
Siedmiu pracowników dziennika regionalnego Głos Szczeciński dostało dziś wypowiedzenia – dowiedziała się Gazeta Prawna. Trzy inne czeka zmiana warunków pracy - ograniczenie etatu z trzech czwartych na jedną czwartą.
To część zwolnień w spółce Media Pomorskie, należącej do Orkli Press Polska, przejętej niedawno przez brytyjski fundusz Mecom za 950 mln euro.
Zwolnienia objąć mają około 46 osób z ponad 220 zatrudnionych w Mediach Pomorskich. Spółka oprócz Głosu Szczecińskiego wydaje też Głos Pomorza i Głos Koszaliński.
Według naszych informacji, z początkiem roku ma dojść do zmian w części redakcyjnej tych trzech tytułów – gotowy jest m.in. wspólny layout dla trzech dzienników. W przyszłości może to oznaczać połączenie tytułów. Stało się to już na przykład w Kielcach gdzie Słowo połączyło się z Echem Dnia.
To początek cięć kosztów w całej Orkli, która właśnie zmienia strukturę i nazwę na Media Regionalne. Zwolnienia spodziewane są w pozostałych regionach. Nowy właściciel podniósł polskiej części Orkli stopę rentowości z 10 do 15 proc. Spółka wydaje obecnie 11 gazet regionalnych. Ubiegły rok zakończyła przychodami 291,8 mln zł, które w tym roku – jak wynika z naszych informacji – mogą być nieco niższe.
Jak koncern zamierza się rozwijać, skoro tnie koszty w swoich tytułach? Jeden z pomysłów to budowa tzw. media house'ów, czyli regionalnych grup, do których oprócz dziennika, wchodziłyby także lokalne portale internetowe, stacje radiowe i gazety bezpłatne. Darmowe tygodniki Okrla uruchomiła już Budgoszczy, a niedawno w Szczecinie, gdzie równocześnie wystartowała też z portalem internetowym. Pomysł prawdopodobnie powieli w innych miastach. W niektórych albo będzie łączyć swoje gazety, albo - jak w Nowej Trybunie Opolskiej - cięcia kosztów odbywać się będą przez likwidację oddziałów terenowych. W Opolu stało się tak, bo były nierentowne, a informacje lokalne przeniesione do grzbietu głównego gazety.
Analitycy zastanawiają się, co David Montgomery zrobi z Polską częścią swoich aktywów. Niektórzy twierdzą, że ją sprzeda. Jedna z osób bardzo dobrze znająca realia finansowe polskiej Orkli uważa jednak, że do tego nie dojdzie. - Polskie aktywa to pod względem rentowności jeden z filarów medialnej części Orkli. Nie sądzę, by Montgomery się jej pozbył - mówi.
Tak więc spółkę czekają nowe inwestycje, cięcia kosztów i poszukiwanie dodatkowych źródeł przychodów. Sam Montgomery zdradził, że chciałby, aby gazety sprzedawały czytelnikom towary bądź usługi, a nie tylko informacje. Może więc za pośrednictwem gazet regionalnych będzie można kiedyś kupić bilet do kina albo lodówkę.
David Montgomery, słynny cost-cutter i nowy właściciel Rzeczpospolitej, próbuje wycisnąć z dziennika, ile się da. Nie przypominam sobie, żeby „Rz” pozwoliła sobie w walce o pieniątdze zakryć „jedynkę” reklamą.
Dziś, zamiast pierwszej strony, czytelnicy w kiosku zobaczyć mogli tylko logo „Rz” z zajawkami tematów ze środka numeru. Natomiast poniżej, na całej stronie – kobietę gotująca w locie makaron, która reklamuje... karty kredytowe BZ WBK, z hasłem: „Żadna inna tyle nie potrafi! Szczegóły w środku”. Bank wykupił w sumie cztery strony, w tym dwie zasłaniające pierwszą i ostatnią kolumnę. Co ciekawe, z tyłu, gdzie „Rz” ma kolumny sportowe, reklama tez ma charakter sportowy: ta sama (chyba ta sama) kobieta w akrobatycznej pozycji dotyka palcem u nogi klawiatury laptopa:))) Dla ścisłości - bez wkładki (może raczej nakładki:), mamy normalna "jedynkę" i ostatnią stronę sportową.
