rssdodaj RSS
---Michał Fura - Blog 3.0: Media, ludzie, zjawiska
17 grudnia 2009

Jak Rupert Murdoch walczy z Google

Mój tekst z piątkowego magazynu Dziennika Gazety Prawnej o wojnie Ruperta Murdocha z Googlem:

Niedziela 22 listopada tego roku nie była dniem dobrych wiadomości dla prezesa Google’a Erica Schmidta i dwóch twórców internetowej wyszukiwarki – Larry’ego Page’a i Siergieja Brina. O godzinie 15 czasu kalifornijskiego na swoich stronach internetowych dziennik Financial Times opublikował informację zapowiadającą groźny dla Google’a sojusz. Tytuł brzmiał: „Microsoft namawia News Corp. do wycofania swoich treści z wyszukiwarki Google”.
Reporterzy dziennika dowiedzieli się o tajnych rozmowach między kierowanym przez Steve’a Ballmera Microsoftem a jednym z największych koncernów medialnych świata, News Corp., kontrolowanym przez Ruperta Murdocha. W efekcie miałby on przenieść wszystkie linki do artykułów ze swoich gazet z Google’a do należącej do Microsoftu wyszukiwarki Bing. A Steve Ballmer, by mu jeszcze za to zapłacił. Mógłby powstać sojusz zdolny zachwiać nienaruszoną pozycją Google’a w świecie internetu. Dla świata biznesu, zwłaszcza mediów i technologii, to informacja tej wagi, jakby w czasach zimnej wojny wyszło na jaw, że Związek Radziecki namawia Wspólnotę Europejską do paktu przeciwko USA.

Krok News Corp. i Microsoftu to efekt toczącej się od wielu miesięcy medialnej wojny, w której Murdoch, popierany przez innych wydawców prasy na świecie, zarzuca serwisom internetowym z Google’em na czele, że okradają spółki prasowe z artykułów i zdjęć. I czerpią z tego kolosalne zyski, często kosztem umierających gazet. Dotychczas kończyło się tylko na słowach. Tym razem News Corp. zyskał potężnego sprzymierzeńca. Microsoft to wielki gracz na rynku technologii, który ma własne porachunki z Google'em. Wykorzystując wojnę wydawców, chciałby ubić własny interes. To kolejna faza jednego z najciekawszych sporów biznesowych XXI wieku, którego efekty obchodzić powinny każdego z nas. Od wyników tej wojny zależy bowiem, w jaki sposób będziemy korzystać w przyszłości z internetu i co w nim w znajdziemy. A wyrażając się precyzyjniej – co użytecznego i wartościowego będziemy mogli w nim znaleźć zupełnie za darmo.

Całość tutaj: Murdoch na wojnie z Google

07 grudnia 2009

Guru reklamy, który ukradł pierwszy slogan

Dzięki Saatchiemu Margaret Thatcher została premierem, a brytyjscy artyści zyskali światową sławę

Pewnego dnia szef kazał mu wymyślić hasło reklamowe dla firmy drobiarskiej. „Nie miałem pojęcia, jak napisać slogan. W zasadzie nie wiedziałem, jak napisać cokolwiek ponad to, że spóźnię się do pracy” – wspomina Charles Saatchi w wydanej właśnie autobiografii „My Name is Charles Saatchi and I Am an Artoholic”. Był początek lat 60., miał 17 lat i pracował jako goniec w małej agencji. W poszukiwaniu inspiracji sięgnął po stare branżowe czasopisma. Spośród wielu haseł wybrał jedno z 1901 roku, które zachęcało do kupna samochodów: „Ask the man who owns them” (Zapytaj tego, który już je ma). Saatchi uznał, że jak ulał pasuje do hodowcy kurczaków. Klientowi się spodobało.

Guru światowej reklamy bez żenady przyznaje, że swój pierwszy slogan reklamowy po prostu ukradł. Tyle że nie wiadomo, czy to prawda, tak jak większość faktów, które podaje. Zresztą prawda dla Saatchiego nie jest istotna. Ważne, by cytaty były kontrowersyjne i błyskotliwe. – Wydałem tę książkę, żeby media miały cytat na każdy temat. Dzięki temu nie będę musiał więcej udzielać wywiadów – mówi 66-letni dziś Brytyjczyk irackiego pochodzenia, który w latach 80. ubiegłego wieku stworzył z bratem największą agencję reklamową świata Saatchi & Saatchi.

Prowokacja to jego warsztat pracy. Dzięki niej 30 lat temu pomógł wygrać brytyjskie wybory Margaret Thatcher i wszedł do pierwszej ligi reklamowej. Później, w latach 90., odkrył i wypromował pokolenie młodych brytyjskich artystów i zapracował na tytuł jednego z największych kolekcjonerów sztuki współczesnej. Choć inni widzą w nim raczej cwanego spekulanta. Teraz umiejętności zdobywania rozgłosu wykorzystuje, by wypromować swoją najnowszą rolę, jurora telewizyjnego programu „Szkoła Saatchiego”, w którym szuka talentów i przyszłej gwiazdy sztuki. Nie pojawia się jednak przed kamerą. – Nie jestem ani nieśmiały, ani gadatliwy. Nie lubię chodzić na przyjęcia, ale lubię pokazywać moje zbiory. I całkiem dobrze mi z tą schizofrenią – powiedział niedawno Radiu Times.

