rssdodaj RSS
---Michał Fura - Blog 3.0: Media, ludzie, zjawiska
26 grudnia 2010

Rattner: Pracujemy nad tym, by świat wirtualny przeniknął do rzeczywistości

Jeśli są na świecie ludzie, którzy wiedzą, jak wyglądać będą komputery przyszłości, Justin R. Rattner jest jednym z nich. 62—letni wiceprezes i Chief Technology Officer Intela, którego procesory zamontowane są w 80 proc. komputerów na świecie, jest bezpośrednio odpowiedzialny za nowe technologie i badania amerykańskiego giganta.

Pracę u największego producenta procesorów na świecie rozpoczął 37 lat temu. W roku 1996 współtworzył pierwszy superszybki komputer, którego moc obliczeniowa pozwalala na wykonanie tryliona operacji na sekundę.

Dzięki temu osiągnięciu branża zgodnie uznała Rattnera za jednego z 200 inżynierów i naukowców, którzy wywarli największy wpływ na amerykański rynek informatyczny. Sylwetka Rattnera opublikowana została z tej okazji w książce „Wizards and Their Wonders”, obok takich osobistości, jak Alan Kay z Xeroxa czy Steve Wozniak, współtwórca Apple.

Dziś głowę szefa technologii i badań Intela zajmuje sztuczna inteligencja. „Moim celem jest osiągnięcie do roku 2028 Singularity (z ang. Osobliwość), czyli punktu, w którym spotkają się inteligencja maszyn i ludzi” — pisze na swoim profilu w internetowym serwisie dla menedżerów LinkedIn.com. DGP opowiedział, jak świat wirtualny przenika się z realnym:
Witamy. Zapraszamy na wyprzedaż garniturów z naszej zimowej kolekcji. Jesteśmy tuż za rogiem skrzyżowania ulic Hills i św. Patryka. Zespół sklepu The Men’s Core” – otrzymanie SMS-a o takiej treści od sklepu z odzieżą to coraz częściej spotykany sposób marketingu przy wykorzystaniu telefonu komórkowego i geolokalizacji.

Bez względu na to, czy jesteśmy w San Francisco, Chicago, Paryżu czy w Warszawie, sięga po niego coraz więcej firm. Idziemy ulicą i co pewien czas otrzymujemy od pobliskich sklepów informacje o promocjach i specjalnych okazjach. To dopiero początek technologicznej rewolucji.

Więcej: Rattner: Pracujemy nad tym, by świat wirtualny przeniknął do rzeczywistości

26 grudnia 2010

Rattner: Pracujemy nad tym, by świat wirtualny przeniknął do rzeczywistości

Jeśli są na świecie ludzie, którzy wiedzą, jak wyglądać będą komputery przyszłości, Justin R. Rattner jest jednym z nich. 62—letni wiceprezes i Chief Technology Officer Intela, którego procesory zamontowane są w 80 proc. komputerów na świecie, jest bezpośrednio odpowiedzialny za nowe technologie i badania amerykańskiego giganta.

Pracę u największego producenta procesorów na świecie rozpoczął 37 lat temu. W roku 1996 współtworzył pierwszy superszybki komputer, którego moc obliczeniowa pozwalala na wykonanie tryliona operacji na sekundę.

Dzięki temu osiągnięciu branża zgodnie uznała Rattnera za jednego z 200 inżynierów i naukowców, którzy wywarli największy wpływ na amerykański rynek informatyczny. Sylwetka Rattnera opublikowana została z tej okazji w książce „Wizards and Their Wonders”, obok takich osobistości, jak Alan Kay z Xeroxa czy Steve Wozniak, współtwórca Apple.

Dziś głowę szefa technologii i badań Intela zajmuje sztuczna inteligencja. „Moim celem jest osiągnięcie do roku 2028 Singularity (z ang. Osobliwość), czyli punktu, w którym spotkają się inteligencja maszyn i ludzi” — pisze na swoim profilu w internetowym serwisie dla menedżerów LinkedIn.com. DGP opowiedział, jak świat wirtualny przenika się z realnym:
Witamy. Zapraszamy na wyprzedaż garniturów z naszej zimowej kolekcji. Jesteśmy tuż za rogiem skrzyżowania ulic Hills i św. Patryka. Zespół sklepu The Men’s Core” – otrzymanie SMS-a o takiej treści od sklepu z odzieżą to coraz częściej spotykany sposób marketingu przy wykorzystaniu telefonu komórkowego i geolokalizacji.

Bez względu na to, czy jesteśmy w San Francisco, Chicago, Paryżu czy w Warszawie, sięga po niego coraz więcej firm. Idziemy ulicą i co pewien czas otrzymujemy od pobliskich sklepów informacje o promocjach i specjalnych okazjach. To dopiero początek technologicznej rewolucji.

