
Mariusz, 32-letni pracownik jednej z dużych agencji public relations, jeszcze na początku tego roku mógł przebierać w ofertach pracy. Telefon z propozycjami przejścia do konkurencji dzwonił kilka razy w miesiącu. – Można było rozmawiać niemal o każdych pieniądzach – wspomina.
Dziś telefon z ofertami milczy jak zaklęty. Dzwonią za to jego znajomi z innych agencji, przerażeni wizją utraty pracy, jeśli korytarzowe plotki okażą się prawdą i niektórzy klienci nie przedłużą kontraktów.
To pierwsze oznaki tego, że rynek pracownika – ogromnej liczby ofert i negocjowania wysokich pensji – już się kończy. Nie tylko we wrażliwej na koniunkturę, choć niewielkiej, branży public relations i marketingu, ale w znacznie większych i zatrudniających więcej osób – branży motoryzacyjnej, produkcji, nieruchomościach.
Zaczyna się rynek pracodawcy — możliwość przebierania w aplikacjach najlepszych kandydatów do pracy i koniec problemu ze spełnieniem niebotycznych żądań płacowych kandydatów.
Więcej: Gospodarka zwolni - będą redukcje. Popatrz kto pierwszy straci pracę...