Więcej: Guru reklamy, który ukradł pierwszy slogan

03 grudnia 2009

Zygmunt Solorz-Żak buduje koncern multimedialny łączący telewizję z internetem

Rozmowa z Zygmuntem Solorzem-Żakiem, właścicielem Polsatu, jednym z najbogatszych Polaków, o budowie wielkiego koncernu multimedialnego, sieci szybkiego internetu, kryzysie i o tym, dlaczego nie chce już kupować innych spółek tylko rozwijać te, które ma. 

Z powodu kryzysu zakończy pan rok 2009 bogatszy czy uboższy? Zyskał pan czy stracił?


To nie ma znaczenia.

Dlaczego?
Przecież nie to się liczy...

A co się dla pana liczy?
Sukces.

Czyli?
Dla mnie najważniejsze jest udowodnienie sobie, że mogę coś osiągnąć, na przykład doprowadzić jakieś przedsięwzięcie biznesowe do końca zgodnie z planem. Liczba zer po przecinku czy miejsce na jakiejkolwiek liście najbogatszych nie ma żadnego znaczenia.

To miejsce determinuje wycena majątku, a ta zależy od tego, jak idzie biznes. O ile w wyniku spowolnienia gospodarki i recesji w reklamie skurczą się w tym roku przychody i zyski Polsatu?
Dokładnie będę mógł to powiedzieć dopiero, gdy zakończy się rok. Przed nami jeszcze prawie cały grudzień. Ale nie jest tajemnicą, że wpływy telewizji z reklam będą w tym roku niższe o kilkanaście procent. Uważam jednak, że nam udało się wyjść z kryzysu obronną ręką. Uniknęliśmy poważnych kłopotów finansowych między innymi dzięki temu, że nie zadłużaliśmy się.

Myślę, że kryzys jeszcze się nie skończył. Zakładam, że potrwa w sumie około trzech lat. W scenariuszu optymistycznym za rok, półtora rynek ma szansę wrócić do poziomu sprzed kryzysu. Sytuacja ma szansę poprawić się w Polsce szybciej, gdyż kryzys w mniejszym stopniu uderzył w nasz kraj niż w inne.


Mocno ściął pan koszty w Polsacie z powodu recesji?

Wprowadziliśmy oszczędności, by dostosować się do sytuacji na rynku, ale staraliśmy się walczyć z kryzysem przede wszystkim bez konsekwencji dla ludzi. Udało nam się uniknąć poważnych zwolnień. Szukaliśmy oczywiście oszczędności w wydatkach programowych, ale tak, aby nasza oferta nie straciła na jakości.

Więcej: Nic wezmę sobie już niczego nowego na głowę

30 listopada 2009

Podkański: Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć - mówi Wiesław Podkański prezes Izby Wydawców Prasy.

Magnat prasowy Rupert Murdoch namawia wydawców w USA, by wycofywali treści z serwisów Google. Dwóch małych wydawców już tak zrobiło. Co zrobiliby wydawcy w Polsce, gdyby Murdoch zwrócił się z podobną prośbą?


Zapytalibyśmy, co oferuje nam w zamian. Izba mogłaby rekomendować rozwiązania, ale nie może wpływać na decyzje wydawców. Sprawa jest bardzo złożona. Serwis Google News, który linkuje do artykułów wydawców, jest w USA bardzo silny i to głównie w niego wymierzony jest sprzeciw News Corp. W Polsce ma znikomy udział w rynku. Natomiast wyszukiwarka Google generuje sporo ruchu na stronach wydawców. Zrezygnowanie z niej – w sytuacji monopolu Google – mogłoby być wylaniem dziecka z kąpielą. Trzasnąć drzwiami można łatwo, ale co potem? Choć nikt nie wie, jak zakończy się inicjatywa szefa News Corp., jest bardzo cenna, bo wywołała dyskusję na temat jednego z najważniejszych problemów branży, czyli zasad dystrybucji treści. Przyczynia się też do zmiany świadomości branży internetowej. Chciałbym powiedzieć wyraźnie, że wydawcy prasy chcą być w internecie i rozwijać w nim ofertę, ale nie godzą się na to, by być traktowani jak dojne krowy. A tak właśnie jest, jeśli portale i mniejsze serwisy wykorzystują nieodpłatnie treści tworzone przez wydawców i zarabiają dzięki temu masę pieniędzy. Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć. Ich wytworzenie kosztuje, a ciężar spoczywa na wydawcach.

Jakie rozwiązania satysfakcjonowałyby wydawców – opłaty za wykorzystane treści, udział w przychodach reklamowych?