Więcej: Rattner: Pracujemy nad tym, by świat wirtualny przeniknął do rzeczywistości

07 grudnia 2010

Michael Wolff o rynku medialnym: Ipad nie uratuje dzienników

Dlaczego Rupert Murdoch myśli, że może wygrać z internetem? Michael Wolff: Bo jest stary i nie wie, z czym walczy. Ma 79 lat. Rządzi jednym z największych imperiów medialnych świata, a nie używa nawet powszechnej dziś poczty elektronicznej.

MICHAŁ FURA:W ubiegłym roku amerykańskie dzienniki zwolniły kilka tysięcy dziennikarzy. Nie było praktycznie wydawcy, który nie zmniejszyłby zatrudnienia. Według serwisu Mediafinder.com aż 428 magazynów zniknęło z rynku. To koniec dziennikarstwa?

MICHAEL WOLFF*:

To koniec tego, do czego przywykliśmy. Ale tam, gdzie coś umiera, rodzi się coś nowego. Zapotrzebowanie na informacje nie zmalało. Odwrotnie – jest większe niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie dzięki internetowi i nowym technologiom przywykli do stałego dostępu do newsów, chcą wiedzieć coraz więcej i ktoś musi im to umożliwić. Dlatego uważam, że okazji do pracy w biznesie informacyjnym będzie sporo. Jedyny problem polega na tym, że coraz rzadziej ktoś będzie chciał za tę pracę płacić w ogóle lub przynajmniej tyle, ile dotychczas.

Niezbyt pocieszająca perspektywa dla dziennikarza.

Dziennikarstwo newsowe będzie coraz gorzej płatnym zawodem. Jednak praca w gazetach nigdy nie była lukratywnym zajęciem. Reporterzy zawsze wykonywali najcięższą robotę, a na drugi dzień i tak najwięcej zarabiała na tym telewizja, która mogła przyciągać wielomilionową widownię.

Przyszłość miesięczników, takich jak „Vanity Fair”, moja macierzysta redakcja, rysuje się w jaśniejszych barwach niż przyszłość prasy codziennej. Internet nie zastąpi magazynów, tak jak wypiera dzienniki. Magazyny zaspokajają inne potrzeby, są marką, z którą ludzie chcą obcować. I gotowi są za to zapłacić.

Więcej:

Michael Wolff o rynku medialnym: Ipad nie uratuje dzienników

*Michael Wolff, stały współpracownik miesięcznika „Vanity Fair”, właściciel serwisu Newser.com. Ma na koncie cztery książki. Ostatnia, zatytułowana „The Who Owns the News”, to biografia Ruperta Murdocha, właściciela News Corp.

02 grudnia 2010

Mobilna rewolucja w mediach: Wydawcy zaczynają nowe życie w cyfrowym świecie

Papierowa prasa nie umarła. Internet, który jeszcze do niedawna był uważany za głównego winowajcę upadku gazet, teraz może pomóc im odzyskać reklamodawców. Wydawcy wyszli z założenia, że zamiast bać się sieci, trzeba się nauczyć na niej zarabiać

– Marka „Financial Times” ma wzbudzać emocje – tymi słowami Ben Hughes, wiceprezes brytyjskiego wydawcy globalnego dziennika biznesowego „Financial Times”, rozpoczął swoje wystąpienie podczas wtorkowej konferencji zorganizowanej przez wydawcę dziennika „The Guardian” w Londynie.

Do hotelu Hilton Tower Bridge przyszło posłuchać go kilkaset osób z branży, bo FT to dziś punkt odniesienia dla wydawców szukających przychodów w mediach cyfrowych, do których coraz więcej czytelników migruje po darmową i szybką informację.

Więcej: Mobilna rewolucja w mediach: Wydawcy zaczynają nowe życie w cyfrowym świecie
Czytej też: iPad: Wydawcy prasy powinni się uczyć od Steve’a Jobsa, jak sprzedawać gazety w internecie
Drogi czytelniku, jeśli czytasz ten tekst w internecie, robisz to za darmo. Ale wydawcy prasy na całym świecie zadają sobie pytanie: ile byłbyś w stanie zapłacić za niego. Pojawienie się iPada może oznaczać rychły koniec darmowego dostępu do gazet online.
22 listopada 2010

Chris Anderson: prorok internetowego biznesu zapowiada kolejną przemysłową rewolucję

Chris Anderson, redaktor naczelny magazynu „Wired”, nie został jeszcze miliarderem, ale jego teorie mają ogromny wpływ na to, w jaki sposób będziemy mogli zarabiać pieniądze dzięki sieci. Właśnie pisze trzecią książkę, w której zapowiada kolejną przemysłową rewolucję, do której doprowadzi internet.

Chris Anderson, redaktor naczelny magazynu „Wired”, figuruje na liście płac swojego pracodawcy, amerykańskiego wydawcy Conde Nast, obok szefów takich pism, jak „Vogue” i „Vanity Fair”. Nie wyznacza jednak trendów w modzie jak Anna Wintour, szefowa „Vogue”, ani nie kreuje gwiazd niczym Graydon Carter w „Vanity Fair”. 49-letni szef „Wired” opisuje i wyznacza trendy w świecie internetu, nowych technologii i biznesu. W 2007 r. amerykański tygodnik „Time” zaliczył go do grona stu najbardziej wpływowych ludzi świata spośród naukowców i myślicieli. Sam nie zarobił miliardów, ale jego teorie mają ogromny wpływ na biznes i jego przyszłość.

