
Polski telewidz musi zaakceptować zasadę inżyniera Mamonia, który lubi tylko te hity, które już słyszał. Tym bardziej, że telewizyjną ramówką rządzi prosta logika: nie ma pieniędzy z reklam, nie ma nowości. Dlatego świąteczna oferta filmowa największych stacji to odgrzewane kotlety. To samo czeka widzów w przyszłym roku.
Wydaje sie szefowie telewizji kupili maksymę inżyniera Mamonia z Rejsu, który lubi tylko te piosenki, które już słyszał. Dlatego w tegoroczne święta obejrzeliśmy znowu: Kevin sam w domu i Kevin sam w Nowym Jorku, Taxi 3, Cztery wesela i pogrzeb, Polowanie na Czerwony Październik… To tylko niektóre z filmowych, świątecznych propozycji największych telewizji, znanych już widzom doskonale, bo stacje w Polsce pokazywały je już kilkanaście, a w niektórych przypadkach nawet kilkadziesiąt razy z rzędu. Ale logika rządząca telewizyjną ramówką jest prosta: nie ma pieniędzy z reklam, nie ma drogich filmów czy programów.
— Okres świąteczny jest pod względem reklamowym martwy. Ludzie już kupili prezenty, firmy się nie reklamują. Nie możemy więc wydawać pieniędzy na drogie produkcje w tym czasie, bo nie mają szans się sfinansować z reklam — przyznaje w rozmowie z GP przedstawiciel jednej z telewizji. To zasada, którą bez wyjątku wyznają jednak wszystkie telewizje.