Mogą być i takie, i takie. Właśnie na ten temat chcemy rozmawiać z branżą internetową, ale gdy zwróciliśmy się z tą sprawą do portali, nabrały wody w usta. Umowy portali z wydawcami to też mit. Spośród członków Izby nie ma ich większość wydawców. A w przypadku tych, którzy już je mają, portale często nie zamieszczają odpowiednich linków.

Więcej:Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

30 listopada 2009

Internet mobilny: Polska może być drugą Japonią

Rozmowa z CHRISTOPHEREM BILLICHEM, analitykiem japońskiej firmy Infinita, specjalizującej się w analizie rynku mobilnego.

W Japonii internet w komórkach jest tak dostępny, jak woda w kranie. Z pana prezentacji podczas niedawnego IAB Forum w Warszawie wynika, że używa go 9 na 10 użytkowników telefonów komórkowych. W Polsce jest odwrotnie. Co powinniśmy zrobić, by być drugą Japonią?
Można zrobić bardzo wiele. Kształt japońskiego rynku wynika z panujących na nim regulacji oraz polityki operatorów. Oczywiście, są pewne wyjątkowe rozwiązania, które trudno było przenieść do innych krajów. Jednym z nich jest ogromny i wyjątkowy w skali światowej wpływ japońskich operatorów na producentów telefonów komórkowych. Operatorzy w dużym zakresie decydują o tym, jakie funkcje mają telefony, jak duże są przyciski itp. Wszystko po to, by łatwo było korzystać z internetu. Inne rozwiązania są jednak absolutnie do przeniesienia.

Na przykład jakie?

Jest kilka rozwiązań, które mogą być zastosowane wszędzie. Po pierwsze, trzeba obniżyć ceny dostępu do mobilnego internetu oraz maksymalnie uprościć taryfy. Klienci zawsze chętniej korzystają z internetu w komórkach, jeśli dokładnie wiedzą, ile za niego płacą. W Europie takie podejście nie jest jeszcze standardem, choć trzeba przyznać, że wiele zmienia się na korzyść. Spore zmiany w podejściu do konstrukcji ofert i wprowadzenia stałych planów wymusiło na operatorach wprowadzenie na rynek iPhone’ów. Jednak jest jeszcze wiele do zrobienia.

Co musi się zmienić, by wydatki na marketing mobilny się zwiększyły? Nie tylko w Japonii, ale także innych krajach, w tym w Polsce?

Jest wiele rzeczy, które trzeba zrobić. Operatorzy, twórcy serwisów i agencje powinny pomyśleć, jak uprościć proces kupowania kampanii w kanałach mobilnych. Jeśli na rynku działa kilku operatorów, jest on skomplikowany i kosztowny.

Wciąż wiele musi się zmienić, jeśli chodzi o podejście do reklamy w komórkach osób decydujących w firmach o tym, gdzie trafiają pieniądze na reklamę. W Japonii na przykład wiele osób na takich stanowiskach jest w starszym wieku. O kanale mobilnym wiedzą niewiele i traktują go jako mało istotny lub mało użyteczny. Z drugiej strony, wśród użytkowników internetu w komórkach najsilniejszą grupą jest młodzież, a to niekoniecznie dobry target dla producentów drogich samochodów. Rozwinąć trzeba też technologie pozwalające na bardziej precyzyjne wyświetlanie reklam, dla klientów, którzy są nimi zainteresowani. Ostatnim wyzwaniem dla branży na całym świecie jest brak solidnych badań skuteczności kampanii w komórkach, dzięki którym można zachęcać kolejnych reklamodawców. Wskaźniki i badania, którymi posługuje się branża reklamy internetowej, niestety w komórkach absolutnie się nie sprawdza, bo korzystanie z internetu za pomocą komputera to coś całkowicie innego, niż korzystanie z internetu w komórce.

Więcej: Internet mobilny. Polska może być drugą Japonią (http://biznes.gazetaprawna.pl/wywiady/373922,internet_mobilny_polska_moze_byc_druga_japonia.html)