Nie przypominam sobie, żeby „Rzepa” zrobiła wcześniej coś podobnego, ale pamięć może być ulotna. Z innych „poważnych” dzienników, podobne zabiegi stosowała już Gazeta Wyborcza, jednak – jak dobrze pamiętam – zakrywakała wkładką tylko pół pierwszej strony, wiec poza logo GW było też można zobaczyć w kiosku przynajmniej temat czołówkowy (choć może rzeczywiście i GW przynajmniej raz zrobiła to samo, co dzisiaj "Rz").
Trudno dokładnie powiedzieć, ile "Rz" wzięła za tę reklamę. W cenniku nie znalazłem, ile kosztuje czterostronnicowa wkładka, zakrywająca okładkę. Podejrzewam jednak, że była najdroższa ze wszystkich możliwych ofert. Jeden moduł na pierwszej stronie w kolorze kosztuje 6,3 tys. zł. Pomijając logo „Rz” i zajawki tematów, jeśli sprzedano 49 modułów, kosztowałyby to według cennika 310,6 tys. zł. Cała ostatnia strona to z kolei koszt 92,4 tys. zł. Wkładka ma cztery strony, może więc „Rz” zgarnęła w tym przypadku z pół miliona złotych, a może jeszcze więcej?
- Czy oni zwariowali? – zapytał jeden z byłych dziennikarzy „Rz”, gdy zobaczył co jej redaktorzy zrobili z dzisiejszym wydaniem dziennika. Nie zwariowali, tylko musieli.
Nie piszę tego, żeby wyszydzić „Rz”. Jest to jednak jeden z namacalnych dowodów na to, że na rynku dzienników coraz trudniej o reklamę, więc nawet „poważne” tytuły muszą niestety stosować zasadę klient-nasz-pan. A klient chce coraz więcej i dostaje coraz więcej, bo jego kartą przetargową jest argument, że zawsze może pójść do telewizji, gdzie reklamy są relatywnie tanie.
Rynek reklamy w dziennikach rośnie w tym roku najwolniej ze wszystkich mediów. Jak policzył Starlink – po trzech kwartałach wzrósł zaledwie o 4 proc. i wzrost ten będzie niewiele większy do końca roku. Tymczasem w przyszłym roku konkurencja między wydawcami o pieniądze z reklam będzie jeszcze większa, bo na dobre walkę o reklamodawców zacznie "Dziennik", a na rynek wejdzie kolejny ogólnopolski tytuł przygotowany przez Polskapresse.
W przypadku „Rz” sposoby na sprzedaż reklam nie powinny dziwić także dlatego, że dziennik traci w tym roku przychody z reklam. Z ostatniego raportu firmy badającej rynek reklamy Expert Monitor wynika, że w październiku dziennik Presspubliki zebrał z reklam 15,6 mln zł, podczas gdy rok wcześniej – 16,2 mln zł. Spadki notował też w poprzednich miesiącach. Jakby tego było mało, Dziennik napisał, że z „Rz” odejdzie czołówka dziennikarzy, a niektórzy, cytowani anonimowo, twierdzą, że tytuł skręca na prawo, co wielu obserwatorów skłania do opinii, że w redakcji dzieje się coś niedobrego.
Reklama internetowa przeżywa boom – jak pisze w najnowszym wydaniu brytyjski tygodnik The Economist – ale reklamodawcom coraz bardziej przestaje podobać się, że to co do tej pory było domeną promocji w sieci, staje się jej zmorą.
Problemem jest pay-per-click, jedna z najbardziej popularnych form reklamy, polegająca na tym, że reklamodawcy płacą za każde kliknięcie na ich stronę przez internautę-potencjalnego klienta. Ta forma reklamy najbardziej znana jest dzięki najpopularniejszej przeglądarce na świecie Google. Gdy wpisujemy w wyszukiwarce jakieś słowo, np. wino, z boku strony pojawiają się odnośniki do stron sprzedających wino – tzw. linki sponsorowane. Ponieważ Google to największa przeglądarka na świecie, większość jej przychodów reklamowych, które w ubiegłym roku wyniosły 6,1 mld dolarów, pochodzi właśnie z reklamy pay-per-click. Z kolei ta forma reklamy to blisko połowa z 27 mld dolarów, do jakich w tym roku wzrośnie wartość rynku reklamowego, jak podaje bank inwestycyjny Piper Jaffray.
