał wczoraj Marty Pompadur.
