
Wnioski o zwrot akcyzy będą weryfikowane przez organy celne przy zastosowaniu cen rynkowych, a jednym ze źródeł pozwalających ustalić takie ceny są ceny katalogowe samochodów używanych. Stanie się tak jednak nie dlatego, że tak chce ministerstwo finansów, ale dlatego, że taką ścieżkę zwrot akcyzy nakazał stosować Europejski Trybunał Sprawiedliwości (ETS) – tłumaczy w rozmowie z moją redakcyjna koleżanką wiceminister finansów Jacek Dominik. Rozmowa ukaże się w poniedziałkowym wydaniu GP. Ja miałem szczęście przeczytać ją tuż po autoryzacji. Jest ciekawa. Czego się dowiem? Otóż minister Dominik zapowiada, że chociaż zwrot nadpłaconej akcyzy będzie odbywał się zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej, to najprawdopodobniej potrzebna też będzie specjalna ustawa. I chociaż tego już nie mówi, nie ma wątpliwości, że chodzi o ustawę, która da organom celnym prawo do zmiany ceny samochodu zadeklarowanej w zgłoszeniu przez podatnika. Dziś – na podstawie obowiązujących przepisów ustawy o podatku akcyzowym – organy celne nie mają podstaw do takiej weryfikacji, chociaż celnicy przekonują z uporem, że takie prawo im przysługuje. Trudno jednak im wskazać przepis, który takie uprawnienie by im nadawał.
A zatem wszystko wskazuje na to, że osoby które sprowadziły z UE używany samochód starsze niż dwa lata, przed 1 grudnia 2006 r. (od 1 grudnia stawki akcyzy są już zgodne z wytycznymi ETS – o czym pisałem jakiś czas temu na blogu), a teraz będą chciały odzyskać nadpłacona akcyzę, czeka po złożeniu wniosku o zwrot weryfikacja zadeklarowanej ceny samochodu. Ceny które była podstawą naliczenia akcyzy. To już pewny scenariusz. Orzeczenie ETS rzeczywiście o tym wspomina. A resort finansów od dawna przekonuje, że w 90% przypadków deklarowana cena samochodu była zaniżona.
Cóż, może i była. Ale chyba każdy rozsądnie myślący człowiek przyzna, że w obliczu obowiązujących do końca listopada 2006 roku stawek akcyzy na używane samochody, trudno byłoby się spodziewać, że ktoś zdrowo myślący zachowa się inaczej. Przecież w skrajnych przypadkach od 10-letnigo samochodu wartego 2000 zł, trzeba było zapłacić 1300 zł podatku. To oczywisty absurd. Prawda jest taka, że aby tak horrendalne podatki płacić, trzeba było się wykazać nie lada patriotyzmem. Trudno przecież nie przyznać racji tym podatnikom, którzy od początku przekonywali, że w sprawie samochodowej akcyzy państwo stosuje iście zbójeckie metody.
Oczywiście osobiście nie pochwalam oszukiwania fiskusa. Bo to w sumie oszukiwanie nas wszystkich. Siebie samego oczywiście też. W większym lub mniejszym stopniu z budżetu zdarza się korzystać każdemu z nas. Dziwi mnie tylko to, że o ile w przypadku rodaków pracujących w Anglii większość polityków walczy o abolicję podatkową i darowanie im win wszelakich (choć tych wcale tak dużo nie ma), to jakoś o rodakach zmuszonych do borykania się z trudami dnia codziennego w szarej, pokręconej polskiej rzeczywistości, nikt z polityków nie pomyślał. Samochodziarzom, nikt podatków odpuścić nie chce. Ale taka właśnie jest nasza polska równość i sprawiedliwość. To smuci. Chociaż od razu zastrzegam się, że osobiście nie jest za żadną ze wspomnianych abolicji. Wręcz przeciwnie. Nie widzę powodów by jedni mieli uczciwie płacić podatki, a inni mieliby być z tego obowiązku zwalniani, z takiego czy innego powodu. Jeśli jednak tak jak w przypadku samochodów sprowadzanych z zagranicy, winne jest i państwo, nie powinno ono nadmiernie utrudniać swoim obywatelom odzyskania tego, co zostało im niesłusznie zabrane.
I to tyle mojego niedzielnego marudzenia
. Pełny tekst wywiadu z ministrem Dominikiem w poniedziałkowym wydaniu GP. Wszystkich, którzy mają akcyzowe kłopoty z samochodami sprowadzonymi z Unii, do uważnej lektury tej rozmowy gorąco zachęcam. Sporo z niego będzie się można dowiedzieć o intencjach resortu finansów. A także o kłopotach, jakie z odzyskaniem akcyzy będą mieli podatnicy, którzy w międzyczasie sprzedali sprowadzone z zagranicy samochody.