W czym więc problem? W tzw. click fraud, czyli fałszywych kliknięciach, które – jak podają różne szacunki – stanowią już 10 proc. wszystkich kliknięć. Reklamodawców najbardziej przeraża to, że skala fałszywych kliknięć jest trudna do dokładnego zmierzenia, nie wiadomo, jak będzie się rozwijać oraz – co zrobić, żeby jej zapobiec.
W Polsce firmy również chętnie korzystają formy reklamy pay-per-click. Nie tylko w Google, ale także innych portalach, które starają się w ten sposób zarabiać. Mam znajomego, który prowadzi niewielki ośrodek wypoczynkowy i reklamuje się tylko w Google. Rocznie przeznacza na to około 3 tys. zł i to – jak mówi – wystarcza, żeby nie narzekał na brak klientów.
- Tylko nie klikaj na moją stronę przez Googla – uprzedził, gdy powiedział, jakie słowo mam wpisać w wyszukiwarce, by zobaczyć jego link.
Gdybym to zrobił, on musiałby zapłacić Google za jedno wejście, a wyszukiwarki wcale nie obchodziłoby to, że nie zrobiłem tego z powodu zainteresowania usługami danego ośrodka wypoczynkowego. Na tym właśnie polegają fałszywe kliknięcia – na zwiększaniu liczby wejść, za które trzeba płacić, choć w żaden sposób nie przekłada się to na korzyści dla reklamodawcy.
Bez względu na wielkość reklamodawcy – czy będzie to mały przedsiębiorcza, czy wielki koncern – skala fałszywych kliknięć może być zabójcza. System pay-per-click opiera się bowiem na założeniu, że uczestnicy rynkowej gry są uczciwi. The Economist przypomina jednak, że teoria a rzeczywistość to dwa inne światy, więc pay-per-click to okazja dla nieuczciwych konkurentów – dokonując fałszywych wejść, mogą podbijać rachunki za reklamę rywalowi.
Co z tym fantem zrobić? Google i inni gracze na rynku cały czas się nad tym zastanawiają, ale jak na razie nie wiadomo, czy wyniknie z tego coś, co usatysfakcjonuje reklamodawców. Jest to oczywiście okazja dla innowatorów, który wymyślą inny, bezpieczniejszy system. Google testuje na przykład model pay-par-action, który polega na tym, że reklamodawca płaci za reklamę dopiero wtedy, gdy internauta po wejściu na stronę dokona np. zamówienia. Zdania co do powodzenia tego systemu są jednak podzielone, z przewagą sceptyków.
A więc bańka internetowa, która pęknie z powodu kliknięcia?
W tym przypadku chodzi o program „Zakochaj mnie” w TVN 7 należącej do Grupy TVN, zbudowany na bazie serwisu społecznościowego portalu Onet.pl (należącego również do Grupy TVN) – Sympatia. To jeden ze sztandarowych serwisów społecznościowych portalu, które według ostatniego Megapanelu w sierpniu mają 3,6 mln stałych użytkowników i największy – 28,6 proc. – zasięg w polskim internecie. Związku nie trudno zauważyć także dlatego, że logo sympatia.onet.pl pojawia się w tle w wielu kadrach programu „Zakochaj mnie”.
W tym przypadku interesujące jest to, że genezą programu był internet. To w wirtualnym świecie powstało miejsce, w którym mogli spotkać się randkowicze. Dopiero stamtąd pomysł trafił do tradycyjnego mediów, jakim jest dziś telewizja, ze wszystkimi jej ograniczeniami, ale i zaletami.