17 listopada 2009

Norm Johnston: Internet nie jest wrogiem mediów

Za kilka lat będziemy nawigować w sieci dokładnie tak jak w filmie Raport mniejszości, a pewnie jeszcze wygodniej. I nie będziemy potrzebowali do tego żadnych kontrolerów. Wystarczą nam ręce, a kamera będzie rozpoznawać nasze ruchy - mówi w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną Norm Johnston z firmy Global Digital Leader Mindshare, który gościł na tegorocznej konferencji IAB Forum 2009.
Czy w tym natłoku komunikatów, skaczących banerów czy pop-upów można w ogóle stworzyć w sieci reklamę, która działa?
Oczywiście. Ale trzeba rozumieć, jak zmieniają się media i czego oczekują ludzie. Nawet baner może być bardzo efektywny, pod warunkiem jednak, że będzie odpowiednio przygotowany, wpisany w kontekst, a do tego użyteczny. Oznacza to, że reklama musi dawać konsumentowi jakąś wartość: potrzebną im informację lub rozrywkę w zależności od tego, co chcemy za jej pomocą osiągnąć. Uważam, że użyteczność to przyszłość reklamy. Dzięki niej ludzi można zaangażować, a to dziś jeden z najważniejszych warunków skutecznej kampanii. Gdy ludzie się angażują, nie widzą reklam, tylko jakąś konkretną wartość.
Jak wyobraża pan sobie reklamy przyszłości?
Reklamy zmieniają się wraz z tym, jak zmieniają się media. A te się do siebie upodabniają. Zbliżamy się do ery multimedialności, w której podział na wydawców gazet czy nadawców telewizyjnych będzie coraz mniej istotny, bo dostarczane przez nich treści będą trafiać do nas w różny sposób. Liczyć się będą zdobyte kompetencje. To będzie miało znaczenie także dla reklamy. W świecie mediów ukształtował się już swego rodzaju ekosystem. W tym ekosystemie są media, jakie znamy dziś, tworzone przez nadawców czy wydawców, ale także własne kanały komunikacji z klientami poszczególnych marek oraz media tworzone przez samych użytkowników. Te ostatnie rozwijają się bardzo szybko. Dziś każdego tygodnia przeciętny internauta wrzuca do sieci 3254 osobistych informacji. Wyzwaniem marketingu przyszłości będzie umiejętność łączenia tekstu, gier, wideo, dźwięku i różnego rodzaju aplikacji w ramach jednego spójnego przekazu. W tym wszystkim skuteczne będą komunikaty angażujące ludzi i dające im jakąś wartość, a nie zwykłe reklamy zachwalające produkty.
Podczas swojej prezentacji na Forum IAB 2009 w Warszawie przywołał pan scenę z filmu Raport mniejszości, w której bohater przesuwa różne obrazy rękoma na ekranie. Gdy film wchodził do kin, było to wymysłem scenarzystów, ale podobną technologię zastosowała podczas ostatnich wyborów prezydenckich w USA stacja CNN. Tak będziemy kiedyś korzystać z mediów?
Zdecydowanie. Za kilka lat będziemy nawigować w sieci dokładnie tak jak w filmie Raport mniejszości, a pewnie jeszcze wygodniej. I nie będziemy potrzebowali do tego żadnych kontrolerów. Wystarczą nam ręce, a kamera będzie rozpoznawać nasze ruchy. Zmieniają się oczekiwania użytkowników, a za nimi zmieniają się media. Internet z kolei idzie w kierunku multimedialności i upodabnia się do telewizji. Więcej ludzi obejrzało inaugurację Baracka Obamy w internecie niż w telewizji. Sama telewizja zmierza natomiast w kierunku modelu na żądanie, który będzie pozwalał widzom na oglądanie tego, co chcą i kiedy chcą. W ten sposób telewizja uczy się od internetu, który jako pierwszy dał tę możliwość.
Czy internet jest wrogiem tradycyjnych mediów?
Nie, bo internet to nie medium. To narzędzie pozwalające m. in. na łatwy dostęp do różnego rodzaju treści. Wzrost znaczenia internetu wcale nie zmniejsza na przykład znaczenia telewizji. Wręcz przeciwnie – ludzie potrafią serfować w sieci, oglądając jednocześnie telewizję. Co więcej, reklama w telewizji zwiększa ruch w sieci, bo gdy ktoś zobaczy na przykład reklamę w telewizji, natychmiast chce dowiedzieć się czegoś więcej na temat produktu w sieci.
Co z gazetami? Mają szanse na przetrwanie?
Tak, ale w innej formie niż dziś. Sprzedaż papierowych wydań nie będzie już głównym źródłem przychodów wydawców. Będzie jednym z wielu, bo nie w każdym przypadku będziemy potrzebowali wersji drukowanej. Lubię wziąć do ręki gazetę czy magazyn, szczególnie w niedzielę. Ale nie zawsze mam na to czas. Informacji potrzebuję natomiast zawsze. Dlatego część z nich czytam na telefonie komórkowym. Ktoś musi je jednak dostarczać i na tym zarabiać. Wszystko będzie więc kwestią znalezienia odpowiedniego modelu biznesowego. Są przecież wydawcy, którzy już dziś zarabiają w erze cyfrowych mediów. Takim przykładem jest Financial Times. Z drugiej strony rośnie sprzedaż niedzielnego Sunday Times – ludzie mają wtedy więcej czasu, by usiąść z gazetą w ręku przy kubku kawy. Wszystko zależy od dopasowania treści do potrzeb. Wydawcy muszą mieć ofertę dostosowaną do wszystkich możliwych kanałów dystrybucji, by być tam, gdzie może być lub już jest ich konsument. Niektórzy wydawcy zauważyli, w jakim kierunku zmienia się rynek, i idą tym śladem. Strona internetowa International Herald Tribune zamiast gazety przypomina raczej CNN. Wydawcy mają kompetencje, dzięki którym są w stanie na wielu polach konkurować np. z nadawcami telewizyjnymi. Muszą jednak zacząć wprowadzać zmiany, a nie czekać z założonymi rękoma.