Rozmawiamy w gabinecie Andersona w redakcji „Wired”, którą kieruje od 9 lat. W niedużym, jasnym pomieszczeniu, oprócz archiwalnych wydań magazynu, rzuca się w oczy wisząca na jednej ze ścian ogromna tablica zapisana wzorami i wykresami, jakby przed chwilą odbył się tu wykład z matematyki. Anderson, fizyk z wykształcenia, zanim zaczął karierę w dziennikarstwie, prowadził badania w laboratoriach Los Alamos w Nowym Meksyku. Dziś rozpisuje w akademickim stylu tezy swoich tekstów.

Anderson opowiada o swojej najnowszej książce, która w księgarniach ukaże się dopiero w 2012 r. Jego zdaniem w ciągu najbliższej dekady będziemy świadkami rewolucji w świecie produkcji dóbr. Dzięki temu, że technologie są coraz tańsze i dostępne niemal dla każdego, nastąpi odwrót od masowej produkcji, zdominowanej przez globalnych gigantów i sterowanej przez rządy czy instytucje. Rynek zasili produkcja niszowa. Zamiast kupować najnowszy model forda czy toyoty, dostępny na całym świecie, będzie można zamówić unikatowy, skrojony na miarę samochód. – To całkowicie zmieni świat, bo pozwoli na odejście od globalizacji, która obniżała koszty, lecz unifikowała produkcję, do globalizacji, która obniża koszty, ale wspiera i umacnia różnorodność, unikatowość – tłumaczy Anderson.

Więcej: Chris Anderson: prorok internetowego biznesu

21 lutego 2010

Kul Takanao Wadhwa: "Nowe pomysły dla Wikipedii to zdjęcia z komórki i filmy video"

Nie chcemy ograniczać Wikipedii tylko do słowa pisanego. Uważamy, że znakomitym uzupełnieniem materiałów pisanych w encyklopedii byłyby zdjęcia oraz filmy wideo umieszczane przez użytkowników. Dlatego pracujemy nad koncepcją dużej platformy multimedialnej, która pozwoliłaby im to robić - mówi w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną Kul Takanao Wadhwa, dyrektor zarządzający Wikimedia Foundation, do której należy największa internetowa encyklopedia świata Wikipedia.

MICHAŁ FURA:Nie tak dawno hiszpański naukowiec dr Felipe Ortega ogłosił, że w I kwartale tego roku z Wikipedii odeszło prawie 50 tys. redaktorów wolontariuszy, a jeśli tak dalej pójdzie, to zagrożony będzie dalszy rozwój całej interentowej encyklopedii. Czyżby Wikipedia umierała?


KUL TAKANAO WADHWA* Absolutnie nie. Wyliczenia, o których pan mówi, oparte zostały na błędnej analizie danych. Liczba redaktorów jest tak naprawdę stabilna od wielu lat i wynosi około 40 tys. osób w przypadku wersji anglojęzycznej. Z tej strony nie ma niebezpieczeństwa. Cały czas się rozwijamy: przybywa użytkowników, których jest już ponad 340 mln na całym świecie. Pogłoski o naszej śmierci są całkowicie przesadzone.

Ale nie zaprzeczy pan, że kiedyś o Wikipedii było głośno, a od jakiegoś czasu przestaliście być na ustach wszystkich? Dostaliście zadyszki?

Cóż – Wikipedia cały czas się rozwija, choć – i przyznajemy to otwarcie – nie rozwijamy się już tak dynamicznie, jak kiedyś.

Z czego to wynika? Ludziom znudziło się pisanie haseł do Wikipedii?

Powodów jest tak naprawdę kilka. Proszę sobie wyobrazić, że w Wikipedii jest już ponad 14 mln haseł, a ich liczba ciągle rośnie w tempie kilku tysięcy dziennie. Jednak wiele zagadnień zostało już po prostu dokładnie opisanych i wyczerpanych, co może wpływać na wolniejsze tempo rozwoju. Z drugiej strony trzeba też spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że pewnym hamulcem mogą być czynniki techniczne. Strona internetowa Wikipedii oraz cały system redagowania i tworzenia informacji powinien być prostszy i bardziej przyjazny dla ludzi. To mogłoby przyciągnąć nowe osoby do Wikipedii. Przy tak dużej skali i liczbie współpracowników na całym świecie wciąż gorącym tematem są kwestie związane z zasadami redagowania czy usuwania niektórych wpisów.

Jaką przyszłość widzi pan dla Wikipedii? Jak największa internetowa encyklopedia świata będzie wyglądać za pięć czy dziesięć lat?

