
Niemiła niespodzianka dla podatników opodatkowanych ryczałtem, kartą i podatkiem liniowym – doniosła dziś Gazeta Wyborcza. Z zainteresowaniem przeczytałem, jakaż to niemiła niespodzianka spotkała podatników. Szybko okazało się, że chodzi o to, że podatnikom tym nie przysługuje prawo do słynnej ulgi prorodzinnej, czyli odliczenia od podatku 120 złotych rocznie na każde dziecko.
Troszkę mnie ta informacja zaskoczyła. Po pierwsze dlatego, że o tym, że ulga ta tak właśnie ma wyglądać, każdy mógł się dowiedzieć już na etapie projektu Ministerstwa Finansów. Wystarczyło przeczytać. Najwyraźniej jednak przeczytali tylko nieliczni. Teraz za to, po nagłośnieniu sprawy, wszyscy nad problemem z pewnością pochyla się z największą uwagą i troską wznosząc sztandary w obronie pokrzywdzonych tym faktem przedsiębiorców. Mnie natomiast krzywda ta wcale nie dziwi. Przynajmniej w przypadku przedsiębiorców opodatkowanych stawkę liniową PIT. Tak jest konstrukcja tej formy opodatkowania i tyle.
Trudno też mówić, że rząd uznał, że tu cytat: „(...) dzieci przedsiębiorców i tak na nią (czyli ulgę) nie zasługują”. Sam autor artykułu zauważa bowiem zaraz, że cześć przedsiębiorców – dodajmy, wcale nie taka mała jak mogłoby się wydawać – płaci jednak podatek według skali podatkowej ze stawkami 19, 30 i 40%, a zatem prawo do ulgi jednak ma. Wniosek z tego taki, że to nie fakt bycia przedsiębiorca dyskryminuje podatników, ale forma opodatkowania, którą sami, z własnej i nieprzymuszonej – jak należy domniemywać – woli wybrali. A skoro wybrali, powinni sobie zdawać sprawę z tego, że oznacza to dla nich rezygnację z wszelkich dostępnych dla pozostałych podatników ulg. Ta prosta zasada obowiązuje równie długo, jak sama stawka liniowa, czyli od 2004 roku. I każdy, kto decyduje się na taką formę płacenia podatku, musi sobie z tego zdawać sprawę. Skąd zatem zaskoczenie tym, że podatnicy płacący liniowy PIT, nie mają prawa do odliczenia ulgi prorodzinnej? To logiczna konsekwencja przyjętej w Polsce konstrukcji podatku liniowego. Podatku, który dostępny jest tylko dla nielicznych podatników. Dlatego nieliczne są też dostępne dla tych podatników ulgi. Poza możliwością odliczenia składek na ubezpieczeni zdrowotne i społeczne, podatnicy ci zyskają w przyszłym roku jeszcze tylko możliwość odliczenia 1% podatku przekazywanego na rzecz organizacji pożytku publicznego. I na tym koniec.
Zaskoczenia nie powinno zatem być. Z drugiej jednak strony, jeśli preferencje prorodzinne maja mieć sens powinny być dostępne dla wszystkich. Nie tylko przedsiębiorców, ale mieszkańców naszego pięknego kraju w ogóle. Każdego z osobna i wszystkich razem. Rolników, którzy prawa do ulgi też nie mają, bo PIT nie płacą wcale, także. No bo niby dlaczego by nie? Wszak prorodzinna polityka rządu nie zakłada chyba, że chodzi nam o to, by dzieci rodziły się tylko w miastach, a sfrustrowana brakiem ulg prorodzinnych wieś przestała starć się o nowe pokolenia rolników i stopniowo ze starości wymierała
I tak naprawdę w tym miejscu dochodzimy dopiero do sedna problemu. Prawda jest taka, że nie stać na prowadzenie skutecznej polityki prorodzinnej. Polityki, która pozwoliłaby odwrócić niekorzystne trendy demograficzne. Dlatego zafundowano nam symboliczną w gruncie rzeczy ulgę, skrojoną na dokładkę tak, by skorzystało z niej jak najmniej osób. To już tradycja. Jeśli czegoś nie da się załatwić, bo brak na to pieniędzy, to najlepiej zamydlić wszystkim oczy przyznając jakaś ulgę. W Polsce ulgi podatkowe stają się dzięki temu uniwersalnym rozwiązaniem wszelkich społecznych problemów. Chociaż w ich skuteczność nikt już nie wierzy. W to, że dzięki tej uldze zacznie rodzić się więcej dzieci, też nikt chyba w Polsce nie wierzy.