Więcej:Reklama będzie efektywna, jeśli będzie użyteczna
17 listopada 2009

Rynek reklamy spada, ale reklama internetowa kwitnie

W I półroczu 2009 r. firmy wydały na reklamę w internecie 658 mln zł. To 14 proc. więcej niż przed rokiem, mimo że cały rynek pogrążony jest w recesji i spadł o ponad 11 proc. w tym samym okresie.

Tylko rynek reklamy w internecie rośnie – wynika z badania IAB Polska i PricewaterhouseCoopers. – Rośniemy. To najważniejsza wiadomość, biorąc pod uwagę dwucyfrowe spadki w pozostałych segmentach rynku – mówi Piotr Kowalczyk, prezes Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

Cały rynek zanotował w I połowie roku 11,2-proc. spadek, a nakłady na promocję w sieci wzrosły o 14 proc., do 658 mln zł (dane z 31 firm, m.in. Onetu, Wirtualnej Polski, Interii, Naszej-klasy, sieci reklamowych oraz grup medialnych). Liczba firm w tegorocznym badaniu powiększyła się o cztery, dlatego autorzy badania policzyli też, jak wygląda wzrost, gdy pod uwagę weźmie się te same 27 firm, co przed rokiem.

Więcej: Rynek reklamy spada, ale reklama internetowa kwitnie
17 listopada 2009

Właściciel Polsatu przeniesie telewizję do internetu. I twierdzi, że na tym zarobi

Grupa Polsat w ciągu czterech lat chce wejść do czołówki graczy internetowych pod względem przychodów z reklam. Ma to zapewnić strategia rozwoju oferty wideo w sieci.

Za trzy, cztery lata przychody z reklamy internetowej Grupy Polsat, która dziś jako jedyna z największych grupa medialna nie zarabia w sieci praktycznie nic, wynosić mogą już 100–120 mln zł. Taki ma być efekt strategii internetowej przyjętej przez należącą do Zygmunta Solorza-Żaka grupę medialną. Podczas gdy Agora, Grupa ITI czy Grupa Bauer budują swój biznes w sieci wokół posiadanych portali, Zygmunt Solorz-Żak poszedł w zupełnie innym kierunku i skoncentrował się na wideo w internecie.

– Uznaliśmy, że nie ma sensu walczyć na polach, na których wygrać już nie można. A do takich należą portale, które pod wieloma względami złote lata mają już za sobą. Postanowiliśmy wykorzystać nasze przewagi, a są nimi treści multimedialne. I stworzyć dzięki nim ofertę, której jeszcze nikt nie stworzył, czyli przenieść do internetu telewizję w wysokiej jakości, wzbogacając ją o interaktywność – tłumaczy w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną Marcin Pery, prezes Redefine, spółki należącej do Zbigniewa Solorza-Żaka.

Zadaniem Redefine jest przygotowanie Grupy Polsat do rozwoju w internecie. Środkiem, który ma umożliwić pokonanie konkurentów, jest Ipla, aplikacja pozwalająca na oglądanie telewizji w sieci. Dziś z aplikacji korzysta już blisko 1 mln użytkowników miesięcznie. Niemal codziennie oglądać można za jej pośrednictwem relacje z wydarzeń sportowych na żywo. W taki sposób transmitowana była walka Adamek–Gołota.

Według Marcina Perego za kilka lat znacząca część użytkowników sieci korzystać będzie z oferty wideo w sieci. Za nimi zaś pójdą reklamodawcy. – A my chcemy należeć wtedy do czołówki rynkowej w tym segmencie, także pod względem przychodów – podkreśla Marcin Pery. Szacuje on, że za trzy, cztery lata poziom przychodów z Ipli sięgnąć może 100–120 mln zł. To tyle, ile dzisiejsze przychody największych portali. Przy czym część wpływów pochodzić bedzie z abonamentu od użytkowników, umożliwiającego oglądanie programów na żądanie bez reklam, a część z reklam.

Więcej: Polsat zacznie zarabiać na telewizji w sieci w 2010 r.

17 listopada 2009

Kryzys zmusił TVN i Polsat do cięcia kosztów

Przychody reklamowe TVN i Polsatu skurczą się w tym roku o 10–12 proc. Co więcej, koniunktura w 2010 roku jest niepewna, więc stacje ograniczają produkcję programów.

Choć Grupa TVN wyniki za III kwartał tego roku opublikuje 5 listopada, analitycy giełdowi już dziś szacują przychody spółki z reklam i nie mają dobrych wiadomości.

– Zakładam, że przychody spółki z reklam były niższe o kilkanaście procent. Ostatecznie Grupa TVN zakończyła III kwartał wzrostem przychodów, ale głównie dzięki wpływom od abonentów platformy n – uważa Waldemar Stachowiak, analityk sektora mediów domu maklerskiego Ipopema Securities.