W skrócie program sprowadza się do tego, że bohater (kobieta lub mężczyzna) wybiera spośród trzech kandydatów/kandydatek osobę, do której teoretycznie jej najbliżej. Po krótkiej prezentacji, odrzuca jednego delikwenta, a dwóch innych testuje na osobnych kolacjach. Potem spotyka się z dwoma kandydatami jednocześnie i jednemu mówi: „dziękuje, nie jesteś tym, którego szukam”. Nie trudno zauważyc podobieństwo ze słynnymi programami stacji MTV, które opierają się na tej samej formule, tyle że doczekały się już różnych wariantów: wybierają między sobą nastolatki, osoby nieco starsze (między 20 a 25 rokiem życia); jest też wersja, w której młodzi amanci idą najpierw na randkę z matkami kandydatek (których nie widzą) i na tej podstawie wybierają swoją lubą.
Po co TVN7 zdecydowało się na taki program? Według danych AGB Nielsen Media Research, przygotowanych na zamówienie Gazety Prawnej, w ostatnim tygodniu program oglądało średnio 156,3 tys. widzów, co dało stacji udział w rynku na poziomie 1,06 proc. To niewiele więcej niż średnia dla całej stacji, której udziały w rynku utrzymują się w granicach 1,30 proc. Pewnie, gdyby program nie chodził w tak niszowej stacji, jak TVN7, tylko na przykład w TVN, miałby większą oglądalność.
Nie to jest jednak najważniejsze. Wersja telewizyjna to niewątpliwie sposób na promocję serwisu społecznościowego: siła telewizji polega na tym, że całą historię, z jej konkretnymi bohaterami, można ciekawie zmontować i pokazać. Twórcy chcą wywołać przekonanie, że skoro można tam poznać partnera do randek i jeszcze pokazują to w telewizji, to dlaczego by się nie zalogować i poszukać szczęścia w świecie Web 2.0. No i przy okazji za to zapłacić:)
Zła wiadomość dla największych stacji telewizyjnych i radiowych, dobra dla pozostałych mediów. Ograniczenie reklamy piwa uszczupli przychody reklamowe największych telewizji - TVN, Polsatu i TVP - a także stacji radiowych - m.in. RMF FM i Radio Zet. Kto zyska? Telewizyjne kanały tematyczne, outdoor i internet. Właśnie tam browary skierują teraz swoje pieniądze.
Wszystko przez zapis dopuszczający reklamę piwa w telewizji (a także w radiu i kinie) dopiero po godzinie 23, o którym piszemy w dzisiejszym wydaniu Gazety Prawnej. Nie ucieszył ani telewizji, ani browarów. Tych pierwszych, bo stracą pieniądze, tych drugich - bo stracą najbardziej masowy kanał dotarcia i będą musieli szukać nowych sposobów kontaktu z klientem.
Jak szacują same telewizje, ich przychody (a trafia do nich większość reklam piwa) generowane przez browary spaść mogą co najmniej o połowę. Gra toczy się o spore pieniądze. Dom mediowy Starlink policzył, że do końca tego roku browary wydadzą w telewizjach netto 130 mln zł. Wartość reklam emitowanych po godzinie 23 można szacować natomiast na 40 mln zł. Gdyby przepis obowiązywał w całym 2006 roku, telewizjom przepadłoby więc około 80-90 mln zł.
Żeby mimo wszystko zatrzymać u siebie producentów piwa, największe stacje będą teraz dwoić się i troić, zmieniając ramówki tak, aby po godzinie 23 znalazła się część programów, przyciągających największą widownię.
To może zminimalizować odpływ pieniędzy, ale tylko częściowo. - Będzie taki tłok, że po godzinie 23 bloki reklamowe będą zapchane tylko reklamami piwa - mówi przedstawiciel jednego z browarów. Nie będzie to miało większego sensu, więc producenci piwa przeniosą się gdzie indziej - do outdooru, kanałów tematycznych oraz do internetu.
A może znowu z ekranów telewizorów bohaterowie reklam będą do nas mrugać okiem, zachwalając piwo bezalkoholowe? Czy to pomoże w przeciwdziałaniu alkoholizmowi - celowi, dla którego Ministerstwa Zdrowia powróciło do pomysłu ograniczenia reklam piwa? Z tego co pamiętam, dość znaczna część stałych użytkowników internetu, to osoby od 15 roku życia. Znacznie łatwiej jest chyba przełączyć przez rodzica kanał telewizyjny, na którym akurat emitowana jest reklama piwa, niż ograniczyć kontakt z takimi reklamami - lub innymi formami marketingu - w internecie.