Tego dokładnie nie wie nikt, ale wiemy, w jakim kierunku chcemy iść. Nasz cel – zebranie całej wiedzy na świecie w jednym miejscu – się nie zmienił. Zmieniły się natomiast sposoby, w jaki ludzie tę wiedzę przekazują i z niej korzystają. Gdy ruszała Wikipedia, korzystaliśmy z internetu głównie za pomocą komputera, dziś wiemy, że przyszłość to internet mobilny, z którego korzystać będziemy nie tylko za pomocą telefonów komórkowych, ale także innych przenośnych urządzeń. Strategia naszego rozwoju brzmi więc tak: jakkolwiek ludzie chcieliby w przyszłości korzystać z Wikipedi, jako czytelnicy i twórcy, musimy im dać taką możliwości. Zastanawiamy się więc, jakie aplikacje stworzyć, by pozwalały w różny sposób wykorzystywać zasoby Wikipedii. Nie chcemy też ograniczać Wikipedii tylko do słowa pisanego. Uważamy, że znakomitym uzupełnieniem materiałów pisanych w encyklopedii byłyby zdjęcia oraz filmy wideo umieszczane przez użytkowników. Dlatego pracujemy nad koncepcją dużej platformy multimedialnej, która pozwoliłaby im to robić.

*dyrektor zarządzający Wikimedia Foundation, do której należy największa internetowa encyklopedia świata Wikipedia.

WIĘCEJ: Kul Takanao Wadhwa: "Nowe pomysły dla Wikipedii to zdjęcia z komórki i filmy video"

21 lutego 2010

Kostrzewa: "Nie będziemy dokładać do Tygodnika Powszechnego"

"Dofinansowywanie Tygodnika Powszechnego byłoby drogą donikąd. Od samego początku podkreślaliśmy, że nie chcemy dokładać do tytułu więcej ponad to, co przeznaczyliśmy na ratowanie go przed upadkiem" - mówi Wojciech Kostrzewa, prezes zarządu Grupy ITI.


Redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego ks. Adam Boniecki kolejny raz poprosił czytelników o wsparcie finansowe, które ma pomóc tytułowi wyjść z trudnej sytuacji. Co się stanie, jeśli nikt nie wspomoże tytułu. Czy będzie to oznaczało jego upadek?

WOJCIECH KOSTRZEWA*

Nie chciałbym rozważać scenariusza, który jest czysto hipotetyczny i który moim zdaniem nie powinien się wydarzyć. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że przyjaciele Tygodnika zachowają się inaczej niż rok temu, kiedy wsparli mniejszościowego udziałowca Fundację TP kwotą prawie 600 tys. zł. Pieniądze te zostały przeznaczone na wiele ważnych dla Tygodnika przedsięwzięć. Natomiast mogę zapewnić, że nie mamy w planach zamykania tytułu. Jesteśmy przekonani, że ma przed sobą wiele lat owocnej działalności.

Dlaczego Grupa ITI, większościowy udziałowiec, po prostu nie wspomoże Tygodnika Powszechnego?

A dlaczego mielibyśmy to robić? To byłaby droga donikąd. Ponosząc koszt inwestycji w ratowanie Tygodnika Powszechnego, zakładaliśmy, że będzie to projekt o charakterze pro publico bono. Nie była to typowa inwestycja biznesowa, bo jej celem nie jest przynoszenie zysków ITI. Od samego początku podkreślaliśmy, że nie chcemy dokładać do tytułu więcej ponad to, co przeznaczyliśmy na ratowanie go przed upadkiem.

Warunek był jednak taki, że tytuł będzie się w stanie samodzielnie utrzymać na rynku, czyli że przynajmniej będzie się samofinansował.

Kiedy spełni ten warunek?

Mam nadzieję, że do końca tego roku. Bardzo blisko byliśmy już na koniec roku 2009. TP zakończył go wprawdzie na minusie, ale wynik operacyjny był już bardzo bliski zera. Uważam, że to duże osiągnięcie, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo załamał się w ubiegłym roku rynek reklamy. Uważam też, że sukcesem było przeprowadzenie operacji zmiany formatu tytułu. W efekcie Tygodnik Powszechny jest jednym z najciekawszych tygodników opinii na rynku.

*prezes zarządu i dyrektor generalny Grupy ITI – właściciel 56 proc. udziałów w Tygodniku Powszechnym, większościowy udziałowiec Grupy TVN i Multikina

Więcej: Kostrzewa: "Nie będziemy dokładać do Tygodnika Powszechnego"

21 lutego 2010

„Wprost” ma przynieść zysk, ale nie wiadomo kiedy

Sprzedaż nieco powyżej 100 tys. egzemplarzy, zwiększenie wpływów reklamowych i 10 mln zł zysku – to pierwsze plany nowego właściciela „Wprost”. Nie wiadomo tylko, kiedy mają być zrealizowane.