Zarówno TVN, jak i Polsat borykają się ze spadkiem wydatków reklamowych od początku roku. Ich tegoroczne przychody z tego tytułu będą niższe o 10–12 proc., czyli o około 400–500 mln zł. Na dodatek nie wiedzą, jakie przychody uzyskają w przyszłym roku, bo szacunki są niepewne. Szukają więc oszczędności. Na przykład przesuwając produkcję nowych programów, do czasu aż rynek reklamy znowu zacznie rosnąć. W takiej sytuacji znalazł się na przykład program na licencji BBC „Wojna chórów” i serial „Elita” w Polsacie, a w TVN serial „Klasa”. W ramówkach przeważać mają kontynuacje.

– Przychody z reklam przy nich są pewniejsze niż przy zupełnie nowych programach – mówi przedstawiciel jednego z nadawców.

Więcej: Kryzys zmusił TVN i Polsat do cięcia kosztów

17 listopada 2009

Przełomowy wyrok dla wydawców prasy w Polsce

Ponad 103,9 tys. zł – takiej wysokości odszkodowanie na rzecz INFOR Biznes, wydawcy Dziennika Gazety Prawnej zasądził 12 października wydział gospodarczy Sądu Okręgowego w Białymstoku od firmy Al Pari Business Centre, wydawcy serwisu Mojeprawo.pl.

Można było w nim znaleźć w całości i (bez żadnej umowy) skopiowane artykuły należące do INFOR Biznes opublikowane w Gazecie Prawnej i serwisach Gazetaprawna.pl i Forsal.pl. między lipcem 2007 r. a marcem 2009 r. Zdaniem INFOR Biznes, wydawca serwisu Mojeprawo.pl działał bezprawnie, a sąd przyznał wydawcy rację.

To pierwsza tak korzystna decyzja sądu, odkąd wydawcy prasy w Polsce postanowili walczyć o ochronę swoich treści wykorzystywanych przez serwisy internetowe bez umów i żadnych opłat. INFOR Biznes i Presspublica, wydawca Rzeczpospolitej, zapowiedzieli dziesiątki takich procesów, a wyceniane przez nich straty z tego tytułu przekraczają 2 mln zł.

Niemal jednocześnie INFOR Biznes podpisał dwie ugody z właścicielami kolejnych serwisów, do których wysłał pozwy z żądaniem odszkodowania. Jednym z nich jest Polska Izba Paliw Płynnych, właściciel serwisu Paliwa.pl, drugim spółka E-financial, wydawca serwisu e-financial.pl.

– To bardzo ważna decyzja – mówi DGP Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy.

– Argumentacja była bardzo przekonująca, skoro sąd wydał tak jednoznaczny wyrok pod nieobecność pozwanego. Podobnie jest w przypadku ugód. Prawnicy obu serwisów doszli do wniosku, że lepiej zgodzić się na odszkodowanie, niż ryzykować przegraną przed sądem. To znaczy, że prawo jest po stronie wydawców – dodaje. 

Więcej: Przełomowy wyrok dla wydawców prasy w Polsce

17 listopada 2009

Axel Springer wejdzie na rynek komórek?

Wydawca prasowy Axel Springer Polska rozważa wejście na rynek wirtualnych operatorów komórkowych.

Projekt może być wzorowany na działającej w Niemczech telefonii wykorzystującej markę najlepiej sprzedającego się na tamtejszym rynku dziennika – tabloidu „Bild”.

Usługa Bildmobil ruszyła pod koniec 2007 roku. Oferuje karty pre-paid do telefonów komórkowych i dostęp do internetu. Jednocześnie powstał serwis, oferujący m.in. artykuły i zdjęcia przygotowywane przez redakcję gazety. Użytkownicy telefonii Bildmobil mają do niego darmowy dostęp. W Polsce Axel Springer Polska może wykorzystać w podobny sposób tabloid „Fakt”. Jego średnia sprzedaż w tym roku wynosi 471,2 tys. egzemplarzy Koncern wydaje też m.in. „Przegląd Sportowy” i takie magazyny jak „Forbes”, „Newsweek Polska” i „Auto Świat”. Ma też 49 proc. udziałów w spółce Infor Biznes, wydawcy Dziennika Gazety Prawnej.

Więcej: Axel Springer Polska wchodzi w rynek telekomunikacyjny

17 listopada 2009

Zyski branży reklamowej spadną nawet o połowę. Końca recesji nie widać

Przychody agencji reklamowych będą w tym roku o 10-20 proc. mniejsze niż przed rokiem, domów mediowych – nawet o 40-50 proc. – wynika z szacunków przedstawicieli branży.

To efekt spowolnienia w gospodarce, które spowodowało sięgającą 15 proc. recesję na rynku reklamy. Firmy szukają więc oszczędności, ale bronią się przed masowymi zwolnieniami i bankructwami.

– Odkąd wszyscy zaczęli używać słowa kryzys, klienci coraz częściej zaczęli to wykorzystywać i domagać się niższych cen. To jest problem całej branży reklamowej – mówi DGP Marek Gargała, dyrektor zarządzający Publicis, jednej z największych agencji na rynku, pracującej m.in. dla takich firm, jak Axa i Orange.

Firmy domagają się, by agencje obniżały swoje stawki o 10-20 proc. Najczęściej kończy się na kilkunastoprocentowych upustach.

