
Samozatrudnienie to najczystsza paranoja – powiedział prezydent Lech Kaczyński podczas obrad Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność". Powiedział chwaląc się swoim projektem nowej ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy, która ma być narzędziem walki z samozatrudnieniem. Ustawa przewiduje m.in. to, że inspektorzy PIP będą na samozatrudnionych donosić do urzędów skarbowych. Oczywiście po to by te wymierzyły im wyższy podatek. A to scenariusz bardzo prawdopodobny. Prowadzenia własnej, małej firmy jest przecież opłacalne najbardziej dla tych, którzy na etacie płacą podatki według stawki 30 i 40 proc., a dzięki rozliczeniom firmowym mogą skorzystać z opodatkowania liniową stawka PIT w wysokości 19 proc. Czy takie zachowanie osób, które zdecydowały się założenie własnej firmy jest z gatunku zachowań paranoicznych ? Na pewno nie. Paranoiczne w tej sprawie jest zachowanie władz państwowych z prezydentem na czele. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że w sposób niezamierzony jak mniemam, prezydent świetnie wpisał się w chlubne tradycje III Rzeczpospolitej. Dlaczego?
Od lat kolejne ekipy rządzące zamiast usunąć przyczyny patologii, która co oczywiste pojawia się i musi pojawiać się w sferze samozatrudnienia, walczą z tymi, których stać na odwagę podjęcia działalności na własny rachunek. Nie inaczej jest pod rządami PiS. Wszystkie działania kolejnych rządów skierowane są na to by utrudnić życie osobom, które na taką formę pracy się zdecydowały. Panuje powszechne, a nieprawdziwe przekonanie, że zdecydowana większość samozatrudnionych to pracownicy przymuszeni do takiej zastępczej formy „zatrudnienia”. To jednak mit. Większość osób świadomie wybiera to rozwiązanie. Dla sporej części przedsiębiorczych osób, samozatrudnienie to okres przejściowy, służący zbudowaniu własnej firmy z prawdziwego zdarzenia.To firmy, które zaczynają od świadczenia usług dla jednego kontrahenta, stopniowo rozwijają swoją działalność w miarę pozyskiwania dzięki pracy na rzecz tego zleceniodawcy kolejnych partnerów handlowych. Kolejną sporą grupą samozatrudnionych są osoby, które z założenia prowadzić chcą małe, jednoosobowe firmy. To wprost wymarzona forma prowadzenia własnej działalności przez osoby reprezentujące wolne zawody. Dopiero trzecia, najmniej liczna grupa samozatrudnionych to osoby przymuszone do samozatrudnienia. Myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, że był to zawsze przymus ze strony pazernego pracodawcy, chociaż oczywiście takie przypadki też się zdarzają. W wielu jednak przypadkach sami pracownicy w poszukiwaniu oszczędności fiskalnych decyzja się na taka właśnie formę zatrudnienia.
Czy patologiom w zakresie samozatrudnienia winne są zatem firmy, jak chciałyby to widzieć np. rząd, związki zawodowe i prezydent ? Zdecydowanie nie. Cała winna leży wyłącznie po stronie rządzących. Gdyby nie niesprawiedliwe zróżnicowanie zasad opodatkowania i oskładkowania przedsiębiorców i pracowników najemnych, samozatrudnienie funkcjonowałoby tylko tam, gdzie jest naprawdę konieczne. Trudno bowiem zrozumieć jakie logiczne uzasadnienie przemawia za tym, by przedsiębiorąca miał korzystać z opodatkowania według stawki 19 proc., zaś pracownik musiał płacić podatki według progresywnej skali podatkowej ze stawkami dochodzącymi do 40 proc. Tym bardziej, że przedsiębiorca, płaci podatek od realnych dochodów. Ma prawo uwzględnienia licznych wydatków związanych z osiąganiem przychodów. Także takich, które służą tylko zabezpieczeniu tego źródła. Pracownik takiej możliwości nie ma. Wszystko na co zezwala mi fiskus, to możliwość odliczenia kosztów dojazdu do pracy. Tymczasem większość pracowników musi poważnie inwestować w swoje umiejętności zawodowe by zabezpieczyć sobie proste utrzymanie posady. A jednak tych kosztów w rozliczeniu podatkowym uwzględnić nie może.
Co zatem zrobić, by zlikwidować patologie i „paranoje” samozatrudnienia? Niewiele. Trzeba tylko obniżyć do 19 proc. PIT wszystkim pracownikom najemnym i nakazać płacenie ZUS przedsiębiorcom od rzeczywistych dochodów. Na obydwu tych rozwiązaniach straciłby jednak budżet. Dlatego prezydent woli walczyć z ludźmi zaradnymi, niż naprawiać rzeczywiście reformować kraj.

Myślę, że Kaczyńskiemu chodziło o to, że Inspekcja Pracy będzie donosić nie na tego samozatrudnionego, ale na pracodawcę, który zmusił konkretną osobę do przyjęcia tej formy , żeby móc w ogóle wykonywać pracę. Głownie chodzi tu o tych, którzy i tak pierwszego progu nie przekraczają. Jeśli inspekcja pracy stwierdzi, że pod płaszczykiem samozatrudnienia w rzeczywistości kryje się normalny stosunek pracy, to rzekomy usługobiorca stanie się stanie sie pracodawcą, a zatem również płatnikiem, który miał okreslone obowiązki związane z wynagrodzeniem tego fikcyjnego działacza gospodarczego. To samo będzie z ZUS-em.