– Mam dokładną wizję tego, jak powinien wyglądać „Wprost”. Ale nie możemy opierać się tylko na niej. Najpierw musimy zrobić dokładne badania i analizy – mówi DGP Michał M. Lisiecki, prezes i założyciel Platformy Mediowej Point Group. Michał Lisiecki przejął „Wprost” niewiele ponad miesiąc temu od jego założycieli, rodziny Królów.

Pracami nad nową strategią kieruje Jacek Rakowiecki, szef należącego do PMPG miesięcznika „Film”, a wcześniej naczelny m.in. „Vivy” i „Przekroju”. W piątek PMPG poinformowała, że rozpoczęła rekrutację osoby na stanowisko dyrektora marketingu i strategii „Wprost”. Ale kiedy rynek ujrzy nowe oblicze tygodnika, na razie nie wiadomo. – Chciałbym, żebyśmy zdążyli jeszcze przed wakacjami. Ale to nie jest pewny termin – przyznaje szef PMPG.

zef PMPG nie ujawnia sytuacji finansowej „Wprost”. Z danych firmy Expert Monitor wynika, że po trzech kwartałach zeszłego roku cennikowe przychody reklamowe tygodnika wyniosły 49 mln zł. Według Presserwisu strata netto AWR Wprost, spółki wydającej tygodnik, na koniec lipca sięgnęła 4,5 mln zł. Nad wydawcą wiszą też wyroki – choćby 5 mln dol. w przegranym procesie z córką byłego premiera Włodzimierza Cimoszewicza. Michał Lisiecki negocjuje właśnie ugodę w tej sprawie. Mówi, że w nieodległej, średniookresowej perspektywie spółka jest w stanie przynosić około 10 mln zł zysku rocznie. – A to, stosując klasyczną wycenę, dawałoby około 100 mln zł wartości „Wprost”. To najbardziej realna wartość tytułu, do której będziemy dążyć – twierdzi Michał Lisiecki.

21 lutego 2010

Najwięksi wydawcy chcą sprzedawać e-prasę za pośrednictwem czytnika eClicto

Najwięksi wydawcy prasy w Polsce szykują się do walki o czytelników za pomocą elektronicznych czytników. Agora, Axel Springer Polska, INFOR PL i Murator rozmawiają z Kolporterem, jednym z czołowych firm dystrybucji prasy na polskim rynku, o współpracy przy sprzedaży e-prasy za pośrednictwem czytnika eClicto. Chcą, by ich oferta pojawiła się w kolejnych wersjach urządzenia, które będzie miało dostęp do internetu i pojawi się na rynku w tym roku. – Zainteresowanie jest ogromne, ale nie mogę mówić o szczegółach – mówi Maciej Topolski, rzecznik Kolportera.

Więcej: Najwięksi wydawcy chcą sprzedawać e-prasę za pośrednictwem czytnika eClicto

21 lutego 2010

Facebook może przegonić Naszą - klasę już za trzy lata

Reklamy irytują aż 68 proc. użytkowników serwisów społecznościowych - mówi w wywiadze dla Dziennika Gazety Prawnej, Tomasz Rzepniewski, szef MEC Interaction

Facebook, największy serwis społecznościowy na świecie, ma coraz więcej użytkowników w Polsce, a niektórzy twierdzą, że wkrótce pokona Naszą-Klasę. Jakie jest pana zdanie?

TOMASZ RZEPNIEWSKI: To możliwe, ale wcale nie jest takie oczywiste. Dziś Face- book ma w Polsce ponad 3 mln użytkowników, a Nasza-Klasa – ponad 11 mln. To ogromna różnica, której nie da się tak szybko zmniejszyć. Wprawdzie Facebook zakłada, że w tym roku zdobędzie 8–10 mln użytkowników w Polsce, ale nie wydaje mi się to realne. Bardzo dobrym wynikiem będzie 6 mln. W dłuższej perspektywie uważam natomiast, że ta proporcja będzie zmieniać się na korzyść Facebooka. Nie przegoni on jednak Naszej-Klasy pod względem liczby użytkowników ani w tym, ani w przyszłym roku. Obstawiam, że najbardziej realna perspektywa to ok. 3–5 lat.

Dlaczego miałoby to mu zająć aż tyle czasu? I jak Facebook będzie zdobywał polski rynek – odbierając użytkowników Naszej-Klasie czy raczej przyciągając nowe osoby?

W grę wchodzić będzie i jedno, i drugie. Trzeba zdawać sobie sprawę, jak bardzo różni są dziś użytkownicy obu serwisów. Z Facebooka korzystają przede wszystkim mieszkańcy miast, osoby lepiej wykształcone, znające języki, bardziej świadome, jeśli chodzi o korzystanie z internetu, przeważnie młode. Z kolei w Naszej-Klasie mamy prawdziwy przekrój polskiego społeczeństwa. Mówiąc językiem reklamy, jest tam praktycznie każdy target, można więc zrobić niemal każdą kampanię. Sporą grupę stanowią osoby, które dzięki Naszej-Klasie w ogóle odkryły internet, ale też poza ten serwis praktycznie nie wyszły. Są tacy, którzy nie wiedzą nawet, że można wysyłać do siebie wiadomości inaczej niż za pośrednictwem Naszej-Klasy. Są też oczywiście tacy, którzy są bardziej otwarci, poszukują nowych rozwiązań i serwisów. Na ich przejęcie może liczyć Facebook, który z czasem będzie też stawał się bardziej polski i popularny. Jednak pewnych grup użytkowników z pewnością nigdy od Naszej-Klasy nie przejmie. Dlatego innym sposobem na rozwój będzie przyciąganie młodych osób, które zaczynają korzystać z internetu, lub takich, które już w nim są, ale jeszcze nie przekonały się do serwisów społecznościowych. 