– Spadek wydatków na reklamę musiał przełożyć się także na przychody agencji. To problem, tym większy, że od poprzedniego kryzysu w latach 2001-2003 stawki specjalnie nie wzrosły – mówi Paweł Tyszkiewicz, dyrektor generalny Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, zrzeszającego kilkadziesiąt największych agencji i domów mediowych na polskim rynku.

Szacunki domów mediowych nie wróżą szybkiego wyjścia z recesji. Według Zenith- Optimedia Polska w całym 2009 roku wydatki reklamowe firm będą niższe o 6 proc. Starlink przewiduje, że skurczą się one o 9,4 proc. Największy spadek – o prawie 15 proc. – zapowiada CR Media Consulting.

Więcej: Zyski branży reklamowej spadną nawet o połowę

23 września 2009

Stworzony przez Polaków serwis ShareTheMusic.com chce konkurować z MySpace, YouTube i Last.fm

W drugiej połowie września w internecie rusza serwis ShareTheMusic.com, który chce walczyć o globalny rynek dystrybucji muzyki w internecie. Stworzyli go Polacy.

Mamy ambicje światowe i chcemy grać w tej samej lidze, co takie serwisy jak YouTube, MySpace czy Last.fm. Ale dziś nie mogę jeszcze powiedzieć, na jakiej zasadzie ma działać nasz serwis. Jest jeszcze na to za wcześnie — mówi DGP Tomasz Szladowski, prezes ShareTheMusic.com.com, który wcześniej założył działający na polskim rynku internetowy w sklep z muzyką Iplay.pl. Jak podkreśla, był to pierwszy w Europie Centralnej e-sklep z legalną muzyką.

Szczegóły ShareTheMusic — jak zapewnił — spółka ujawni już niebawem, bo w drugiej połowie września serwis ma wystartować. Na razie trwają końcowe testy wśród wybranych użytkowników. Już na samym początku serwis dostępny będzie w siedmiu wersjach językowych, ale ich liczba będzie coraz większa.

Oprócz Tomasza Szladowskiego w projekt zainwestowało jeszcze kilka prywatnych osób. Prace nad jego uruchomieniem trwały blisko 1,5 roku.

Jak wskazuje sama nazwa serwisu „Sharethemusic” — serwis może pozwalać użytkownikom na dzielenie się muzyką. Nie wiadomo jednak, na jakich zasadach. Tomasz Szladowski mówi dziś tylko, że ShareTheMusic.com nie ma swojego odpowiednika na świecie.

— Jestem przeciwnikiem kopiowania serwisów już istniejących. ShareTheMusic.com jest unikatowy w skali światowej. Nasza propozycja nie ma na razie bezpośredniej konkurencji. Zdecydowaliśmy, że będziemy działać globalnie, by osiągnąć rentowność. Sam polski rynek jest na to za mały — podkreśla.

Dystrybucja muzyki w internecie to coraz poważniejsze źródło przychodów przemysłu muzycznego na całym świecie. W ubiegłym na całym świecie wydano na muzykę około 3,7 mld dol., w tym 20 proc. pochodziła ze sprzedaży muzyki w sieci. Wśród najbardziej znanych e—sklepów są należący do Apple iTunes Music Store, ale swoich sił próbują też konkurenci — na przykład Nokia Music Store.

W Polsce sprzedaż muzyki w sieci, według branży i ZPAV sięgać może około 4 proc. całego rynku, który w ubiegłym roku szacowany był na 270,3 mln zł. Utwory cyfrowe oferuje też coraz więcej sklepów, wśród których jest Iplay.pl, Soho.pl, należąca do Polkomtela sklep Muzodajnia.pl, czy także działająca od niedawna Nokia Music Store. Inny sposób zarabiania w tym biznesie przyjął natomiast serwis społecznościowy MySpace, należący do News Corp. Ruperta Murdocha, który przyciąga głównie fanów muzyki. Swoje profile ma w nim wiele zespołów, które często udostępniają tam swoją muzykę, a przychody serwisu pochodzą z reklam.

Więcej o tym, jak działać ma ShareTheMusic.com: Polska spółka wchodzi na światowy rynek muzyki w sieci

10 września 2009

Dlaczego wydawcy mają problemy ze sprzedażą e-wydań

Elektroniczne wydania gazet są niewielkim źródłem przychodów większości wydawców. Jedną z przyczyn jest to, że sami wydawcy przykładają zbyt małą uwagę do tego kanału dystrybucji.
Marek Nowak, 35-letni mieszkaniec Warszawy, w pracy czyta kilka dzienników i przegląda informacje w internecie. Co tydzień kupuje tygodnik Polityka oraz – na zmianę – Wprost albo News-week. Wszystkie tygodniki prenumeruje też w formie e-wydań. Podobnie postępuje z kilkoma magazynami hobbystycznymi.

– Lubię mieć własne archiwum. Poza tym wersje elektroniczne są zazwyczaj o połowę tańsze od papierowych – mówi nasz rozmówca.

