Rozmowa z Zygmuntem Solorzem-Żakiem, właścicielem Polsatu, jednym z najbogatszych Polaków, o budowie wielkiego koncernu multimedialnego, sieci szybkiego internetu, kryzysie i o tym, dlaczego nie chce już kupować innych spółek tylko rozwijać te, które ma.
Z powodu kryzysu zakończy pan rok 2009 bogatszy czy uboższy? Zyskał pan czy stracił?
To nie ma znaczenia.
Dlaczego?
Przecież nie to się liczy...
A co się dla pana liczy?
Sukces.
Czyli?
Dla mnie najważniejsze jest udowodnienie sobie, że mogę coś osiągnąć, na przykład doprowadzić jakieś przedsięwzięcie biznesowe do końca zgodnie z planem. Liczba zer po przecinku czy miejsce na jakiejkolwiek liście najbogatszych nie ma żadnego znaczenia.
To miejsce determinuje wycena majątku, a ta zależy od tego, jak idzie biznes. O ile w wyniku spowolnienia gospodarki i recesji w reklamie skurczą się w tym roku przychody i zyski Polsatu?
Dokładnie będę mógł to powiedzieć dopiero, gdy zakończy się rok. Przed nami jeszcze prawie cały grudzień. Ale nie jest tajemnicą, że wpływy telewizji z reklam będą w tym roku niższe o kilkanaście procent. Uważam jednak, że nam udało się wyjść z kryzysu obronną ręką. Uniknęliśmy poważnych kłopotów finansowych między innymi dzięki temu, że nie zadłużaliśmy się.
Myślę, że kryzys jeszcze się nie skończył. Zakładam, że potrwa w sumie około trzech lat. W scenariuszu optymistycznym za rok, półtora rynek ma szansę wrócić do poziomu sprzed kryzysu. Sytuacja ma szansę poprawić się w Polsce szybciej, gdyż kryzys w mniejszym stopniu uderzył w nasz kraj niż w inne.
Mocno ściął pan koszty w Polsacie z powodu recesji?Wprowadziliśmy oszczędności, by dostosować się do sytuacji na rynku, ale staraliśmy się walczyć z kryzysem przede wszystkim bez konsekwencji dla ludzi. Udało nam się uniknąć poważnych zwolnień. Szukaliśmy oczywiście oszczędności w wydatkach programowych, ale tak, aby nasza oferta nie straciła na jakości.
Więcej: Nic wezmę sobie już niczego nowego na głowę