Więcej: Facebook może przegonić Naszą-klasę już za trzy lata

http://forsal.pl/artykuly/394475,facebook_moze_przegonic_nasza_klase_juz_za_trzy_lata.html

17 grudnia 2009

Jak Rupert Murdoch walczy z Google

Mój tekst z piątkowego magazynu Dziennika Gazety Prawnej o wojnie Ruperta Murdocha z Googlem:

Niedziela 22 listopada tego roku nie była dniem dobrych wiadomości dla prezesa Google’a Erica Schmidta i dwóch twórców internetowej wyszukiwarki – Larry’ego Page’a i Siergieja Brina. O godzinie 15 czasu kalifornijskiego na swoich stronach internetowych dziennik Financial Times opublikował informację zapowiadającą groźny dla Google’a sojusz. Tytuł brzmiał: „Microsoft namawia News Corp. do wycofania swoich treści z wyszukiwarki Google”.
Reporterzy dziennika dowiedzieli się o tajnych rozmowach między kierowanym przez Steve’a Ballmera Microsoftem a jednym z największych koncernów medialnych świata, News Corp., kontrolowanym przez Ruperta Murdocha. W efekcie miałby on przenieść wszystkie linki do artykułów ze swoich gazet z Google’a do należącej do Microsoftu wyszukiwarki Bing. A Steve Ballmer, by mu jeszcze za to zapłacił. Mógłby powstać sojusz zdolny zachwiać nienaruszoną pozycją Google’a w świecie internetu. Dla świata biznesu, zwłaszcza mediów i technologii, to informacja tej wagi, jakby w czasach zimnej wojny wyszło na jaw, że Związek Radziecki namawia Wspólnotę Europejską do paktu przeciwko USA.

Krok News Corp. i Microsoftu to efekt toczącej się od wielu miesięcy medialnej wojny, w której Murdoch, popierany przez innych wydawców prasy na świecie, zarzuca serwisom internetowym z Google’em na czele, że okradają spółki prasowe z artykułów i zdjęć. I czerpią z tego kolosalne zyski, często kosztem umierających gazet. Dotychczas kończyło się tylko na słowach. Tym razem News Corp. zyskał potężnego sprzymierzeńca. Microsoft to wielki gracz na rynku technologii, który ma własne porachunki z Google'em. Wykorzystując wojnę wydawców, chciałby ubić własny interes. To kolejna faza jednego z najciekawszych sporów biznesowych XXI wieku, którego efekty obchodzić powinny każdego z nas. Od wyników tej wojny zależy bowiem, w jaki sposób będziemy korzystać w przyszłości z internetu i co w nim w znajdziemy. A wyrażając się precyzyjniej – co użytecznego i wartościowego będziemy mogli w nim znaleźć zupełnie za darmo.

Całość tutaj: Murdoch na wojnie z Google

07 grudnia 2009

Guru reklamy, który ukradł pierwszy slogan

Dzięki Saatchiemu Margaret Thatcher została premierem, a brytyjscy artyści zyskali światową sławę

Pewnego dnia szef kazał mu wymyślić hasło reklamowe dla firmy drobiarskiej. „Nie miałem pojęcia, jak napisać slogan. W zasadzie nie wiedziałem, jak napisać cokolwiek ponad to, że spóźnię się do pracy” – wspomina Charles Saatchi w wydanej właśnie autobiografii „My Name is Charles Saatchi and I Am an Artoholic”. Był początek lat 60., miał 17 lat i pracował jako goniec w małej agencji. W poszukiwaniu inspiracji sięgnął po stare branżowe czasopisma. Spośród wielu haseł wybrał jedno z 1901 roku, które zachęcało do kupna samochodów: „Ask the man who owns them” (Zapytaj tego, który już je ma). Saatchi uznał, że jak ulał pasuje do hodowcy kurczaków. Klientowi się spodobało.

Guru światowej reklamy bez żenady przyznaje, że swój pierwszy slogan reklamowy po prostu ukradł. Tyle że nie wiadomo, czy to prawda, tak jak większość faktów, które podaje. Zresztą prawda dla Saatchiego nie jest istotna. Ważne, by cytaty były kontrowersyjne i błyskotliwe. – Wydałem tę książkę, żeby media miały cytat na każdy temat. Dzięki temu nie będę musiał więcej udzielać wywiadów – mówi 66-letni dziś Brytyjczyk irackiego pochodzenia, który w latach 80. ubiegłego wieku stworzył z bratem największą agencję reklamową świata Saatchi & Saatchi.