Taki czytelnik to marzenie wydawców prasy: nie dość, że płaci za gazety w kiosku, to jeszcze zapewnia stały dochód z internetu. Gdyby było ich więcej, może spadająca sprzedaż egzemplarzowa mniej martwiłaby niektórych wydawców. Elektroniczne wydania gazet są jednak nadal niewielkim źródłem przychodów większości wydawców. Po części dlatego, że niektórzy wydawcy wciąż nie przykładają zbyt dużej uwagi do oferty elektronicznej, po części – z powodu wciąż kiepskich rozwiązań technologicznych.

– Jestem coraz bardziej niezadowolony. Zastanawiam się nad rezygnacją z prenumeraty Wprost, bo tygodnik ukazuje się w kiosku w poniedziałek, a ja dostaję jego wersję elektroniczną dopiero w środę. Poza tym dystrybutor zmienił format gazet na zwykły pdf., a to już nie to samo co poprzedni czytnik Zinio. Denerwuje mnie to, że ograniczona jest możliwość korzystania z e-wydań na komputerach Apple’a – mówi.

Więcej na ten temat tutaj: Dlaczego wydawcy mają problemy ze sprzedażą e-wydań

I ciekawy głos Czytelnika:
Janusz Tyle

"fakt. inwestycje po stronie wydawcy są nieuchronne jeśli chce się przyciągnąć czytelnika dobrą jakością elektronicznego wydania. to czego brakuje mi na polskiej scenie e-wydań to czytnik jaki swoim klientom oferuje NYT (Times Reader). to jest po prostu dobrze zrobiony kawałek softu z pięknym wyglądem i dobrą funkcjonalnością. artykuły czyta się w nim wprost wyśmienicie i osobiście preferuję tę formę niż artykuły na stronie www. gdyby któryś z dystrybutorów poszedł w tym kierunku i w jednym miejscu (programie) dał możliwość czytania gazet/czasopism + łatwe dokupywanie kolejnych tytułów + archiwizowanie już zakupionych + natychmiastowe zasysanie nowych numerów w modelu (łatwa i dostępna) jednorazowa opłata albo abonament to osobiście przestawiłbym się na e-wydania.
zmieniłbym też ceny. oczywiście w dół. już tłumaczę dlaczego i posłużę się tu przykładem. Kurier Szczeciński - wersja papierowa, którą trzeba wydrukować, rozwieść do kiosków, odebrać zwroty itd. kosztuje 1,5 pln. natomiast wersja elektroniczna (którą i tak trzeba wytworzyć bo przecież teksty w dzisiejszych czasach składa się komputerowo) w płatności SMSem kosztuje 2,44 pln. coś tu chyba jest nie tak. podobna sytuacja jest z magazynami. jeśli mam już kupić jakieś e-wydanie to niech to będzie naprawdę atrakcyjna cena, która zrekompensuje niedogodności - z laptopem do wanny nie pójdę. koszt dystrybucji e-wydania jest naprawdę niewielki w porównaniu z wersją "analogową" więc cena o 25% niższa w stosunku do "analogowej" nie robi na mnie wrażenia i nie sprawia, że czuję, że zrobiłem dobry interes kupując plik zamiast papieru.
na koniec. zasubskrybowałem NYT w Times Reader chociaż te same artykuły są dostępne za darmo na ich stronie. przekonał mnie dobry soft. ładny, wygodny, prosty w obsłudze.

w artykule są wymienione 3 firmy - która pierwsza zrobi naprawdę dobry soft może da rade przeskoczyć ten magiczny 1%. czego im jak i sobie, jako czytelnikowi, życzę z całego serca."

10 września 2009

Internauci chcą płacić za porady

Wydawcy prasy mają za sobą kiepskie I półrocze i część trzeciego kwartału, a przed sobą równie trudną końcówkę roku. Sprzedaż egzemplarzowa dzienników spada z miesiąca na miesiąc niemal wszystkim tytułom. A z powodu recesji o 20-30 proc. skurczyły się też wydatki reklamowe w gazetach.

Dlatego wszyscy wydawcy stawiają dziś na internet. Inwestują w nowe serwisy, ale jednocześnie mocno postawili na ochronę ich praw autorskich w sieci. Stowarzyszenie Repropol, powołane przez wydawców prasy, by pobierać pieniądze za wykorzystywanie tekstów w sieci, pracuje właśnie nad tzw. tabelą opłat. Będzie ona precyzować wysokość stawek, jakie płacić będą serwisy internetowe za wykorzystywanie konkretnych treści wydawców.

– Pracujemy nad sposobem rozliczania, ale na razie za wcześnie na szczegóły. Będziemy mogli zaprezentować je Ministerstwu Kultury w ciągu najbliższych kilku miesięcy – przyznaje tylko Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy i prezes Repropolu.

Innym pytaniem, które sobie zadają, brzmi: za jakie treści internauci będą chcieli w przyszłości płacić, a za jakie absolutnie nie. Więcej na ten temat: Internauci są gotowi płacić za serwisy tematyczne

---