Prowokacja to jego warsztat pracy. Dzięki niej 30 lat temu pomógł wygrać brytyjskie wybory Margaret Thatcher i wszedł do pierwszej ligi reklamowej. Później, w latach 90., odkrył i wypromował pokolenie młodych brytyjskich artystów i zapracował na tytuł jednego z największych kolekcjonerów sztuki współczesnej. Choć inni widzą w nim raczej cwanego spekulanta. Teraz umiejętności zdobywania rozgłosu wykorzystuje, by wypromować swoją najnowszą rolę, jurora telewizyjnego programu „Szkoła Saatchiego”, w którym szuka talentów i przyszłej gwiazdy sztuki. Nie pojawia się jednak przed kamerą. – Nie jestem ani nieśmiały, ani gadatliwy. Nie lubię chodzić na przyjęcia, ale lubię pokazywać moje zbiory. I całkiem dobrze mi z tą schizofrenią – powiedział niedawno Radiu Times.

Więcej: Guru reklamy, który ukradł pierwszy slogan

03 grudnia 2009

Zygmunt Solorz-Żak buduje koncern multimedialny łączący telewizję z internetem

Rozmowa z Zygmuntem Solorzem-Żakiem, właścicielem Polsatu, jednym z najbogatszych Polaków, o budowie wielkiego koncernu multimedialnego, sieci szybkiego internetu, kryzysie i o tym, dlaczego nie chce już kupować innych spółek tylko rozwijać te, które ma. 

Z powodu kryzysu zakończy pan rok 2009 bogatszy czy uboższy? Zyskał pan czy stracił?


To nie ma znaczenia.

Dlaczego?
Przecież nie to się liczy...

A co się dla pana liczy?
Sukces.

Czyli?
Dla mnie najważniejsze jest udowodnienie sobie, że mogę coś osiągnąć, na przykład doprowadzić jakieś przedsięwzięcie biznesowe do końca zgodnie z planem. Liczba zer po przecinku czy miejsce na jakiejkolwiek liście najbogatszych nie ma żadnego znaczenia.

To miejsce determinuje wycena majątku, a ta zależy od tego, jak idzie biznes. O ile w wyniku spowolnienia gospodarki i recesji w reklamie skurczą się w tym roku przychody i zyski Polsatu?
Dokładnie będę mógł to powiedzieć dopiero, gdy zakończy się rok. Przed nami jeszcze prawie cały grudzień. Ale nie jest tajemnicą, że wpływy telewizji z reklam będą w tym roku niższe o kilkanaście procent. Uważam jednak, że nam udało się wyjść z kryzysu obronną ręką. Uniknęliśmy poważnych kłopotów finansowych między innymi dzięki temu, że nie zadłużaliśmy się.

Myślę, że kryzys jeszcze się nie skończył. Zakładam, że potrwa w sumie około trzech lat. W scenariuszu optymistycznym za rok, półtora rynek ma szansę wrócić do poziomu sprzed kryzysu. Sytuacja ma szansę poprawić się w Polsce szybciej, gdyż kryzys w mniejszym stopniu uderzył w nasz kraj niż w inne.


Mocno ściął pan koszty w Polsacie z powodu recesji?

Wprowadziliśmy oszczędności, by dostosować się do sytuacji na rynku, ale staraliśmy się walczyć z kryzysem przede wszystkim bez konsekwencji dla ludzi. Udało nam się uniknąć poważnych zwolnień. Szukaliśmy oczywiście oszczędności w wydatkach programowych, ale tak, aby nasza oferta nie straciła na jakości.

Więcej: Nic wezmę sobie już niczego nowego na głowę

30 listopada 2009

Podkański: Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć - mówi Wiesław Podkański prezes Izby Wydawców Prasy.

Magnat prasowy Rupert Murdoch namawia wydawców w USA, by wycofywali treści z serwisów Google. Dwóch małych wydawców już tak zrobiło. Co zrobiliby wydawcy w Polsce, gdyby Murdoch zwrócił się z podobną prośbą?


Zapytalibyśmy, co oferuje nam w zamian. Izba mogłaby rekomendować rozwiązania, ale nie może wpływać na decyzje wydawców. Sprawa jest bardzo złożona. Serwis Google News, który linkuje do artykułów wydawców, jest w USA bardzo silny i to głównie w niego wymierzony jest sprzeciw News Corp. W Polsce ma znikomy udział w rynku. Natomiast wyszukiwarka Google generuje sporo ruchu na stronach wydawców. Zrezygnowanie z niej – w sytuacji monopolu Google – mogłoby być wylaniem dziecka z kąpielą. Trzasnąć drzwiami można łatwo, ale co potem? Choć nikt nie wie, jak zakończy się inicjatywa szefa News Corp., jest bardzo cenna, bo wywołała dyskusję na temat jednego z najważniejszych problemów branży, czyli zasad dystrybucji treści. Przyczynia się też do zmiany świadomości branży internetowej. Chciałbym powiedzieć wyraźnie, że wydawcy prasy chcą być w internecie i rozwijać w nim ofertę, ale nie godzą się na to, by być traktowani jak dojne krowy. A tak właśnie jest, jeśli portale i mniejsze serwisy wykorzystują nieodpłatnie treści tworzone przez wydawców i zarabiają dzięki temu masę pieniędzy. Śmieszą mnie zapewnienia wydawców internetowych twierdzących, że gdybyśmy zablokowali nasze treści, poradziliby sobie bez nich. Gdyby tak było, nie kradliby naszych tekstów i zdjęć. Ich wytworzenie kosztuje, a ciężar spoczywa na wydawcach.

Jakie rozwiązania satysfakcjonowałyby wydawców – opłaty za wykorzystane treści, udział w przychodach reklamowych?

Mogą być i takie, i takie. Właśnie na ten temat chcemy rozmawiać z branżą internetową, ale gdy zwróciliśmy się z tą sprawą do portali, nabrały wody w usta. Umowy portali z wydawcami to też mit. Spośród członków Izby nie ma ich większość wydawców. A w przypadku tych, którzy już je mają, portale często nie zamieszczają odpowiednich linków.

Więcej:Nie będziemy dojną krową dla biznesu internetowego

30 listopada 2009

Internet mobilny: Polska może być drugą Japonią

Rozmowa z CHRISTOPHEREM BILLICHEM, analitykiem japońskiej firmy Infinita, specjalizującej się w analizie rynku mobilnego.

W Japonii internet w komórkach jest tak dostępny, jak woda w kranie. Z pana prezentacji podczas niedawnego IAB Forum w Warszawie wynika, że używa go 9 na 10 użytkowników telefonów komórkowych. W Polsce jest odwrotnie. Co powinniśmy zrobić, by być drugą Japonią?
Można zrobić bardzo wiele. Kształt japońskiego rynku wynika z panujących na nim regulacji oraz polityki operatorów. Oczywiście, są pewne wyjątkowe rozwiązania, które trudno było przenieść do innych krajów. Jednym z nich jest ogromny i wyjątkowy w skali światowej wpływ japońskich operatorów na producentów telefonów komórkowych. Operatorzy w dużym zakresie decydują o tym, jakie funkcje mają telefony, jak duże są przyciski itp. Wszystko po to, by łatwo było korzystać z internetu. Inne rozwiązania są jednak absolutnie do przeniesienia.

Na przykład jakie?

Jest kilka rozwiązań, które mogą być zastosowane wszędzie. Po pierwsze, trzeba obniżyć ceny dostępu do mobilnego internetu oraz maksymalnie uprościć taryfy. Klienci zawsze chętniej korzystają z internetu w komórkach, jeśli dokładnie wiedzą, ile za niego płacą. W Europie takie podejście nie jest jeszcze standardem, choć trzeba przyznać, że wiele zmienia się na korzyść. Spore zmiany w podejściu do konstrukcji ofert i wprowadzenia stałych planów wymusiło na operatorach wprowadzenie na rynek iPhone’ów. Jednak jest jeszcze wiele do zrobienia.

Co musi się zmienić, by wydatki na marketing mobilny się zwiększyły? Nie tylko w Japonii, ale także innych krajach, w tym w Polsce?

Jest wiele rzeczy, które trzeba zrobić. Operatorzy, twórcy serwisów i agencje powinny pomyśleć, jak uprościć proces kupowania kampanii w kanałach mobilnych. Jeśli na rynku działa kilku operatorów, jest on skomplikowany i kosztowny.

Wciąż wiele musi się zmienić, jeśli chodzi o podejście do reklamy w komórkach osób decydujących w firmach o tym, gdzie trafiają pieniądze na reklamę. W Japonii na przykład wiele osób na takich stanowiskach jest w starszym wieku. O kanale mobilnym wiedzą niewiele i traktują go jako mało istotny lub mało użyteczny. Z drugiej strony, wśród użytkowników internetu w komórkach najsilniejszą grupą jest młodzież, a to niekoniecznie dobry target dla producentów drogich samochodów. Rozwinąć trzeba też technologie pozwalające na bardziej precyzyjne wyświetlanie reklam, dla klientów, którzy są nimi zainteresowani. Ostatnim wyzwaniem dla branży na całym świecie jest brak solidnych badań skuteczności kampanii w komórkach, dzięki którym można zachęcać kolejnych reklamodawców. Wskaźniki i badania, którymi posługuje się branża reklamy internetowej, niestety w komórkach absolutnie się nie sprawdza, bo korzystanie z internetu za pomocą komputera to coś całkowicie innego, niż korzystanie z internetu w komórce.

Więcej: Internet mobilny. Polska może być drugą Japonią (http://biznes.gazetaprawna.pl/wywiady/373922,internet_mobilny_polska_moze_byc_druga_japonia.html)

---